niedziela, 24 lipca 2022

 AMAGON - Czyli 8-bitowy kicz wakacyjną porą :))




    Wszyscy co śledzą moją stronę już od dłuższego czasu, wiedzą, że nigdy-przenigdy nie mieszam z błotem żadnej gry na konsolę Pegasus, znajdując w wielu przypadkach z nimi związane, same superlatywy i ciekawostki. Jednak na ten czas muszę ogłosić, że nadszedł właśnie ten sądny dzień linczu, na który wielu z was tak pewnie czekało. Aby przybliżać wam ową pełną frustracji historię, musimy sie cofnąć aż do 1992 roku, kiedy to podczas letnich wakacji, pełen entuzjazmu oraz zapału ruszyłem butnie na co-weekendowy targ z zamiarem kupna zupełnie nowej i ciekawej dla oka giereczki. Na miejscu, lotem błyskawicy zostałem namówiony przez chytrego a jakże, handlarza z wąsem, do zakupu gry pt. ''Amagon''. Tytuł gry mówił mi niewiele, a tak naprawdę nie mówił mi nic, natomiast cwany sprzedawca za sprawą siły przebicia i barwnej prezentacji samej gry, sprawił, że natychmiast wyjąłem z portmonetki całe 8 zł i z miejsca dokonałem zakupu. Ani przez chwilę nawet nie poczułem, że to złowieszczy podstęp szpiega z krainy Deszczowców! Na etykiecie karta widniał bowiem, jak też mniemałem, niestrudzony łowca przygód z karabinem M-16, ostrzeliwując zaciekle robo-rycerza oraz spodki UFO. Jakby tego było mało, w tle ryczał wściekle, przerażający Tyranozaurus Rex, jeden z moich ulubionych wówczas mito-zaurów. 


Czy cokolwiek w tym przypadku, mogło pójść źle? Jednak odpowiedz odnalazłem dopiero w domu, uruchamiając natychmiast grę na mojej przetyranej już konsoli MT-777DX. Ledwie pojawił się ekran tytułowy i od razu spotkał mnie nielichy zawód. Na planszy pojawił się mizerny chłopek-roztropek, o kanciastej anatomii Bolka i Lolka, z rozbitym samolotem w tle, który wyglądał niczym nasmarowany przez 4 letnie dziecko w przedszkolu. Dalej okazało się wcale nie lepiej. Bohater do którego nie zapałałem sympatią już na wstępie, podczas rozgrywki wypadł jeszcze gorzej. Miałem tu do czynienia z krępym typem o kwadratowej szczęce troglodyty, odzianym w jakiś łachmany. M-16 które widniało na etykiecie gry gdzieś wyparowało, z zamiast słynnego karabinu postać niezdarnie dzierżyła w łapach dziwny strzelający ''huko-patyk'', który jak mniemam miał imitować strzelbę. Zewsząd atakowały nas zmutowane grzyby, plujące węże, krabo-pająki oraz irytujące pterodaktyle rozmiarów gołębia. Co prawda gra była szybka i bardzo dynamiczna, ale drażniąca uszy muzyka w tle, wcale a wcale nie pomagała przełknąć tego pasztetu. Co więcej do gry wprowadzono, nie wiem po co, realistyczny element, w postaci ograniczonej amunicji. Gdy zapas naboi się wyczerpał, postać mogła jedynie okładać wrogów kolbą strzelby niczym prymitywną maczugą, co równało się często natychmiastową porażką. Aby dobrze też rozplanować dalszy przebieg rozgrywki, należało skrupulatnie pilnować zapasu amunicji, gdyż jeśli roztrwoniliśmy ją na pierwszej mapie, strzelając sobie w powietrze, to na drugiej zaczynaliśmy już grę bez naboi, które jak można by przypuszczać, powinny się odnowić, a czego też nie robią. Dodatkowo moją frustrację wzmagała wyśmiewająca gracza prześmiewcza melodia, która towarzyszyła nam za każdym razem gdy ginęliśmy, a że ginąłem bardzo często, tenże dżingiel doprowadzał mnie do szewskiej pasji, objawiając się często ciskaniem joya o podłogę!



