Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dendy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2026

     MORTAL KOMBAT III 

    Czyli kolejna odsłona kultowej bijatyki na konsolę Pegasus! 








    Jak też pewnie pamiętacie, nie tak dawno temu opisywałem na blogu szeroką prezentację gry Mortal Kombat II Special na konsolę Pegasus. Dzisiaj chciałbym zaprezentować kolejną odsłonę tej kultowej serii wirtualnego mordobicia. Mowa tu oczywiście o grze Mortal Kombat 3 (czasami podpisanej na ekranie tytułowym jako MK4), która nacechowana jest dość wyrazistymi zmianami, względem poprzedniej części. A więc co tak naprawdę zmieniło się w kolejnej części 8-btowego Mortala? Mamy tu pełen pakiet nowych klimatycznych lokacji, zupełnie nowych zawodników oraz inną jakość generowanej grafiki. Jednak mimo tych wszystkich interesujących zmian, tym razem gracze, nie dostaną pełnego składu zawodników Mortal Kombat 3 znanych z salonów gier czy konsoli Super Nintendo. Gra została z niewiadomych przyczyn zredukowana do 7 postaci, których w oryginalnej wersji było aż 15 (w tym jedna ukryta).  Ponadto, port gry który posiadam, został poszerzony o 21 klonów powtarzających się zawodników, co według mnie niczego dobrego nie wznosi to rozgrywki. Warto dodać, że w niektórych wersjach MK3 (zwłaszcza podpisanych na ekranie tytułowym jako MK4), z bliżej nieokreślonych powodów, postać pierwszego w kolejce Nightwolfa została zastąpiona ciałem Shao Kahnem, który co więcej również używa ciosów specjalnych Shao Kahna. Nie zamierzam tu nikogo straszyć, ale jeśli ktoś wybierze opcję turnieju, będzie to nie lada wyzwanie (zwłaszcza dla początkującego fightera Mortal Kombat), dostając na wstępie walkę z głównym bossem. BUM! SHAO KAHN WINS! FATALITY! :))



    W skład zawodników pirackiej wersji Mortal Kombat 3 będą zatem wchodzić; Sonya Blade, Liu Kang, Kano, Nightwolf, Stryker, Sub-Zero oraz Shao Kahn (błędnie opisany w grze jako Shang Tsung, z czego obaj w oryginalnej odsłonie w ogóle nie figurują jako grywalne postacie). Jednak, żeby nie być aż tak surowym trzeba koniecznie nadmienić, że istnieje również port gry z 14 oryginalnymi zawodnikami bez powtórek do wyboru. Niestety ja go nie posiadam, może kiedyś i ta wersja wpadnie do kolekcji moich 8-bitowych gier Mortal Kombat :)

Wersja gry Mortal Kombat 3 z 14 zawodnikami
bez powtórek klonów.



    Tak samo jak w przypadku MK II Special, gra została opracowana przez Hummer Team w 1996 roku, jednak tym razem wydaniem tej gry zajęło się firma Carson / Ka Sheng (co w dosłownym tłumaczeniu, oznacza Święty Kartridż :) ). 


    Tak jak w poprzedniej części nasze ulubione postacie i tym razem dysponują ciosami specjalnymi, które dla każdego zawodnika stanowią sekwencję tych samych ruchów, jednak tym razem pod postacią zupełnej innej kombinacji niż w grze MK II Special:

- Dół, prawo, A

- Dół, prawo, B

- Dół, dół, A

    Ponadto dla każdego zawodnika przynależna jest kombinacja tych samych ruchów dla ataków defensywnych takich jak przerzut przeciwnikiem czy podcięcie hakiem:

- Prawo + A (przerzut)

- B + A (podcięcie nogą)


Jak MK3 to tylko na Terminatorze BS-500AS! :))



LISTA CIOSÓW SPECJALNYCH:


Sonya Blade:

Pierścienie energii - dół, prawo, A

Chwyt nogami - dół, prawo, B

Rowerek z kopnięciem - dół, dół, A



Liu Kang:

Kula ognia wysoko - dół, prawo, A

Kula ognia nisko  - dół, prawo, B

Latający kopniak - dół, dół, A


Stryker:

Rzut granatem - dół, prawo, A

Ślizg z tonfą I - dół, prawo, B

Ślizg z tonfą II - dół, dół, A



Kano:

Rzut nożem - dół, prawo, A

Cięcie nożem - dół, prawo, B

Duszenie - dół, dół, A



Sub-Zero:

Zamrożenie - dół, prawo, A

Lodowy prysznic - dół, prawo, B

Ślizg - dół, dół, A



Nightwolf:

Strzał z łuku - dół, prawo, A

Fantomowy taran barkiem - dół, prawo, B

Cios toporem - dół, dół, A


Shao Kahn:

Plucie kulą ognia - dół, prawo, A

Miażdżenie młotem - dół, prawo, B

Fantomowy taran barkiem - dół, dół, A

Fantomowy wyskok kolanem - B+A


TROCHĘ HISTORII



Historia fabularna gry przedstawia się tym razem w następujący sposób:

    Znużony ciągłymi porażkami w turniejowych walkach, Shao Kahn, który przegrał z Liu Kangiem w turnieju Zaświatów, wprowadza w życie 10 000-letni plan. Polecił swoim Kapłanom Cienia, dowodzonym przez Shang Tsunga, wskrzesić swoją byłą Królową Sindel, która niespodziewanie zmarła w młodym wieku.

