wtorek, 4 czerwca 2019

Motomyszy z Marsa - kioskowe wydanie od Bullyland (1994) 




Jak zapewne zauważyliście ogrom wiosennego ciepła co raz bliżej przyciąga ku nam nostalgiczny okres letnich wakacji, a ja naturalnie zamiast korzystać z tych czarownych, pełnych słonecznego blasku dni, wyjść na miasto i dokonać szeregu nieudolnych podrywów między jedną aleją a drugą, postanowiłem wspaniałomyślnie zamknąć się na cztery spusty w tajemnej kwaterze wojowników ninja, ponownie dając upust swym nieokiełznanym myślom, skrobiąc na mistycznym, pożółkłym pergaminie wspomnień czar pamiętnych lat 90-tych ;) Gdy nie tak całkiem dawno temu, usłyszałem za oknem ryk motocyklowych silników, brawurowo mknących trasą szybkiego ruchu, zdałem sobie sprawę, że to władcy wichru, luzu i suspensu, niezatrzymani ajatollahowie rock'n'rolla, tudzież mistrzowie ciętych ripost, Throttle, Vinie oraz Modo, w skrócie Motomyszy z Marsa, po raz kolejny w mych wspomnieniach powrócili do miasta  by siać spustoszenie i rozbój w lepiących się od smaru fabrykach oślizgłego Limburgera, który już u zarania swojego debiutu prosił się o tęgie lanie i ślad bieżnika na rybiej gębie. Podczas gdy w 1995 roku wciąż będąc pod niemałym zachwytem Wojowniczymi Żółwiami Ninja w każdej możliwej formie i postaci, zupełnie niespodziewanie polską telewizję zdominowali absolutnie nowi bohaterowie, którzy już podczas swego debiutu w odcinku pilotażowym, wykazując się definitywnym tupetem, delikatnie zadrwili sobie z naszych sympatycznych Żółwich Mutantów, dając jednocześnie wszystkim do zrozumienia, że nadeszła era przypakowanych gryzoni dosiadających zmilitaryzowane motocykle i oczywiście nie mieli tu na myśli arcy-infantylnych Chipmunków jakim bez wątpienia byli, są i będą do końca świata i o jeden dzień dłużej Alvin, Simon i opasły pożeracz lodówek, Teodor. Niemniej Motomyszy z Marsa przyjęły mi się w tamtym okresie diablo-dobrze i pomimo, że nie była to aż tak wielka miłość jak w przypadku Wojowniczych Żółwi Ninja, to jednak soczysto-ostre dialogi, brawurowe akcje i mnogość barwnych bohaterów sprawiło, że serial oglądałem regularnie, ciesząc swoje oczy każdą minutą jego emisji. Naturalnie tak jak w przypadku naszych zamaskowanych zmutowanych przyjaciół, spektakularny show Motomyszy z Marsa nie mógł się również obejść bez fenomenalnych figurek, których produkcją tym razem zajęła się kultowa firma Galoob, znana choćby z takich serii zabawek jak Power Rangers, Golden Girls,  BlackStar czy Micro Machines. Jednak żeby nie było odstępstw od normy i tym razem nasze wysoko jakościowe figurki, zapakowane w ładny lśniący blister, posiadały swój tańszy, kioskowy odpowiednik, aczkolwiek w tym przypadku nadal dobrej jakości. Po raz pierwszy z kioskowym wydaniem Motomyszy z Marsa miałem przyjemność zaledwie otrzeć się podczas pamiętnych wakacji w Wiśle w 1995 roku, kiedy to zaopatrując się w jednym z kiosków w komiks z serii G.I. Joe, zauważyłem za szybą obok figurek Wojowniczych Żółwi, sześć zupełnie odmiennych postaci w których od razu rozpoznałem bojowe myszy z najnowszego serialu animowanego.