    
Jednak, żeby nie być aż tak znowu surowym i wrednym dziadem, moją uwagę już wtedy zwróciła ładna i kolorowa grafika, która wraz z wakacyjno-podróżniczym klimatem gry, tworzyła dla mnie podczas letnich wakacji, miły dla oka akcent. Aczkolwiek gra posiadała bardzo słaby design głównego bohatera oraz reszty elementów występujących w grze, które już w młodych latach wydawały mi się słabo zaprojektowane na tle innych gier znanych mi ze stajni konsoli Pegasus. Co ciekawe gra posiadała aż dwie odrębne fabularne historie. W wersji amerykańskiej mieliśmy do czynienia z tytułowym Amagonem, który jako marines rozbił się samolotem na tajemniczej wyspie zamieszkałej przez krwiożercze potwory. Jego głównym celem była ucieczka z wyspy statkiem i pokonanie głównego bossa w postaci wrednego kosmity, którego wygląd myślę może zaciekawić wielu ufo-fanów, ale o tym później. Dzięki aktywacji kluczy Mega-Key, nasz bohater był w stanie zmienić się w potężnego Megagona, co znacznie ułatwiało walkę z potężnymi potworami. Wersja japońska z kolei opowiadała o naukowcu Jacksonie, który wynalazł tabletki Macho Max, za sprawą których transmutował się w muskularnego Macho Mana. Za popełnienie tej produkcji w 1988 roku, odpowiedzialna była firma Aicom, znana z takich słynnych gier jak choćby ''Totally Rad'' czy ''The Astyanax''. Podczas gry nasz bohater pozyskiwał przeróżne sympatyczne znajdźki, w postaci dodatkowej amunicji czy transformacje w Megagona, którą należało wykorzystać do walki z większymi potworami na koniec każdego etapu gry. W przeciwieństwie do standardowej formy bohatera, sam Megagon posiadał już pasek życia, dzięki czemu nie ginął od jednego ciosu, tak jak jego słabsza i mniejsza postać Amagona. 


Tzw. ''Monstrum z Flatwoods'' rzekomo widziane w 1952 roku w USA.

Jako ciekawostkę, warto wspomnieć, że projekt głównego bossa w grze został zaczerpnięty z dziedziny ufologii i dotyczył kosmity tzw. ''Monstrum z Flatwoods'', widzianego z 1952 roku w stanie Zachodniej Virginii USA. Nie chcąc tu wychodzić na Smerfa Marudę, uważam gra może się podobać i na pewno ma gdzieś hen w odległej galaktyce swoich wiernych fanów, jednak dla mnie były to najgorzej wydane pieniądze w czasach mojego dzieciństwa. Myślę, że gdyby twórcy bardziej dopieścili niektóre elementy gry oraz zmienili muzykę, byłaby to całkiem przyjemna gierczka, której niestety nie jestem w stanie dzisiaj dobrze zapamiętać, ani pod względem grywalności ani wizualnym. Wciąż jednak żywię nadzieję, że ktoś z was moi mili, pokaże mi tą grę z zupełnie innej perspektywy, żebym i ja mógł ją kiedyś docenić i raz jeszcze ocenić! :) 

A wy jak wspominacie zmagania Amagona na wyspie pełnej potworów?



Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 24 kwietnia 2022

CZAS NA SEANS:

Extreme Dinosaurs czyli Niebezpieczne Dinozaury ze stacji RTL7.




    Czy działo się to 65 milionów lat temu? Skądże znowu moi mili, zadziało się stricte w 1997 roku, kiedy to pewnego pięknego dnia wracając po szkole do domu, rzuciłem plecak w kąt i zasiadając przed telewizorem, szukałem kolejnej głupawej kreskówki, aby oddać się głębokiej medytacji i już do szczętu wypalić sobie mózg telewizyjną papką. Jednak tym razem, zamiast zawzięcie okupować kanał Cartoon Network, niespodziewanie nastawiłem całkiem nową stację RTL7, która szybko postanowiła mi się objawić w zupełnie nowej aranżacji. Zamiast kolejnego żałosnego seansu Woodego Woodpeckera, moim oczom ukazał się ogrom eksplozji, akcji, pościgów w akompaniamencie gadzich pazurów oraz ostrych zębów! To było to na co czekałem, po niesłusznie zakończonych seriach Wojowniczych Żółwi Ninja i Motomyszy z Marsa. To był ten dzień, kiedy nie musiałem słuchać po raz wtóry debilnego śmiechu, świrniętego dzięcioła Woodpeckera! Kto by pomyślał, że ta całkiem świeżo upieczona co stacja, postanowi uraczyć mnie kreskówką dla prawdziwych twardzieli!