    To pozwoliłoby również Shao Kahnowi przekroczyć wszelkie granice i odzyskać swoją królową. Kiedy Sindel zostaje reinkarnowana w Królestwie Ziemi, Shao Kahn sięga poprzez wymiary, aby ją odzyskać. W konsekwencji jego działania, Królestwo Ziemi staje się częścią Zaświatów, zabijając natychmiast miliardy ludzi. Tylko nieliczni zostają ocaleni, ponieważ Raiden chroni ich dusze. Mówi im, że Shao Kahn musi zostać powstrzymany, ale nie może ingerować; ze względu na swój status, nie ma mocy w Zaświatach, a Królestwo Ziemi jest częściowo złączone z Zaświatami. Shao Kahn wysłał ekipy eksterminacyjne, które przemierzają Królestwo Ziemi i zabijają wszelkich ocalałych. Ponadto ochrona Raidena odnosi się tylko do duszy, a nie ciała, więc wybrani wojownicy muszą walczyć z ekipami eksterminacyjnymi i odeprzeć Shao Kahna sami. W końcu, w jakiś sposób, wszyscy ludzie muszą powrócić do Królestwa Ziemi..

Brzmi zawile, powiecie, ale za to jak ciekawie! :))) Dla mnie to kolejny kawał, mrocznej historii Mortal Kombat, który pobudza do rozmyśleń, inspiruje i ogólnie buduje fenomenalny klimat całej gry.




MOJE ODCZUCIA

    Na zakończenie tego wzruszającego opisu gry Mortal Komba 3, od siebie tylko dodam, że z tymże fascynującym tytułem miałem do czynienia również w czasach mojej młodości. Pamiętam jak na mały turniej MK3 zaprosił mnie do siebie jeden z kolegów. Nie znając historii zawodników, ani tym bardziej pirackiej produkcji, już na wstępie marudziłem koledze, że Sub-Zero jest bez maski, a Shao Kahn podpisany jest jako Shang Tsung. Mimo to turniej się odbył i wiecie co? Oberwałem kilka razy pod rząd, zanim w ogóle zdołałem ogarnąć chociaż jeden cios specjalny dla Sub-Zero. Jednak nie to było najważniejsze, bo tak naprawdę bawiłem się całkiem nieźle!


Zamrożony Liu Kang, cierpliwie czeka aż jego twarz spotka
się ze stopą Sub-Zero :))


A wy jak wspominacie Mortal Kombat 3 w rytmie 8-bitów Pegasusa?

TEST YOUR MIGHT!

Keeper :))                        


DODATEK - GALERIA 

ORAZ PORADY ZAKUPOWE:

Bazarki, bazarki.. bazarki pełne snów! :)

    Ale, ale! Zaczekajcie jeszcze momencik! Zanim całkiem wyłączycie stronę mojego bloga i powrócicie już do bardziej wciągających was zajęć, (niż np. czytanie opisu pirackiej gry Mortal Kombat randomowego kolesia :)) ), chciałbym zaprezentować jeszcze bazarowe wersje dyskietek z grą Mortal Kombat 3 z przełomu lat 1997-2000, które również posiadam w swojej kolekcji gier Pegasus. 

    Przy okazji pragnę też podzielić się małą poradą z początkującymi entuzjastami 8-bitowego Mortala. Brokatowo-granatowy kartridż to zbugowana wersja gry podpisana jako MK4. Chociaż sam kart bardzo ładny, to jednak do grania tej wersji nie polecam jako, że jest pełna cudactw oraz błędów. Tym razem gra została zredukowana do czterech postaci, z której kompletnie wycięto Kano, Sub-Zero oraz Nightwolfa. Zawodników tych ni z gruchy ni z pietruchy, zastępuje pozostałe 21 postaci klonów, gdzie chcąc wybrać Nightwolfa dostajemy Shao Kahna, klikamy na Kano, wyskakuje Liu Kang, a z kolei gdy wybór pada na Sub-Zero, dostajemy Strykera. Frustrujące prawda? Ponadto gdy spróbujemy wybrać poziom trudności, system gry się po prostu zawiesi i trzeba resetować konsolę. Przed zakupem gry MK3 najlepiej po prostu pytać sprzedawców o pokazanie zdjęcia ekranu tytułowego z grą Mortal Komba 3; jeśli więc na ekranie tytułowym będzie widnieć logo MK3, to wszystko gra i można kupować śmiało, gdyż tylko ta wersja gry jest w pełni stabilna, jeśli zaś ukazane jest logo MK4 nie kupować w żadnym razie - chyba, że wolicie tak jak ja, narazić się na niepotrzebne nerwy i wyrzucenie pieniędzy w błoto :))



 Czołem i do następnego! :)








niedziela, 19 maja 2024

 SAMURAI ZOMBIE NATION - Czyli kultowa osobliwość konsoli Pegasus :)