Figurki zostały podzielone na troje głównych bohaterów Throttla, Vinniego i Modo stojących rozkrokiem na własnych nogach, jak również dosiadających swoich eleganckich, błyszczących motocykli. Każda z figurek mocno charakteryzowała się diablo-dynamiczną pozą, żywą paletą barw oraz morzem imponujących szczegółów, ściśle odwzorowanych na podstawie telewizyjnych odpowiedników. Niestety, jakie było moje wielkie rozczarowanie gdy ujrzałem cenę tych zjawiskowych figurek, na próżno szukając w portmonetce brakujących miedziaków, zdając sobie jednocześnie sprawę z niezłej beki, drwiącego z mojej osoby bezwzględnego losu. Koniec, końców do wyżej wymienionego znamiennego komiksu dokupiłem po prostu kilka tańszych figurek Wojowniczych Żółwi Ninja, zarazem żegnając się na bardzo długi czas ze zmotoryzowanymi gryzoniami z kiosku Ruchu, których nigdy później już nie spotkałem, aż do teraz. Warto wspomnieć, że figurki zostały wyprodukowane już w 1994 roku przez słynną niemiecką firmę Bullyland, która ponownie racząc nas wyrobami wysokiej jakości, wspięła się na wyżyny swych możliwości w dziedzinie kolekcjonerskich zabawek dla dzieci i młodzieży. Podczas gdy świat w którym miałem to wyjątkowe szczęście dorastać, bezlitośnie nałożył na siebie szatę diametralnych zmian, to jednak Motomyszy z Marsa zaraz obok Wojowniczych Żółwi Ninja, G.I. Joe czy Władców Wszechświata, wciąż pozostaną dla mnie wiecznie żywe, by dalej mknąć na swych srebrnych rumakach ku zachodowi słońca, gdzie pozostaną do końca mego życia, jako nieśmiertelni bohaterowie wybrańców lat 90-tych. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko na koniec dodać: ''A więc niech gra muzyka i gaz do dechy!'' ;)
A wy jak wspominacie motocyklową krucjatę Motomyszy z Marsa uderzających z impetem w polską telewizję i sklepowe półki z zabawkami?




Miłego dnia!

Keeper :)

niedziela, 17 marca 2019

Wojownicze Żółwie Ninja w kioskowym wydaniu cz. 4: Breloczki :)




Nie tak dawno temu obiecałem sobie, że historię Wojowniczych Żółwi Ninja w kioskowym wydaniu zamknę w trzech konkretnych częściach, skupiając się jedynie na tych najbardziej popularnych i łatwo dostępnych figurkach, którymi dane było nam się cieszyć w czasach kiedy zwykłe, osiedlowe kioski Ruchu z odpadającą od ścian emulsją, oferowały wszechstronną gamę osobliwych produktów, z pośród których, wedle swoich upodobań i ekscentrycznych gustów, często gęsto można było wyszperać wartościowe fanty. Żeby was nie trzymać długo w tej zatrważającej niepewności, od razu odpowiem, że moje plany stworzenia ostatecznej, trzy-częściowej serii wojowniczych kioskowców spełzły na niczym, bo tak oto przed wami prezentuje się część czwarta i wręcz na pewno nie ostatnia! ;) Historia figurek Wojowniczych Mutantów, o których tym razem będzie mowa, jest dosyć specyficzna, bowiem żeby dotrzeć do sedna całego zagadnienia, należy przytoczyć w tej opowieści jeszcze jeden czarowny szczegół w postaci miłego dla oka drobiazgu, jakim bez wątpienia były breloczki do kluczy. Jak sami dobrze wiecie, ten niegdyś bardzo popularny gadżet, szeroko polecany w budach z upominkami, objawiał się w sprzedaży pod każdą możliwą postacią i kształtem, najczęściej spotykany w formie plakietek z logiem słynnych marek, randomowych stworków-upiorków lub minimalistycznych figurek przedstawiających bohaterów z popularnych kreskówek lub seriali telewizyjnych. Jak w wielu innych przypadkach i tym razem duże pole do popisu mieli nasi pełni sprytu, zdolni i wybitnie utalentowani podrabiacze z dalekiego wschodu. 
Wykorzystując ogromną popularność Wojowniczych Żółwi Ninja, zręczne orientalne rączki po raz kolejny ruszyły prężnie do pracy i zanim ktokolwiek zdążył wypowiedzieć ''raz, dwa, trzy za siebie'', światowy rynek został zalany morzem breloczków w postaci naszych zamaskowanych, żółwich bohaterów. Figurki były wykonane z wysokiej jakości tworzywa i chociaż ozdobione w ładne żywe kolory, pod względem samego kształtu prezentowały się dość nieokazale, przedstawiając Wojownicze Żółwie w nieco krępej, gorylo-podobnej budowie, o długich ramionach i krótkich nóżkach. Warto zaznaczyć, że figurki posiadały jeden punkt artykulacji umieszczony w odcinku szyjnym oraz notorycznie produkowane były w jednym wzorze przedstawiającym postać Donatella i pomimo, że bandany były wielokrotnie barwione przeróżnymi kolorami, to jednak sama figurka wciąż przedstawiała tego samego żółwia z wymowną literką ''D'' przy pasku. Niestety jak to często w przyrodzie bywa, każda lepsza podróbka posiada swoją własną fałszywkę o wątpliwej jakości, doprowadzającą odbiorców do głębokich rozmyśleń nad sensem życia, a nawet porażenia oczu ;) Ponownie więc arcy-utalentowani producenci zabawek z dalekich krajów, zachłysnąwszy się niemałym sukcesem breloczkowego szaleństwa swoich kolegów po fachu, sięgnęli po ten sam wzór biednego i zmaltretowanego już do granic możliwości Donatella, na nowo zaczynając produkcję tej samej zabawki, która z miana podróbki została zdegradowana do stopnia niedoróbki. 