    Niebezpieczne Dinozaury (Extreme Dinosaurs) bo o nich właśnie mowa, prezentowały sobą prostą i zarazem wciągającą rozrywkę, która dostarczając każdemu myślę, nielichej frajdy, wprowadziła również do polskiej telewizji nieco świeżości oraz nowej barwy. Akcja serialu rozpoczyna się 65 milionów lat temu, kiedy to na Ziemię przybywa przestępca i przedstawiciel obcej rasy Quadrainianów, Argor Zardok. Zły nikczemnik postanawia stworzyć z zamieszkujących planetę dinozaurów, posłusznych sobie wojowników. Jednak czwórka z nich, przekształcona z tyranozaura, stegozaura, triceratopsa i pteranodona w istoty rozumne, buntuje się przeciwko swemu twórcy, który szybko przegania ich precz. Niezniechęcony fiaskiem pierwszego eksperymentu Argor, tworzy nowych wojowników, powstałych z trzech usłużnych sobie raptorów. Niespodziewanie w ślad za przestępcą, na Ziemię przybywa oddział  Quadrainianów, dowodzony przez charyzmatyczną Chedrę Bodzak. Rozpętuje się zawzięta walka, która doprowadza do zagłady wszystkich dinozaurów i kataklizmu samej planety. Argor ratując się ucieczką, opuszcza Ziemię, a Chedra wraz z grupką czterech dino-wojowników znanych jako T-Bone, Stegz, Bullzeye oraz Spike, zamyka się w kriogenicznej kapsule i zapada w hibernację. Budzą się dopiero we współczesnym świecie, opanowanym przez rasę inteligentnych ssaków - ludzi. Trzy wojownicze raptory, Buźka, Żyleta i Pluj, pozbawione przywództwa Argora, postanawiają działać na własną rękę czy raczej łapę, mając w planach spowodować globalne ocieplenie i doprowadzić Ziemię z powrotem do okresu mezozoiku. W raz z Chedrą, gruba Niebezpiecznych Dinozaurów, nie czekając aż raptory wprowadzą swój chytry plan w rzeczywistość, wyrusza do walki na ratunek ludzi i pokój na świecie. 



Warto wspomnieć, bohaterowie serialu po raz pierwszy jednak zadebiutowali w serialu Rekiny Wielkiego Miasta (Street Sharks) pod nazwą Dino Vengers, przekształcając się z czasem w oddzielny serial i oficjalny spin-off Rekinów. Kreskówka została zrealizowana na podstawie serii figurek akcji pt. Extreme Dinosaurs od Mattel z 1996 roku. Jednak osobiście najbardziej zapamiętałem mini serię figurek, dostępną tylko do kupienia w restauracjach KFC w 1998 roku. Figurki były wykonane z twardej i solidnej gumy, cechując się wysoką jakością produkcji, stawianą często na równi z wyrobami słynnego Bullyland'u czy Yolandy. Co ciekawe pełen zestaw zawierał tylko czterech głównych bohaterów. Do dzisiaj zachodzę w głowę, czemu KFC nie pokusiło się dodatkowo o figurki antagonistów w postaci trzech wrednych raptorów czy nawet błyskotliwą przyjaciółkę dino-gangu, Chedrę.


Figurki Extreme Dinosaurs prosto od Mattel :)

Niebezpieczne Dinozaury już na zawsze zapamiętam jako synonim dobrej zabawy oraz radykalne gady, które chyżo u progu swojego debiutu, objawiły się nam jako godni następcy Wojowniczych Żółwi Ninja oraz innych mutantów, znanych nam z telewizji szalonych lat 90-tych. Bo to Extreme... Extreme.. Extreme Dinosaurs!! Jaszczury z klasą! ;)

A wy jak wspominacie niebezpieczny gang dino-wojowników?

Bezpiecznego dnia życzę! :)

Keeper


Extreme Dinosaurs i Street Sharks na kasetach VHS


piątek, 24 grudnia 2021

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO  NARODZENIA 2021!!