    Mamy rok 1993. Któregoś wakacyjnego dnia wracam co sił do domu, dzierżąc w dłoni nowo zakupioną na targu grę Pegasus. Mając do wyboru szereg różnobarwnych dyskietek na co sobotnim straganie, mój czujny wzrok górskiego lamparta padł tym razem na krzyczący głośno do mojego jestestwa tylko jeden tytuł - Samurai Zombie Nation! Czy można było obojętnie przejść, obok zestawu tak dobrze współgrających że sobą słów? Nie wydaje mi się. Od razu więc z portmonetki zdobnej w logo Żółwi Ninja, wyjąłem całe 10 zł, które drżącą ręką podałem podejrzanie wąsatemu sprzedawcy z dalekiego wschodu. Wróciłem do domu i od razu odpaliłem dużo obiecującą mi grę, gdzie łypał na mnie z etykiety łysy typ na modłę Kodżaka, plujący na budynki mieszkalne promieniami lasera. Po bokach tej zjawiskowej grafiki zauważyłem również statki kosmiczne i obcego insektoida, więc co mogło i tym razem pójść nie tak, wydając szybkim gestem to marne 10 zł za które mogłem w zamian kupić Contre Force albo Ghostbusters 2 ? Włączyła się gra i zapadła cisza. Moim skołowanym oczom, ukazało się niczym senny koszmar, mroczne, wiejące grozą intro wprowadzające mnie w fabułę gry. Historia Samurai Zombie Nation zabrała mnie w podróż, aż do 1999 roku kiedy to na pustyni w Nevadzie rozbija się meteoryt, transportujący na Ziemię groźnego obcego znanego jako Darc Seed. Obcy nie czekając na miłe powitanie ziemian, natychmiastowo przemienia niemal całą populację Stanów Zjednoczonych w posłuszne jego rozkazom hordy zombie. Żeby tego było mało, swoją potężną mocą telekinezy, obcy zawładnął szeregiem śmiercionośnych maszyn i broni w tym słynnym samurajskim mieczem Shura. Dowiadując się o tym duch potężnego samuraja Namakubi, pod postacią wielkiej głowy nietrwożnie leci do Stanów Zjednoczonych by uratować ludzkość przed plagą zombie i odzyskać święty miecz wojowników z parszywych łap Darc Seed'a, posyłając go prosto do piekła.


Ten groźny typ, łypiący do nas z etykiety gry, to nie Kodżak, tylko 
słynny samuraj Namakubi :))


    Sama rozgrywka to nic innego jak klasyczna strzelanka w rzucie horyzontalnym, na modłę takich klasyków jak Macross, Gradius czy niezapomniany Life Force. Jako gracz cały czas sterujemy lecącym do przodu Namakubim, opluwając kulami ognia wrogie pojazdy, zombie i inne monstra, na które dodatkowo można zrzucić też ognisty wymiot. Namakubi potrafi niszczyć też budynki oraz różne struktury, ratując przy okazji zwykłych obywateli, za co dostaje dodatkowy upgrade siły ognia. Nasz osobliwy bohater posiada też pasek życia, składający się z ośmiu miniaturek głów Namakubi, widocznych w dole ekranu. Po 2-3 oberwanych ciosach, zamiast główki pojawia się czaszka, a gdy będzie ich osiem, nasz bohater przegrywa, a gra zostaje skończona. Pasek życia można naturalnie też odnawiać w trakcie rozgrywki, niszcząc budynki i inne struktury. Oprócz paska energii, gracz ma do dyspozycji również aż sześć kontynuacji, które powiększają się o jeden po każdym ukończonym etapie, kończąc maksymalnie na dziewięciu. Jakby tego jeszcze było nam mało, przed rozgrywką gracz dostaje opcję wyboru poziomu trudności gry - easy oraz hard, jak również możliwość rozpoczęcia przygody od dowolnej planszy. Naszym celem jest ukończenie wszystkich czterech etapów gry, które ostatecznie otworzą nam przejście do sekretnej piątej mapy, kończąc naszą rozgrywkę na finałowej walce z Darc Seedem włącznie.
    Graficznie tytuł prezentuje się zwykle w burych i granatowych barwach, co fenomenalnie oddaje klimat chylącego się ku upadkowi świata, dozując nam jednocześnie przez cała grę, od początku do końca potęgujące uczucie niepokoju oraz grozy. Sam projekt głównego bohatera może wydawać się, aż nadto groteskowy, jednak jako strzelanka, gra sprawdza się wyśmienicie, wciągając miłośników gatunku na długie godziny dobrej zabawy.


    Warto wspomnieć, że gra ukazała się po raz pierwszy na rynku japońskim w 1990 roku, różniąc się kilkoma znaczącymi szczegółami od bliżej znanej fanom Pegasusa, wersji amerykańskiej. Zamiast głowy samuraja Namakubi, występuje ogromna maska Tengu, bóstwa wojowników Ninja, a gracz musi zdobyć zdolność plucia ogniem, podczas gdy w wersji amerykańskiej zdolność ta występuje od razu. Ostateczny boss Darc Seed, pierwotnie nosił miano Eva. Inne różnice polegają na dużych zmianach graficznych oraz designu jednego z bossów pod postacią Statuy Wolności.