Tym razem nasz dzielny bohater został pozbawiony breloczka oraz artykulacji skrętów głowy, jednocześnie znaczenie pogarszając jakość tworzywa z którego został wyprodukowany, zastępując pierwotny materiał pół-przezroczystą, osobliwą gumową masą o zielonej barwie. Natomiast kolory bandan zostały pomalowane wedle uznania i bezgranicznej wyobraźni naszych zdolnych producentów, którzy popisując się również godną pozazdroszczenia, niebanalną kreatywnością, starli widniejącą na pasku bohatera wypukłą literę ''D'', a na powstałym w ten sposób płaskim krążku ręcznie namalowali literki ''R'',''L'' i ''M'', które odpowiadały imionom pozostałych żółwich braci.
Pomimo, że figurki nie grzeszyły zbytnią urodą, a ich jakość pozostawiała wiele do życzenia, to jednak w tych nader osobliwych i zjawiskowych ''zmutowanych potworkach'' był pewien czar i urok, który po latach nadal pozostał, powodując niemały uśmiech na mojej twarzy!
A wy jak wspominacie atak podrobionych klonów i szał na breloczki Wojowniczych Żółwi Ninja? :) 



Miłego dnia!

Keeper :)

piątek, 8 marca 2019

Dzień Kobiet - Wszystkiego najlepszego! :)




Kobiety od zawsze stanowiły kluczowy element i mocny filar wielu cenionych filmów fabularnych, animacji a także gier video z którymi na przestrzeni lat niejednokrotnie mieliśmy do czynienia. Osobiście najmilej wspominam kobiece sylwetki z kultowych seriali animowanych, które wprowadzając do samej fabuły nieco świeżości, stanowiły miłą odmianę i odskocznię od ciągłych sztampowych walk i tłumu naładowanych testosteronem męskich bohaterów animowanego świata. Sprytna reporterka April O'Neil, niejednokrotnie ratowała Wojownicze Żółwie Ninja z opresji, służąc im radą i pomocną dłonią, tak samo jak zdolna pani mechanik Charley, bez wysiłku składała do kupy motocykle Motomyszy z Marsa, zaraz po wspólnej potyczce z siepaczami  obślizgłego Limburgera. Również na obcych planetach nie brakowało niezłomnych kobiet, bowiem pośród wszystkich Władców Wszechświata mój dozgonny, wręcz permanentny szacunek oraz oddanie zyskała sobie waleczna i pewna siebie Teela, która swoją zjawiskową osobowością, charyzmą, silnym charterem i brawurową odwagą potrafiła zawstydzić niejednego przypakowanego samca alfa z planety Eternii. Bardzo duże pole do popisu miała również She-Ra, księżniczka mocy i bliźniacza siostra He-Mana, który początkowo będąc jedynym najpotężniejszym człowiekiem we wszechświecie, bardzo szybko przygasł w cieniu swej wojowniczej siostry, która bezustannie spychała złowrogie imperium Hordaka do najdalszych granic świata. Wracając najbliższym autobusem z powrotem na naszą rodzimą planetę, mamy okazję poznać trzy piękne panie w postaci Scarlett, Lady Jayne oraz Jinx, odważne komandoski z formacji G.I. Joe, o ponad przeciętnych umiejętnościach wojskowych, które niezliczoną ilosć razy nadepnęły swoim obcasem na łuskowaty i parszywy ogon terrorystycznej organizacji Cobra, doprowadzając jej arcy-wężowatego przywódcę do szewskiej pasji. Pomimo, że życie to nie bajka, to jednak i w prawdziwym świecie możemy spotkać te wszystkie wyjątkowe kobiety, które wnosząc do naszego życia mnóstwo kolorytu, dostarczają nam facetom, mnóstwo pozytywnej energii, bez której ginęlibyśmy niczym komary w blasku pochodni. Dlatego właśnie drogie panie, osobiście dziękuję wam, że jesteście i życzę wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet! :)