Moi mili, życzę wam zdrowych, spokojnych i wesołych świąt Bożego Narodzenia! Bardzo wam dziękuję za wsparcie i całą wspólną radość, jaką mogliśmy się cieszyć dzięki waszym i moim wspomnieniom, zapisanym tutaj na Rolce Wspomnień, aż od 2016 roku! Tyle lat razem to nie w kij dmuchał i oby nigdy się to nie zmieniło! :)

Wszystkiego dobrego kochani!

Keeper :)




niedziela, 31 października 2021

Frankenstein: The Monster Returns

Czyli unikatowa gra na Pegasusa w klimacie Halloween!



 

Tym razem z okazji tak mocno wyczekiwanego przez wszystkich święta Halloween, postanowiłem wrzucić na ruszt kolejny upiorny tytuł, prosto ze stajni gier konsoli Pegasus, który bawiąc czy frustrując, na stałe znalazł ciepłe miejsce w mej pamięci. Frankenstein: the Monster Returns, bo o nim właśnie mowa, chociaż mocno dzisiaj już przez graczy zapomniany, zasłużył na solidnie przetarcie z kurzu, by ponownie powstał w okowach mroku święta duchów i potworów, jako jedna z najbardziej nietuzinkowych gier w klimacie klasycznej grozy i horroru. Produkcja, która czerpiąc garściami z tak słynnych i kultowych powieści jak ''Frankenstein'' Mary Shelley czy ''Dracula'' Brama Stockera, już od pierwszych swoich chwil zabiera nas w podróż do mrocznego świata średniowiecza, zamieszkałego pośród gotyckich zamków, lasów i rozdroży, przez dzikie bestie i potwory z piekła rodem. Fabuła opowiada o tym jak Monstrum dr. Frankensteina ponownie powstaje z grobu, jednak tym razem obdarzone potężną mocą czarnej magii. Potwór szybko zjednując sobie nadnaturalną armię, złożoną z potworów oraz nieumarłych, wyrusza na podbój owianej mgłą krainy, paląc i niszcząc do gołej ziemi, okoliczne wioski oraz miasta. Jakby tego było mało, bezlitosne Monstrum porywa bezbronną dziewczynę Emilly, by posiąść ją za żonę w swojej złowrogiej twierdzy. Tym czasem spod gruzów zniszczonego miasteczka, powstaje młody wojownik, który nie czekając aż zło rozpleni się na cały świat, podąża w ślad za Potworem, by wymierzyć krwawą zemstę i uratować z łap bestii piękną Emilly.


Chociaż w swoim domu Pegasusa miałem już od 1991 roku, z tą bez mała unikatową grą spotkałem się dopiero 4 lata pózniej, przesiadując u kolegi z bloku obok, który co dopiero wrócił z wakacyjnych wojaży z nowym nabytkiem. Fantami przywiezionymi z wakacji, okazała się nowa wówczas na rynku odnoga Pegasusa, konsola Mortal Kombat oraz kilka gier w tym również wspomniany Frankenstein. Gra już od pierwszych swoich chwil rzuciła mnie na kolana i chociaż w moim odczuciu, bynajmniej nie przez kiepskie wykonanie pada nowej konsoli, gra wydawała się nieco toporna w wykonaniu to jednak klimat jaki z sobą niosła, pozwolił mi przymknąć oko na różne niedogodności. Pośród ponurej i pełnej grozy atmosfery, gracz wędrował poprzez multum różnorodnych lokacji, zaczynając od opętanej złą siłą wioski, złowrogich bagien oraz lasów, a kończąc na pełnej pułapek twierdzy szalonego dr. Frankensteina.


Po każdym ukończonym etapie gry, czekała nas walka z  bossami oraz ich mniejszymi odpowiednikami w których skład wchodziły tak słynne  i dobrze znane z mitów oraz legend kreatury jak smok, Medusa, Merman, skrzydlaty demon, wilkołak, Dracula a nawet Śmierć. Co ciekawe, po pokonaniu niektórych przeciwników, pojawia się okno dialogowe w którym dziękują naszemu bohaterowi za ratunek, wyjaśniając swoją agresję złym wpływem Czarnej Magii, co czyni ich charakter dość nieszablonowy, niż z początku można było się wydawać. Jak widać niesione zawiścią Monstrum dr. Frankensteina, potrafiło zasiać zamęt, nie tylko w świecie ludzi, ale i potworów, dokładając nam do całej historii fabularne drugie dno.