    Samurai Zombi Nation to dla mnie już klasyka, za dzieciaka produkcja wydawała mi się mroczna, niepokojąca i napawająca mnie grozą. Świat pogrążony w chaosie i rozpaczy to w świecie gier norma, ale bohater o kształcie ogromnej szpetnej głowy to już unikat na skalę światową i nie sposób o nim zapomnieć, a już na pewno przejść obok niego obojętnie!
A wy jak wspominacie lot samuraja Namakubi, po zwycięstwo i wolność dla świata? :))

Dobrego dnia!

Keeper :)




niedziela, 3 marca 2024

 ATTERA - Czyli zapomniana gra fantasy na konsolę Pegasus! :)



 Dawno nie było nic o giereczkach, a że nie wypada w żadnym razie pomijać tematu konsoli Pegasus, postanowiłem po raz kolejny i nie ostatni wziąć na warsztat jedną z gier, które noszę ciągle w pamięci oraz sercu. Było lato 1993 roku, kiedy to zaprosił mnie do siebie kolega z bloku obok na przetestowanie jego nowej konsoli Pegasus MT-555DX. Pokazując mi szereg wspaniałych gier, których wcześniej na tą konsolę nie znałem, mój wzrok spoczął jednak na skromnym, aczkolwiek niewątpliwie interesującym kartridżu podpisanym równie ciekawie co tajemniczo, tytułem ''Attera''.

PEGASUS MT-555DX z 1993 roku - czy ktoś go jeszcze pamięta? :)

 Oprócz wyżej wspomnianego tytułu, na etykiecie wówczas tzw. ''dyskietki'' widniał obrazek rodem z filmu Heroic Fantasy pt. ''Czerwona Sonja'', przedstawiając dwie rudo-włose wojowniczki, ze szkaradnym smokiem w tle. Kochając tego typu wspaniałości już od wczesnych lat młodości, od razu wyniuchałem, że będzie to wyjątkowa gra. Wcale się też nie pomyliłem, bowiem gdy razem z kumplem odpaliliśmy tytuł na konsoli, już od pierwszych chwil rozgrywki pochłonął mnie na długie godziny. Co prawda gra nie nazywała się wcale Attera, a Athena jak też szybko zasugerował nam ekran tytułowy produkcji. Fabuła opowiada nam upartej wojowniczej księżniczce Athenie, zamieszkującej niebiańskie Królestwo Zwycięstwa. Jednak pewnego wspaniałego dnia, dziewczyna myszkując chytrze po zamku, niefortunnie otwiera w podziemiach pałacu ''drzwi, których nigdy nie należy otwierać'' i trafia do magicznego Świata Fantasy, zdominowanego przez złego cesarza Dantego. Athena szybko odkrywa, że nowo poznany świat jest siedliskiem potworów oraz siepaczy wrogiego imperatora. Nie czekając, aż bestie ją pochwycą, postanawia się uzbroić i wypowiedzieć walkę złym siłom cesarza, by na nowo zapanował pokój w Świecie Fantasy, a ona sama mogła w końcu powrócić do domu w Niebiańskim Królestwie.


  Po wylądowaniu na wrogim terytorium, nasza bohaterka ma z początku do dyspozycji tylko atak kopnięcia, ale dodatkowo może również wyposażać się, zabierając poległym przeciwnikom broń, zbroje oraz tarcze. Niektóre bronie takie jak młot lub kiścień, pozwalają natychmiastowo kruszyć skalne bloki, co pozwala nam pozyskiwać nie tylko zbroje, ale również magiczne przedmioty, np. takie jak Sandały Merkurego, dzięki którym możemy wykonywać wysokie skoki, czy Skrzydła Pegasusa, umożliwiające latanie. Oprócz klasycznego stylu gier platformowych, ta nietuzinkowa produkcja zawiera również elementy RPG, które znacznie urozmaicają naszą rozgrywkę. Bohaterka musi ukończyć aż 8 światów, gdzie na końcu każdego z nich czeka na nią potężny boss. Aby pokonać swoich oponentów, Athena musi użyć, trzymanych w zanadrzu przeróżnych mitologicznych broni oraz przedmiotów, bez których nie da się też ukończyć rozgrywki. Zanim jednak nasza bohaterka dotrze na kraniec każdego świata, będzie musiała wpierw zmierzyć się na swej drodze z przeróżnymi przeciwnikami. W większości będą to potwory i wojownicy inspirowani mitologią Greków oraz Rzymian, jednak zdarzać się też będą bliżej nieokreślonej formy potworki, rodem z gier fantasy takich jak Legend od Zelda. Każdy z przeciwników ma swoje trzy kolorystyczne odmiany, różniące się poziomem mocy oraz ilością punktów, jakie za nich otrzymamy. Do pokonywania swoich wrogów, Athena ma do dyspozycji cały wachlarz arsenału potężnych broni, pośród których znajdą się maczugi, młoty, kiścienie, miecze oraz łuki, o różnej odmianie i wartości bojowej. Oprócz broni białej nasza uparta wojowniczka, ma możliwość władania także magią, znajdując po drodze magiczne zwoje, książki oraz laski - Także strzeżcie się potwory z piekła rodem! :)


 Gra została wyprodukowana w 1986 roku przez japońską firmę SNK i oprócz wersji arcade doczekała się również ogromu wydań na przeróżne platformy w tym Famicom, NES, Commodore 64, ZX Spectrum, a nawet PlayStation oraz modne ostatnio Nintedno Switch. 