Miłego dnia! :)

Keeper

niedziela, 17 lutego 2019

Czas na seans: Mighty Morphin Power Rangers! (1993-1996)





Wracając pamięcią do czasów mojego dzieciństwa, bardzo często wspominam pełną splendoru, rodzimą polską telewizję, która nieustannie raczyła nas morzem bogactwa i dobroci w postaci fenomenalnych seriali czy też filmów, często  gęsto skierowanych właśnie do młodej widowni, dla których telewizja była, gdzieś pomiędzy szkołą a odrabianiem prac domowych, najmilszym i najbardziej wyczekiwanym elementem dnia codziennego. Odkąd pamiętam polskie stacje telewizyjne, zupełnie jakby znały moje wysublimowane gusta, nieustająco cieszyły mnie kuriozalną tematyką filmową, której motywem przewodnim zwykle były grupy zamaskowanych wojowników, będących mistrzami sztuki walki,  burzące miasta wielkie japońskie potwory oraz gigantyczne roboty, stające w obronie całego świata. Każda z tej nietuzinkowej filmowej płaszczyzny, chociaż tak odmienna od siebie, nieustająco powodowała u mnie, jak i z pewnością u wielu z was, niewyobrażalny przypływ pozytywnych emocji oraz wielogodzinną hipnozę, zwykle objawiającą się w postaci paraliżu twarzy i opadającej szczęki :D A gdyby tak połączyć wszystkie te elementy w jedną, permanentną całość i stworzyć esencję o doskonałym, wręcz zjawiskowym smaku? Tak, tak moi mili, zgadza się! Z pewnością wielu z was już słyszy w odmętach swej pamięci heavy metalową nutę przygrywającą do niezapomnianej czołówki, kultowego już serialu Mighty Morphin Power Rangers!