 

Jak widać potwory nie zawsze są tym, czym nam się
wydają być..


Warto zaznaczyć, że gra posiadała również system passwordów, które pozwalały nam wrócić do ostatniego ukończonego etapu rozgrywki. Był to niewątpliwie ogromny plus tej produkcji, jednak same kody składając się z cyklu 12 randomowych liter i symboli, których nie sposób było zapamiętać, zmuszały gracza do mozolnego wpisywania ich w kajet.

Do walki ze stojącą na drodze hordą maszkaronów nasz dzielny wojownik, miał naprawdę niewiele do zaoferowania, posługując się zaledwie skromną maczugą oraz mieczem, które dało się jednorazowo ulepszyć do formy miotania pociskami. Gra przypominając nieco klimat słynnej Castlevanii, aż się prosiła o cały wachlarz rozmaitych broni do zwalczania potworów, jednak z niewiadomych przyczyn, twórcy tej produkcji postawili na srogi minimalizm, który dość niefortunnie odbił się zarówno na odbiorze technicznym, jak i wizualnym samej gry. Poza standardowym wyposażeniem, postać posiadała również umiejętność podwójnego skoku, kosztem siły bojowej, co też nie za wiele nas wspomagało podczas atakowania wrogich jednostek latających.

Ten bez mała unikatowy tytuł, został popełniony już w 1991 roku za sprawą słynnej na całym świecie japońskiej korporacji BANDAI, znanej w Polsce bardziej z produkcji figurek Power Rangers niż z gier video. 

Chociaż Frankenstein: The Monsters Returns nie obył się bez licznych i dość widocznych dla oka wad, to jednak uważam, że w całej swej okazałości zasługuje na solidną uwagę, nie tylko ze względu na klimat pełen grozy, upiorną muzykę czy interesującą oprawę graficzną, ale również i przede wszystkim dlatego, że szukać można ze świecą w ręku podobnych produkcji tematycznych, pośród 8-bitowych gier konsoli Pegasus.

A wy jak wspominacie niesławny powrót przerażającego monstrum Frankensteina?


 Udanego Halloween!

Keeper :)

Witchcraft!! :)



niedziela, 17 października 2021

FLASH & BATMAN

Czyli kultowa przeróbka konsoli Pegasus!



 

Jako, że dawno nie było już nic w temacie giereczek, mój wybór padł ponownie na jedną z bliskich memu sercu gier Pegasus, która już przy pierwszym kontakcie z moją niebywałą wyobraźnią, o mało co nie spowodowała auto-lobotomii mego mózgu tudzież eksplozji zasilacza Tatarek razem z całą konsolą. Aby wam przybliżyć moją absolutnie pierwszą grę z serii brawurowych akcji Mrocznego Rycerza w 8-bitach Pegasusa, która na stałe wypaliła piętno, a może nawet dziurę w mym jestestwie, muszę ponownie zanurzyć się w najgłębszych odmętach mej pamięci i zabrać was tym razem w nostalgiczną podróż do roku 1993, kiedy to Pegasus wciąż będąc na topie dwa lata po swym debiucie, co raz częściej raczył nas zupełnie nowymi, zjawiskowymi tytułami, pośród których często-gęsto można było spotkać osobliwe ''wynalazki'', które w wyrafinowany sposób niewątpliwie wzbogacały naszą magiczną przygodę z konsolą Pegasus. Zatem moi mili, rozsiądźcie się wygodnie i przygotujcie zgniłe pomidory do rzucania, bowiem czeka was kolejna pełna wzruszeń i tęsknot opowieść z czasów mojego dzieciństwa. Rozpoczynając swój debiut w czynnej służbie ucznia szkoły Podstawowej, już na wstępie przykleił się do mnie dość ekstrawagancki dzieciak, którego zupełnie nie znając z czasów przedszkolnych czy też osiedlowego podwórka, niemal natychmiast dokleiłem mu łatkę trzymającego wiecznie palec w górze, klasycznego kujona, który moją uwagę jednak przykuł nie dobrymi stopniami na świadectwie, a odjazdową plamą po musztardzie na białym t-shirt'cie z wizerunkiem Kaczora Donalda. Mało tego, rozmawiając z nim na szkolnej przerwie sam napytałem sobie biedy, spotykając się z pytaniami bez odpowiedzi szkolnych łobuzów, czy ja również zadaje się z kujonami i bandą cudaków. Jako, że miałem ich wszystkich głęboko w czterech literach, stałem tam i słuchałem zachłyśnięty jego opowieścią o grze video w której Batman na spółkę z Flashem, pomniejszeni niczym bohaterowie kultowej produkcji Disneya ''Kochanie, właśnie zmniejszyłem dzieciaki'', ratują świat przed armią mikro-potworów, skacząc zuchwale po meblach, talerzach czy zlewozmywaku, zarazem też nie zdając sobie sprawy, że w oczach szkolnych drapieżników właśnie dołączyłem do wąskiego grona klubu frajerów i dziwaków. Zaraz po szkole, nowo-upieczony kolega zaprosił mnie do siebie na chatę, abym osobiście mógł się przekonać o niesamowitości tej gry, która za sprawą barwnego opisu, urosła w mojej wyobraźni do rangi najlepszego tytułu z komputera Amiga 500.  Pierwsze na co zwróciłem uwagę badając swoim przenikliwym wzrokiem etykietę gry, to uderzający po gałach, krzykliwy tytuł ''Flash & Batman'' spod z którego łypali na nas dwaj znani z komiksów, dziarscy bohaterowie o tęgich minach i kwadratowych szczękach. Flash co prawda wyglądał jak nieudolna, dziecięca  wycinanka z gazety, do tego mocno odbiegając zarysem od usadowionego nieopodal, krasnego kompana. Jednak nie to było najważniejsze, bowiem z chwilą gdy dyskietka z grą momentalnie wskoczyła do gniazda konsoli Pegasus modelu MT-555DX, moim oczom ukazał się fenomenalny widok. Tytuł już na pierwszy rzut oka charakteryzował się niezwykle barwną grafiką, płynną animacją oraz muzyką, która na długo zapadała w pamięć, a ponad wszystkim górował niesamowity rozmach i grywalność, której mogła pozazdrościć wówczas niejedna gra!