 Warto wiedzieć, że Athena to jedna z pierwszych gier w historii, która otrzymała grywalną postać kobiecą. Popularność gry sprawiła, że nasza bohaterka doczekała się również angażu w szeregu kontynuacji oraz w produkcjach pobocznych, jako ukryta postać w późniejszych bijatykach SNK. 

Oryginalna japońska wersja okładki gry Athena
 na konsolę Famicom z 1987 roku.

 Dla mnie Athena to jeszcze jedna niezapomniana gra mojego dzieciństwa, jednak boleję nad tym, że obecnie pośród polskich graczy konsoli Pegasus, mało kto ją naprawdę pamięta, pozostając tytułem utkwionym jedynie w pamięci nielicznych koneserów. 

A wy jak wspominacie przygody wojowniczej Atheny w walce o pokój i ład na świecie? 

Dobrego dnia!

Keeper :)





niedziela, 26 lutego 2023

 CONTRA - Czyli polowanie na robale w 8-bitach konsoli Pegasus :) 



    Wspominając ostatnio chybcikiem filmy i seriale telewizyjne z gatunku sc-fiction w których skład wchodziły epicko-baśniowe Gwiezdne Wojny czy racjonalno-naukowy Star Trek, bezwiednie, pod wpływem nagłej ulotnej chwili i czaru jakim urzekł mnie przesympatyczny i pełen humoru kudłaty ALF z planety Melmac, zapomniałem chlapnąć również co nieco o pewnych pamiętnych produkcjach, zrodzonych dzięki dwóm, permanentnie splecionym ze sobą, gatunkom filmowym kina grozy i sc-fiction. Zaczynając od kultowego obrazu Ridleya Scotta ''Obcy: 8 Pasażer Nostromo'', płynnie przechodzącego w bezapelacyjnie fenomenalny sequel ''Obcy 2: Decydujące Starcie'' Jamesa Camerona, by skończyć na przepastnym morzu niezliczonej ilości produkcji, które tylko próbowały, w najgorszym tego słowa znaczeniu, naśladować wyżej wymienione kultowe dzieła, mieliśmy od zawsze dosyć niemiłą, aczkolwiek nader intrygującą styczność z pokaźnych rozmiarów, oślizgłymi robalami o lśniących, czarnych pancerzach i morderczym umyśle drapieżnika, które w bardzo krótkim czasie stały się jedną z głównych i najbardziej rozpoznawalnych filmowych ikon tego nietuzinkowego gatunku. Jakby tego było mało, słynna japońska firma KONAMI, znana z branży gier video, zafascynowana mocą nagłej popularności naszych galaktycznych insektów filmowego świata, postanowiła zręcznie opracować spektakularny tytuł pełen dynamicznej akcji, oferując graczom możliwość wcielenia się w jednego z dzielnych komandosów marines przemierzającego gęste dżungle i podziemne tunele, tropiąc kosmicznych drapieżników. 

Iście amerykański plakat promocyjny do automatu z grą CONTRA :)


   Konami długo nie czekając, niemal od razu wcieliło w życie swój arcy-genialny plan, bowiem już rok po premierowej rewelacji filmu ''Obcy 2: Decydujące starcie'' z 1986, w salonach gier na całym świecie sukcesywnie zaczęły pojawiać się automaty z krzykliwie zatytułowaną grą pt. ''CONTRA'', odnosząc niemałe zwycięstwo nad produkcjami konkurencyjnych firm, zamiatając pod dywan takie tytuły jak Ikari Warriors czy Guerrilla War. Niemniej bezapelacyjny sukces Contry na tym się nie skończył, ponieważ już w 1988 roku maniacy gier video mogli się cieszyć tą zjawiskową produkcją w domowym zaciszu, dzięki wspaniałomyślnej reedycji Contry w postaci kartridża na konsolę Nintendo (NES/Famicom). Obie wersje chociaż tak mocno odmienne od siebie, charakteryzowały się wielobarwną grafiką, płynną animacją oraz przede wszystkim fenomenalną, napędzającą akcję, ścieżką dźwiękową, która na długo potrafiła zapaść graczom w pamięć. Osobiście jednak po raz pierwszy zapolowałem na robale w pamiętną noc 6 grudnia 1991 roku, kiedy wraz z całą rodziną zasiedliśmy przed telewizorem testując nowiutką konsolę PEGASUS wraz z kultowym już dzisiaj kartridżem ''168 in 1'' w zestawie. Historia przedstawiona w grze rozpoczyna się z chwilą gdy na Ziemi rozbija się ogromny meteoryt, przypadkiem transportując na naszą rodzimą planetę zagrażające całej ludzkości, drapieżne, intergalaktyczne monstra, pochodzące z najdalszych zakątków kosmosu. Na domiar tego, złowroga organizacja terrorystyczna, o tajemniczej nazwie Red Falcon, postanowiła zawrzeć sojusz z kosmicznymi robalami by wspólnie podbić Ziemię i przejąć władzę nad światem. Przeciwko najeźdźcom do walki wyruszają dwaj dziarscy, wyszkoleni komandosi marines, Bill Rizer i Lance Bea, zesłani na porośniętą niezgłębioną dżunglą wyspę Galugę, na której rozpocznie się ostateczna bitwa o losy Ziemi i jej mieszkańców.