Serial po raz pierwszy został wyemitowany w polskiej telewizji w połowie lat 90-tych za sprawą znamiennej stacji Polsat i tak jak w przypadku Wojowniczych Żółwi Ninja było to bezapelacyjnie przełomowe wydarzenie w historii polskiej telewizji, powodując niepowstrzymany entuzjazm i duże zamieszanie pośród wszystkich dzieciaków, głodnych nowych bohaterów z którymi mogliby się utożsamiać. Bowiem kto z nas nie brał udziału w tych wszystkich pamiętnych, podwórkowych waśniach, podczas których ważyły się losy o tytuł zielonego, bądź czerwonego wojownika? ;)
Historia Mighty Morphin Power Rangers rozpoczyna się z chwilą gdy na ziemskim księżycu, przypadkiem zostaje uwolniona po 10-tysiącach latach złowroga kosmiczna wiedźma Rita Odraza, a w raz nią czwórka jej najgorszych sługusów i osobistych siepaczy. Rita nie czekając długo, zaczyna szykować złowieszczy plan podboju Ziemi, jednak potężny mędrzec Zordon trzymający piecze nad ziemianami, w porę wykrył zagrożenie i rozpoczął własny plan udaremnienia ataku Rity. W tym celu zrekrutował do walki pięciu wybitnie uzdolnionych nastolatków, Jasona, Zacka, Kimberly, Billy’ego i Trini, którym ofiarował trasformery mocy, przeobrażające ich w razie zagrożenia w potężnych wojowników Power Rangers, władających nadludzką mocą pochodzącą od prehistorycznych dinozaurów i ssaków takich jak mastodon, pterodaktyl, triceratops, tygrys szablo-zębny oraz tyranozaur. Dodatkowo każdy z naszych bohaterów został wyposażony w gigantyczne roboty bojowe zwane Dinozordami, które na ich wezwanie mogły się również przetransformować w wszechpotężnego Megazorda. Natychmiast po otrzymaniu mocy młodzi wojownicy wyruszają by stoczyć swoją pierwszą walkę, bowiem Rita zdążyła już wysłać na Ziemię swojego najlepszego wojownika Goldara, który jakby tego było mało, został powiększony do monstrualnych rozmiarów, by siać grozę i zniszczenie w metropolii. Power Rangers przy pomocy Megazorda pokonują złowrogiego Goldara, zmuszając go do ucieczki, jednak na tym nie koniec przygód naszych zamaskowanych wojowników, bowiem złowieszcza Rita Odraza już szykuje kolejne potwory do walki o podbój planety Ziemi. W między czasie na drodze Power Rangers staje również tajemniczy Zielony Wojownik władający starożytnym Dragonzordem. Power Rangers nie czekając aż Ziemia zostanie podbita wyruszają do kolejnej walki po zwycięstwo i pokój na świecie!



Pierwsza telewizyjna odsłona Mighty Morphin Power Rangers mocno i wyraziście charakteryzowała się niesamowitą, wręcz widowiskową chorografią walk, barwnymi bohaterami, mocną muzyką, która na długo zapadała w pamięć oraz kapitalną fabułą, która z odcinka na odcinek zaskakiwała nas nowymi pomysłami i niespodziewanymi zwrotami akcji. Na dużą uwagę zasługują również, a jakże przekomiczne wątki w wykonaniu dwóch szkolnych chuliganów Mięśniaka i Czachy (Bulk & Skull), które wprowadzały do serialu pewną dozę luzu i małą odskocznię od ciągłych walk i poważnej tematyki. Pomimo, że obecnie serial nazywany jest często wyznacznikiem tandety i kiczu, to jednak doczekał się wielu mnogich kontynuacji, których produkcja trwa nieprzerwanie aż do chwili obecnej. Warto też zaznaczyć, że pierwsza seria Power Rangers, którą znamy z telewizji została stworzona na podstawie japońskiego serialu Kyoryu Sentai Zyuranger z 1992 roku, który w Japonii figurował jużjako 16 seria sagi o Super Sentai, znanych w Stanach i Europie jako Power Rangers.
Dla mnie pierwsza seria Mighty Morphy Power Rangers już na zawsze będzie zapamiętana jako obraz pełen epickich walk oraz fenomenalnych przygód podczas których ani przez sekundę nie poczułem, że się mogę nudzić, ciesząc się każdą sceną i fragmentem goszczącym na ekranie telewizora. Odkąd sięgam pamięcią zawsze darzyłem wielkim sentymentem i uczuciem prehistoryczne dinozaury, zamaskowanych wojowników i gigantyczne potwory, a serial Power Rangers właśnie wszystko to posiadał, tworząc energetyczną mieszankę wybuchową, którą mogę smakować po dziś dzień!
A wy jak wspominacie odwieczną walkę wojowników Power Rangers z podstępną Ritą Odrazą i jej armią cudacznych potworów? :)



Miłego dnia!

Keeper :)

niedziela, 27 stycznia 2019

Wojownicze Żółwie Ninja w kioskowym wydaniu cz. 3:

 ''NINJA FIGHTERS''