 Jak sugerował sam tytuł, podczas rozgrywki mogliśmy się wcielić w postać Batmana lub Flasha, który z niewiadomych przyczyn w systemie gry był zapisany jako ''Ratpeoples'', a plusem dodatkowym całego tytuły była możliwość działania w kooperacji na dwie osoby jednocześnie, co też bez najmniejszego cienia wątpliwości, solidnie uatrakcyjniało całą zabawę. Oboje pochłonięci całokształtem tej pierwszorzędnej produkcji, bez najmniejszego choćby zająknięcia, ukończyliśmy całą grę jeszcze tego samego dnia, nie bacząc na górę lekcji, które tylko czekały by zepsuć nam ten wyjątkowy dzień ''frajerskiego'' pojednania.


Chociaż w późniejszym okresie z naszą przyjaźnią bywało różnie to jednak tamtego pamiętnego dnia oboje byliśmy niczym Flash & Batman, gotowi skopać tyłek każdemu łobuzowi grożącemu nam sprężynowym nożem w szkolnym WC. Po latach jednak, jakie było nasze wielkie zdziwienie kiedy tytuł w który tak się zagrywaliśmy będąc dzieciakami, okazał się zręcznie zmajstrowaną przeróbką, szeroko znanej na zachodzie gry pt. ''Monsters in my Pocket'' wyprodukowaną przez Konami pod oryginalną konsolę Nintendo (NES), gdzie Monstrum dr. Frankensteina i klasyczny Wampir zostali podmienieni w perfidny sposób na bohaterów z serii DC Comics. Aczkolwiek dla mnie ten tytuł już na zawsze pozostanie zapamiętany jako klasyczny ''Flash & Batman'', bezmierny symbol nowych przyjaźni i nieszablonowej kreatywności konsoli Pegasus.


A wy jak wspominacie waleczne zmagania bohaterów DC Comics  w wydaniu kieszonkowym? :)

Na na na na na! Dobrego dnia! 

Keeper :-)


sobota, 21 sierpnia 2021

HEROES OF MIGHT & MAGIC: A Strategic Quest (1995) -

Czyli baśniowa gra komputerowa mojego dzieciństwa! 