    Tytuł, który fabularnie prezentował się dosyć prosto, szybko przekonał jednak graczy, że już od pierwszych momentów rozgrywki czeka ich ciężka przeprawa, podczas, której nie będzie czasu na nudę, tudzież pełne klasyki dłubanie w nosie. Nasi dzielni, uzbrojeni po zęby komandosi, oprócz pokonania rozmaitych, najeżonych pułapkami lokacji, będą musieli zmierzyć się również z licznymi oddziałami Red Falcona oraz potworami z piekła rodem, które za wszelką cenę będą chciały powstrzymać bohaterów przed dotarciem do serca ich złowrogiej bazy. Doskonale pamiętam, jak wraz z moją starszą siostrą, trenowaliśmy ten znamienny tytuł przez multum niezliczonych godzin, wręcz do arcy-mistrzowskiej perfekcji w opcji dla dwóch graczy. Chociaż powszechnie wielu starych wyjadaczy, do dzisiaj uważa wariant kooperacyjnej rozgrywki za dużo trudniejszy, to jednak oboje stworzyliśmy zgrany duet pełen telepatycznej synchronizacji, posiłkując się przemyślaną strategią i żelazną cierpliwością podczas wspólnych brawurowych akcji, pomiędzy gradem karabinowych kul w głębi dżungli, a wybuchającymi płomieniami starej, opuszczonej fabryki żelaza.


    Warto wspomnieć, że tytuł został wydany w Europie aż w dwóch odrębnych wersjach, jako GRYZOR oraz PROBOTECTOR, gdzie w przypadku tego drugiego, gra została totalnie przerobiona na klimat cyber-punkowy, zmieniając komandosów w cyborgi, a przeciwników w roboty. Obie wersje europejskiej Contry, zawitały również na konsolę Pegasus, jednak były ciężkie do zdobycia i nie każdy polski gracz miał szansę je wówczas ograć. Oczywiście Contra na przestrzeni lat, doczekała się również licznych kontynuacji oraz pirackich przeróbek, gdzie warto wymienić takie tytuły jak SUPER C, CONTRA FORCE czy nawet piracki hack Super Contra 7. 



    Pomijając ogromną dozę sentymentu, uważam, że Contra to tytuł, który do dzisiaj świetnie broni swego bezkonkurencyjnego stanowiska, stanowiąc niebanalną, wręcz wyśmienitą rozrywkę, pełną soczystej grywalności i niezapomnianej, wybornej oprawy dźwiękowej, która do dzisiaj ciepło faluje pośród moich wspomnień. 

A wy jak wspominacie polowanie na robale w 8-bitach konsoli Pegasus? :)

Dobrego dnia! Tratatatata! :)

Keeper :)






niedziela, 11 kwietnia 2021

 GAIAPOLIS - GRA NA PEGASUSA KTÓRA MNIE OMINĘŁA! :))



Rzadko się zdarza, że opisuję coś czego nie pamiętam z przepastnych dziejów mojego dzieciństwa. Jednak tym razem postanowiłem wziąć na warsztat grę video, która ostatnio mocno mnie poruszyła, a której w latach 90-tych nigdy nie było dane mi poznać. Siedząc w temacie gier Pegasus od dobrych kilkunastu lat, co jakiś czas łapię się na tym, że wciąż spotykam tytuły, których nigdy wcześniej nie ogrywałem. W żadnym bądź razie nie chodzi mi tutaj o produkcje z gatunku japońskich RPG, które chociaż wbrew pozorom z rzadka można było spotkać na polskich bazarkach, to jednak kompletnie były dla nas nie grywalne, ze względu na osobliwy język jakim nas raczyły. Tym razem wpadła mi w łapy gra fantasy pt. ''Gaiapolis'', której początków należy jednak szukać nie w fabrykach Famicoma, a w salonach gier lat 90-tych. Tytuł pierwotnie została wydana przez firmę Konami w 1993 roku i jako typowy gatunek Beat 'em up czyli po naszemu ''bijatyka chodzona'', został wypuszczony stricte pod rynek automatów branży gier video. Aczkolwiek fani domowych konsol gier telewizyjnych nie musieli wcale długo na ten tytuł czekać, bowiem słynna tajwańska firma gier video Sachen, po raz kolejny uruchomiła swoje pomysłowe tryby, mieląc i wyciskając dorodnego Gaiapolis'a na 8-bitowy sok pełen taniości. 