A więc stało się.. lecz nie martwcie się niczym, bo nie mowa tutaj o egipskich plagach, inwazji podstępnych Marsjan czy kolejnej ekranizacji Transformers Michaela Baya! ;) Moi mili, nadszedł czas i odpowiedni moment na to by zmierzyć się z kolejną serią figurkowych podróbek Wojowniczych Żółwi Ninja! :D Jak już kiedyś wspominałem, temat dotyczący zamaskowanych żółwi jest dla mnie niczym przepastna rzeka i choćbym starał się jak mógł żeby zakończyć pisanie o tej wojowniczej serii, to zawsze z najgłębszych odmętów mej pamięci, niespodziewanie wypłynie na powierzchnię coś spektakularnego, o czym warto napisać i wspomnieć chociaż przez krótką chwilę. Nie tak dawno temu, na łamach mojej strony, mogliście już przeczytać o dwóch kioskowych seriach Żółwich Mutantów, w których skład wchodziły podróbki zainspirowane oryginalną serią Wacky Action Ninja Turtles od Platmates oraz objętymi licencją, małymi figurkami Żółwi Ninja od Bullylandu. Tym razem sprawa zjawiskowych, nie mających końca podróbek Wojowniczych Żółwi jest o tyle ciekawa, że seria o której będę wam dzisiaj wspominał, posiadała nawet swoją własną nazwę oraz dość ładne jak na chińskie standardy, opakowanie w postaci pełnego kolorów i cudacznych grafik blistra.

Seria ''Ninja Fighters'', bo tak brzmiała pełna nazwa tych osobliwych figurek, pierwotnie została wyprodukowana w Chinach w 1989 roku z przeznaczeniem na rynek włoski, gdzie importem zajmowała się pochodząca z Werony, włoska firma Globo. Niedługo po tym, opuszczając słoneczną Italię i przemierzając najdalsze zakątki świata, figurki zawędrowały również do Polski, gdzie cieszyły się przez jakiś czas ogromną popularnością pośród zabaw w piaskownicy, dzięki czemu mogę wam opowiedzieć dzisiaj dalszy ciąg tej, a jakże intrygującej historii ;)
Po raz pierwszy z figurkami Ninja Fighters zetknąłem się jeszcze w przedszkolnej zerówce, kiedy to wygrałem dwie z nich w jakimś karykaturalnym losowaniu nagród podczas Dnia Dziecka. Nigdy nie zapomnę w jakim byłem szoku, kiedy pani dyrektor wręczyła mi do ręki dwie figurki Wojowniczych Żółwi, które na pierwszy rzut oka przywodziły na myśl klasyczne, plastikowe figurki jednokolorowych żołnierzyków, Indian lub rycerzy z permanentnie przymocowanymi do stóp płaskimi podstawkami. Figurki pomimo małych rozmiarów były pełne zaskakujących szczegółów, a każdy z Żółwi dzierżył, mniej lub bardziej podobną do pierwowzorów, cudaczną broń. Dla mnie była to niczym wygrana w totka, bowiem wylosowane fanty, były moimi absolutnie pierwszymi i przez jakiś czas jedynymi figurkami z serii Wojowniczych Żółwi Ninja. Niedługo po tym trafiłem jeszcze parę razy na Ninja Fighters, sprzedawanych luzem w osiedlowych kioskach Ruchu lub w budach z upominkami na wycieczce w Zakopanym, gdzie również były dostępne całe zestawy tej serii, zapakowane w ładny i lśniący blister. Seria Ninja Fighters to jedna z najstarszych podróbek Wojowniczych Żółwi jakie pojawiły się na naszym rynku i chociaż cieszyły się przez jakiś czas dużym powodzeniem, to jednak szybko zostały wyparte i zastąpione w sklepach przez kioskowe podróbki żółwich mutantów w nieco lepszej jakości, by odejść w zapomnienie i już nigdy nie powrócić. Jednak dla mnie po dziś dzień stanowią symbol beztroskich i barwnych czasów mojego dzieciństwa, które obdarowały mnie i cieszyły nawet tak minimalistycznymi figurkami jak Ninja Fighters, których nigdy nie zapomnę :)
A wy jak wspominacie armię klonów Wojowniczych Żółwi Ninja? :)



Dobrego dnia!