Producenci gier PC już u progu lat 90-tych raczyli nas diamentami swoich wydawnictw, pośród których każdy z nas, wedle gustów i upodobania, mógł znaleźć coś dla siebie wyjątkowego. Gry takie jak seria Doom, Tomb Raider, Warcraft, Diablo, Rayman, Blood, Hexen, Worms, Quake czy nawet Dungeon Keeper na stałe zapisały się w historii gier PC jako kultowe, stanowiąc po dziś dzień świetny temat do rozmów oraz dyskusji. Jednak gra, która sprawiła, że zwyczajnie nie mogłem wówczas odejść od komputera to  jedyny w swoim rodzaju Heroes of Might & Magic: A Strategic Quest. Pierwsza część kultowych Heroesów została wydana w 1995 roku przez słynne The 3DO Company, rozprowadzana w Polsce za sprawą CD Projekt. Gra oferowała dość prostą, aczkolwiek bardzo wciągającą i podzieloną na tury rozgrywkę, której realia zostały osadzone w uniwersum baśniowego fantasy. Naszym zadaniem była rozbudowa jednego z czterech zamków królestw rycerzy, barbarzyńców, czarodziejek lub czarnoksiężników, tworząc potężne armie, nieodzowne wobec eksploracji mapy, obrony zamków oraz podboju wrogich królestw. W grze przyjmowaliśmy rolę bohaterów, zwanych potocznie przez graczy ''Herosami'' z których pomocą  prowadziliśmy nasze armie do boju i przyszłego zwycięstwa. 


Kukuryku mój Ty ognisty koguciku!! :))


Jako, że Heroes of Might & Magic przejawiał również elementy gier RPG, nasi bohaterowie wraz z rosnącym po każdej bitwie doświadczeniem zdobywali kolejne poziomy, stając się bieglejsi w walce, obronie bądź też władaniu magią. Warto zaznaczyć, że herosi oprócz doświadczenia i regimentów wojsk, często-gęsto wspomagali się również magicznymi artefaktami, które w zależności od swej charakterystyki, wzbogacały bojowe statystki, szczęście, morale oraz przydział zasobów złota. Każde królestwo posiadało swój oryginalny i niepowtarzalny klimat oraz odmienny charakter wojsk, w których skład mogli wchodzić zarówno rycerze, łucznicy, kawalerzyści jak i również orkowie, trolle, minotaury, elfy, krasnoludy, gryfy a nawet najpotężniejsze w całej grze, smoki. Grę charakteryzowała wielobarwna, wręcz iście baśniowa grafika oraz genialna, radująca uszy muzyka, która po dziś dzień zachwyca rzesze, nawet najbardziej zdziczałych melomanów. Warto wspomnieć, że oprócz kampanii oraz listy osobnych map, gra oferowała również możliwość rozgrywki wieloosobowej, pozwalając tym samym na grę online lub posiadówkę wraz z przyjaciółmi przy jednym komputerze PC, ciesząc się wspólnym podbojem hero-magicznego uniwersum :)



Żryj krasnoludzką stal, purpurowa pokrako! :))


Kilka słów o fabule:

Głównym celem kampanii jest podbicie, a jakże mlekiem i miodem płynącej, magicznej krainy Enroth. O ten niezwykle strategiczny i kluczowy punkt władzy nad całym światem, będzie zmagać się czworo władców, którzy w bitwie o główny tron nie będą przebierać w środkach, mając do dyspozycji potężne armie, fortyfikacje, herosów oraz magie.




Lord Ironfist - Dowodzi królestwem Rycerzy, których głównym atutem jest obrona. Herosi pod jego sztandarem, zwiększają morale armii o 1 punkt. 





Lord Slayer - Dowodzi królestwem Barbarzyńców, których głównym atutem jest atak. Herosi pod jego sztandarem mają bonus do braku kar na punkty ruchu podczas poruszania się po trudnym terenie, takim jak bagna, śnieg i pustynia.





Królowa Lamanda - Dowodzi królestwem Czarodziejek, których głównym atutem jest wiedza. Herosi pod jej sztandarem mają dwukrotnie zwiększoną ilość punktów ruchu podczas pływania statkiem. 






Lord Alamar - Dowodzi królestwem Czarnoksiężników, których głównym atutem jest moc zaklęć. Herosi pod jego sztandarem mają zwiększony promień widzenia na mapie przygody. Jako jedyny pośród władców ma do dyspozycji przydział rekrutacyjny Smoków, które są najmocniejszą jednostką w całej grze, co czyni jego królestwo z tego i wielu innych powodów, najsilniejszym.