Słynny Gaiapolis w 8-bitach konsoli Pegasus :)

Gra już od pierwszych swoich chwil zabiera nas w podróż do mrocznego świata dark fantasy, w którym przyjdzie się nam zmierzyć z krwiożerczymi potworami i bestiami z piekła rodem. Tytuł pozwalał na rozgrywkę w kooperacji dla dwóch graczy, jednak do wyboru mieliśmy aż trzy postacie, takie jak książę i zarazem dzielny rycerz Gerard Himerce, wojowniczka Elaine Shee, pół-wróżka-pół-człowiek oraz szermierz Galahad, smoczy wojownik z Królestwa Drakonów. Aczkolwiek z niewiadomych przyczyn programiści Sachen postanowili zmienić imiona bohaterów na bardziej tajwańsko brzmiące Ken, Amy i Lin. Fabuła gry opowiada o poszukiwaniu zemsty księcia Gerarda Himerce na swoim przyrodnim bracie Albercie, który przyczynił się do zniszczenia ich ojczyzny, Królestwa Avalon. Wraz z dwójką swoich wiernych towarzyszy, awanturniczą wróżką Elaine oraz smoczym wojownikiem Galahadem, postanawia wymierzyć sprawiedliwość i raz na zawsze zniszczyć Alberta, Władcę Demonów z imperium Zar Harc. Jednak zanim tego dokonają, bohaterowie będą zmuszeni znaleźć rozrzucone po całym świecie trzy magiczne klucze, które pod koniec podróży, otworzą im przejście do podniebnej cytadeli Gaiapolis!

Nasi dzielni bohaterowie Gaiapolis - Amy, Lin i Ken, bo czemu nie! :))

Warto nadmienić, że tytuł obfitował również w drobne akcenty klasycznych gier j-RPG, pozwalające na rozwój bohatera, jak również możliwość wyposażenia go w czary. Aczkolwiek sama gra, jak to zwykle w przypadku pirackich portów często bywa, została dość mocno okrojona, przez co straciliśmy między innymi możliwość zdobywania magicznych stworzeń, które chętnie też pomagały naszym bohaterom w walce. Pomimo, że według ogólnej opinii jest to jeszcze jeden wątpliwej jakości hack 16-bitowych produkcji, to jednak osobiście, jak najbardziej chętnie zaliczę go do tej lepszej serii przeróbek z jakimi miałem do czynienia od czasów gry Flash & Batman!

A czy wy również żyliście bez świadomości o grze Gaiapolis? :) 

 Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 15 listopada 2020

HOLY DIVER czyli mrok i magia w 8-bitach konsoli Pegasus!





Podczas gdy arcy-kultowa już, telewizyjna gra video pt. Castlevania, cieszyła się chwalebnym blaskiem w latach swej premiery, nikt nie spodziewał sie, że raptem, dokładnie trzy lata po debiucie pierwszych przygód 8-bitowego łowcy wampirów, wyłoni się jeszcze jeden soczysty tytuł, rzucając walecznym Belmontom rękawicą w twarz, stając się zarazem trudnym do pobicia konkurentem. Zafascynowana sukcesem Castlevanii, japońska korporacja branży gier video IREM, postanowiła w końcu wytoczyć ciężką artylerię i odpowiedzieć z hukiem na słynną produkcję Konami, wypuszczając na rynek zupełnie nową grę video pt. Holy Diver.

Tytuł już od pierwszych swoich chwil wydał się wszystkim zapalonym graczom dziwnie znajomy, obfitując w mroczną grafikę do złudzenia przypominającą upiorny klimat, znany nam z Castlevanii. Również sam image głównego bohatera, od razu narzucał na myśl skradającego się w mrocznych lochach Simona Belmonta, aczkolwiek tym razem, odbiegając od typowego łowcy wampirów, wyposażonego w bat i obszerne akcesorium broni białej, gracze mogli wcielić się w zupełnie nową postać, o aparycji potężnego maga! Historia gry zabiera nas w podróż do roku 666-tego, będącym również okresem panowania magii i potworów. Karmazynowe Królestwo staje w obliczu klęski pod naporem wrogiej armii Czarnego Pogromcy, króla demonów z podziemnego Imperium Mroku. Spod rzezi, cało uchodzi jedynie sługa cesarza, Ozzy, który ratując się ucieczką do innego wymiaru, zabiera ze sobą również dwóch królewskich synów, Randego i Zakka. Przez kolejne 17 lat, dwaj bracia, trenując pod czujnym okiem cesarskiego sługi, stają się arcy-wybitnymi adeptami sztuki magicznej, gotowi do walki na ratunek światu, lecz aby ostatecznie pokonać Czarnego Władcę, będą musieli odzyskać Pięć Szkarłatnych Pieczęci. Nasz bohater Randy, koniec, końców zostaje jednak na polu bitwy zupełnie sam, bowiem Zakk nagle znika, a Ozzy umiera. Randy nie czekając aż Pan Ciemności ponownie wykona pierwszy ruch, wyrusza po krwawą zemstę i pokój na świecie. 