Keeper








sobota, 19 stycznia 2019

Czas na seans: Snurki - czyli zapomniana kreskówka Hanna-Barbery :)






Nie tak dawno temu, ku mojemu zaskoczeniu i pojawieniu się nagle nad moją głową świecącej żarówki, przypomniałem sobie z krzykiem na ustach, o jeszcze jednym wybitnym serialu animowanych pochodzącym z bardzo wczesnych lat mojego dzieciństwa. Na długo przed pojawieniem się zjawiskowych Żółwi Ninja, Duchołapów, Kapitana Planety, Motomyszy z Marsa czy nawet Ufozaurów, cieszyłem swoje oczy prostymi, ale za to bardzo  pomysłowymi animacjami produkcji Hanna-Barbery, w których skład wchodziły również niezapomniane i przez wszystkich uwielbiane Smerfy. Jednak tym razem nie o Smerfach będzie mowa, bowiem opuszczając baśniowy las naszych niebiesko-skórych przyjaciół, zanurzamy się pamięcią w przepastnych w głębinach mrocznego i pełnego tajemnic oceanu, który oprócz wielu gatunków ryb, ssaków i mięczaków, zamieszkują też małych rozmiarów, osobliwe stworki, o przyjaznym usposobieniu, dodatkowo charakteryzując się również zagadkową i komiczną rurką usadowioną na samym czubku głowy. Tak, tak moi mili, na pewno wielu spośród z was już się domyśla, że mowa tutaj o słynnej amerykańsko-belgijskiej produkcji Hanna-Barbery z 1984 roku pt. ''Snurki'' znane też jako ''Snorksi'' (The Snorks). Snurki po raz pierwszy zawitały w polskiej telewizji dopiero w 1994 roku za sprawą pirackiej stacji telewizyjnej Top Canal, jednocześnie znajdując swoje miejsce na kasetach VHS wydania MADA, gdzie swojego głosu użyczył jako lektor Pan Janusz Kozioł.

Osobiście jednak z morskimi Snurkami zetknąłem się dużo wcześniej dzięki popularnym w latach 90-tych niemieckim stacjom telewizyjnym oraz zabawkom słynnej niemieckiej firmy Schleich, która produkowała gumowe figurki Snurków w 1988 roku. Czołówka serialu opowiada o tym jak pewien młody marynarz znalazł i przeczytał dziennik pokładowy kapitana Ortegi, w którym opisał podwodny świat, nie większych od kciuka, tajemniczych morskich stworzeń. Gdy okręt kapitana Ortegi został zaatakowany i zatopiony przez piratów, a on sam znalazł się wraz ze statkiem pod wodą, walcząc rozpaczliwie o życie, na pomoc przybyły Snurki, które pomogły mu wydostać się z tonącego okrętu. Nieco później Ortega został znaleziony nieprzytomny na plaży przez miejscowych marynarzy, jednak nikt mu nie wierzył w opowieści o podwodnych małych istotach, biorąc z pewnością jego historie za pijackie majaczenia starego marynarza. Chociaż historia rozpoczynała dość poważnie, to sam serial był pełen ciepłych i zabawnych perypetii z udziałem naszych sympatycznych podwodnych bohaterów. Warto zwrócić też uwagę na podobieństwa uroczych Snurków do klasycznych Smerfów. Tak jak one żyły i pracowały w nierozłącznej gromadzie, a każdy ze Snurków posiadał swój własny, unikatowy charakter i szczególny wygląd. Dodatkowo Snurki posługiwały się bardzo często slangiem Smerfów, na który nałożyły małe, ale dosyć znaczące poprawki i tak też np. ''Smerfastycznie'' zmieniło się na ''Snurkastycznie'' ;)

 Snurki to dzisiaj już mocno zapomniana pozycja, niesłusznie przyćmiona przez bardziej popularne Smerfy, które doczekały się dużo więcej przygód i nowych serii niż ich morscy odpowiednicy. Jednak dla mnie, ''Snurki'' już na zawsze pozostaną pośród moich wspomnień, jako jedna z lepszych kreskówek z czasów mojego dzieciństwa, które czekają głęboko pod powierzchnią mej pamięci, bym znów sobie o nich mógł przypomnieć gdy nadjedzie pora :)
A wy jak wspominacie morskie przygody sympatycznych Snurków? :)