Trzeba też nadmienić, że w samej rozgrywce fabuła została przekazana dość szczątkowo i nie wiele możemy dowiedzieć się o historii przedstawionego uniwersum, aczkolwiek jeżeli w latach 90-tych ktoś z was był szczęśliwym posiadaczem oryginalnej gry i znał dość dobrze język angielski, mógł zasięgnąć całkiem sporej wiedzy z instrukcji zwartej w pudełku z grą. Natomiast Ci z was, którzy tak jak ja należeli do zwykłych śmiertelników i posiadali wówczas tylko ruskie tłoki czy inne pirackie wydania z giełdy, cieszyli się po prostu samą rozgrywką, dobrze się bawiąc przy losowych mapach baśniowego świata.
Heroes of Might & Magic jako bez wątpienia miodny tytuł, doczekał się w swej karierze również wielu atrakcyjnych dla oka kontynuacji, wzbogacone o nowe elementy rozgrywki oraz wyzwania dla graczy. Chociaż pierwsza część Heroesów uchodzi dzisiaj za nieco archaiczną w swoim wydaniu już produkcję, to jednak dla mnie dzięki swej pełnej kolorytu oprawie oraz znamiennej grywalności, już na zawsze pozostanie w ścisłej czołówce ulubionych gier z lat 90-tych. A wy jak wspominacie waśnie baśni, Majtki z Magii Heromagii? :)) 

Dobrego dnia!

Keeper :)



niedziela, 18 lipca 2021

 WAKACYJNE TOTEMY MOJEGO DZIECINSTWA :)




Wpadł mi ostatnio w ręce taki oto sentymentalny zestaw figurek. 

Polski gumowy bootleg Snake Eyesa z serii G.I. Joe oraz chińskiej produkcji podróbki Wojowniczych Żółwi Ninja, pod postacią Splintera oraz prawdopodobnie Rapha.


Te trzy figurki niemal od razu przywiodły mi na myśl moje wakacyjne wypady dzieciństwa w góry czy nad polskie morze. Spędzając wakacje z babcią, rodzicami oraz siostrą w Wiśle lub w nadmorskim Dziwnowie, wielokrotnie na swej drodze do szczęścia, spotykałem właśnie tego typu gumiaki, które zwykle nabywało się od ręki w słynnych kioskach Ruchu oraz magicznych budach z upominkami.

Warto zwrócić uwagę na figurkę wesołego Turtlesa, który mając na wyposażeniu czerwone bandany Rapha, miecze katana Leo oraz pasek Mika, bezapelacyjnie wygrał konkurs na najbardziej odjechany bootleg tegorocznego lata.

Figurka chociaż może się wydawać nieco osobliwa, zwłaszcza dla młodszego pokolenia, dla mnie już na zawsze pozostanie czystą esencją lat 90-tych, które wręcz obfitowały w tego typu właśnie cudaczne gumiaki, pozbawione wszelkich zasad oraz konsekwencji. Snake Eyes zajmując drugie podium na tym stanowisku, wcale nie wypadł dużo gorzej. Nasz niemy commando-ninja, przybrał korpus Storm Shadow, kończyny Backblasta oraz czerep, jak też widać, Night Creepera. Podobnie jak w przypadku wojowniczego mutanta, znowu otrzymaliśmy mix figurek 3 in 1, prezentując się niczym tania gra Pegasus na ruskim bazarze. Jednak w jego przypadku, taka mutacja nie ma większego znaczenia, skoro szkicuje się w tym wydaniu, sami przyznacie, wręcz zjawiskowo! Jedynie mistrz Splinter wykazał się nienagannym, jak zwykle stylem, ubrany w gustowne kimono. Wszak mistrz jak to mistrz, dawać przykład musi! Co każde moje wakacje, zwoziłem do domu ogrom takich oto, szkaradków, cudaków i wojowników co się zowie, zachwycony ich soczystą barwą oraz nietuzinkowym wykonaniem. Cóż, takie było życie i taki był czas, bo gumowa miłość myślę, była w każdym z nas! :D


A dla was moi mili, czym były zwykle wakacyjne totemy waszego dzieciństwa? :)

Dobrego dnia!

Keeper :)