Snurkowego dnia! :D

Keeper :)

niedziela, 6 stycznia 2019

Wojownicze Żółwie Ninja w kioskowym wydaniu cz.2 





Już jakiś czas temu, na łamach mojej strony, wspominałem wam o kioskowym wydaniu figurek Wojowniczych Żółwi Ninja, które wielu z was, pomimo upływu długiego czasu, zapamiętało bardzo szczegółowo, uwzględniając nawet mały defekt tych zabawek w postaci samoistnego odpadania głów i ramion :) Postanowiłem więc, że nieco odświeżę temat, który jak się zdaje nie ma końca temu figurkowemu szaleństwu! ;) Jak powszechnie wiadomo, na początku lat 90-tych, Wojownicze Żółwie Ninja cieszyły się w Polsce niezwykłą, wręcz niespotykaną nigdy wcześniej wśród kreskówek, ogromną popularnością. Serial już od pierwszego odcinka zawładnął sercem wszystkich dzieci, a na jego podstawie w sklepach bardzo szybko pojawiły się oryginalne figurki naszych sympatycznych żółwich bohaterów firmy Playmates oraz ogrom i zatrzęsienie naszego polskiego, rodzimego rynku podróbkami prosto z dalekiego wschodu, który przez bardzo długie lata zalewał nas zjawiskowymi figurkami żółwich mutantów. Gdzieś na początku szkoły Podstawowej natknąłem się w kioskach Ruchu na małe gumowe figurki przedstawiające Żółwie Ninja, które podobnie jak w przypadku polskiej produkcji kioskowych figurek z serii He-Man, były odlane w jedną całość i pozbawione artykulacji.
Mimo to figurki przedstawiały się bardzo zachęcająco, charakteryzując się ładnym wyglądem oraz kształtem mocno zbliżonym do bohaterów z serialu. Postacie były rzetelnie pomalowane we właściwe kolory, a każdy z bohaterów dzierżył w dłoniach odpowiednią broń. Oprócz czterech żółwich braci w sprzedaży były dostępne również cztery inne postacie, takie jak złowieszczy Shredder, pokraczny Żołnierz Stopy, mistrz Splinter oraz gamoniowaty Bebop. Warto też wspomnieć, że niektóre wersje tych figurek posiadały plastikowe podstawki oraz osobliwy, gumowy krążek, znajdujący się na plecach i skorupach każdego z bohaterów. O samym pochodzeniu tajemniczego krążka dowiedziałem jednak dopiero po bardzo długich latach. Figurki, które w Polsce dostępne były niemal w każdym kiosku Ruchu okazały się podróbkami, które sprawne chińskie rączki wysmarowały na podstawie serii zabawek słynnej niemieckiej firmy BullyLand, produkującej figurki Żółwi Ninja na licencji Mirage Studios w 1990 roku. Bullyland tworząc serię Wojowniczych Żółwi Ninja, umieszczali na niektórych ze swoich wyrobów magnesy w formie krążka, które można było śmiało przyczepić do lodówki, natomiast chińscy producenci magnesu przy figurkach co prawda nie uwzględnili, ale za to jego gumowy odpowiednik był czynnie odlewany w matrycy razem z całą zabawką.

Ot i cała zagadka podejrzanej okrągłej narośli na grzbietach postaci, nad którą głowiło się za młodu z pewnością wielu z nas :) Warto też zaznaczyć, że ludzie odpowiedzialni za podrabianie tej serii, w przypadku figurki Donatella, nie potrafili sobie poradzić z odlaniem jego broni w postaci kija, w efekcie czego nasz Donatello w wersji kioskowej trzyma w dłoniach tylko końcówki swojej broni, stając się zarazem w tym zestawie najmniej atrakcyjną figurką pośród swoich braci.
Kioskowe wersje Wojowniczych Żółwi Ninja, tak niegdyś popularne i łatwo dostępne, dzisiaj są już nieco zapomniane, objawiając się w  pamięci większości ludzi jako ledwie dostrzegalny zarys i symboliczny obraz czasów, które bezpowrotnie przeminęły. Dlatego też chętnie poświęcam swój czas na pisanie o tych pełnych kolorytu, zjawiskowych i czasem pokracznych figurkach naszego dzieciństwa, by pamięć o nich nigdy nie zaginęła.
A wy jak wspominacie figurki Wojowniczych Żółwi z gumową imitacją magnesu na grzbiecie? ;)




Dobrego dnia!

Keeper :)