Chociaż Holy Diver miał swoją światową premierę już w 1989 roku, po raz pierwszy zetknąłem się z tym tytułem dopiero gdzieś w połowie lat 90-tych. Podczas przeglądania bogatego asortymentu gier Pegasus na miejscowym bazarze, rzuciła mi się w oczy etykieta gry z której dzierżąc obnażony miecz, groźnie łypał sam Conan Barbarzyńca z majaczącymi w tle potworami z piekła rodem i kuso ubraną blond-wojowniczką, przedzierającą szlak poprzez tłum bestii. 

Sam tytuł, choć zjawiskowy, niewiele dla mnie znaczył, aczkolwiek pędząc do domu z tą osobliwą zdobyczą, miałem nadzieję na niebanalną rozrywkę z bohaterskim Cymeryjczykiem w roli głównej. Niemniej, jak to w przypadku gier Pegasus bywało i tym razem zawartość okazała się zupełnie czymś innym niż z goła oczekiwałem. Zupełnie niespodziewany Holy Diver, w żadnym razie mnie też nie zawiódł, bowiem tytuł zabrał mnie w niesamowitą podróż, poprzez magiczny świat Dark Fantasy, pełen mrocznych lochów, lasów i podziemi, zamieszkałych przez krwiożercze oraz wrogie nam stworzenia. Do obrony przed mieszkańcami mrocznego świata, jako potężny mag, będziemy mieli do dyspozycji szereg magicznych umiejętności oraz przedmiotów, które wspomogą nas w drodze do zwycięstwa i ostatecznego pokonania Pana Ciemności. Ogniste kule, moc zamrażania czy też atak błyskawic to tylko namiastka magicznego kunsztu naszego bohatera, który zaskoczy swoich wrogów jeszcze niejednym Asem w rękawie. Holy Diver to tytuł w całej swej okazałości nietuzinkowy i chociaż przyćmiony kultową serią Castlevanii, nigdy nie doczekał się nowych kontynuacji, to jednak wciąż jest pamiętany pośród licznych wyjadaczy gier video, jako produkcja epicka i wręcz obowiązkowa, pośród ścisłej czołówki najlepszych gier konsoli Pegasus.

A wy jak wspominacie swoje 8-bitowe zmagania w świecie magii i mroku? :-)




Dobrego dnia!

Keeper


niedziela, 30 sierpnia 2020

Niezrównany czar Disneya w 8-bitach konsoli Pegasus! :)





Chociaż na temat grubej ryby, jaką de facto jest wszechpotężny Disney, obecnie przedstawiane są w dużej mierze, dość niepochlebne opinie, postanawiam na daną chwilę pisania tego tekstu, puścić w niepamięć ich liczne biznesowe niegodziwości, spoglądając nieco przychylniejszym okiem w odmęt nieco już zapomnianej przeszłości. Kto by co dzisiaj nie mówił, chyba każdy z nas na początku lat 90-tych wyczekiwał z utęsknieniem na pamiętny show pt. ''Wald Disney Przedstawia'', kiedy to pamiętną emisją raczyła nas co sobotę i niedzielę, jak zwykle niezrównana stacja TVP1, serwując nam krótkie, aczkolwiek zabawne historyjki z Kaczorem Donaldem czy Myszką Miki w roli głównej oraz fenomenalne odcinki kultowych seriali animowanych, takich jak Kacze Opowieści, Gumisie, Super Baloo czy nawet Brygada RR.
Disney nie mając zamiaru poprzestać na bajkach animowanych, ładował grubą kasę również w firmowe zabawki, dziecięcą odzież, komiksy oraz książki dla dzieci, tworząc już od niepamiętnych lat markę, nie mających sobie równych. Żeby tego było mało ta potężna machina biznesu, dostrzegając dobrze prosperującą branżę gier video, postanowiła połączyć swoje siły między innymi z japońską korporacją Nintendo, produkując gry video o zaskakująco wysokiej jakości, dokuczliwie wyróżniających na tle pozostałych produkcji tej dziedziny.

W żadnym bądź razie nie były to przelewki, trudno było bowiem konkurować z tytułami, na których wytworzenie sam Disney sypnął z kiesy sporym budżetem, wyciskając do ostatniej kropli z 8-bitowej konsoli Nintendo najlepsze soki. Jednak działo się to w odległych krainach, za górami za lasami, gdzieś w USA, Japonii i Europie Zachodniej, tym czasem spłyńmy ponownie na ziemię, powracając do galijskiej.. tzn. tfu! słowiańskiej wioski zwanej Polską, mocno rozszarpanej z każdej strony siłą komunizmu. Chociaż Disney dotarł i do nas, barwiąc nasz ówczesny szary świat na tęczowo-kolorowo, branża telewizyjnych konsol gier video wciąż jednak w naszym pięknym kraju mocno kulała. Sprawy przybrały zupełnie nowy obrót, gdy na scenę niespodziewanie wkroczyła konsola Pegasus, oferując graczom, zarówno tym małym jak i dużym, cały wachlarz gier video prosto od Nintendo, aczkolwiek jak wiadomo, dość pokrętną drogą. Nie inaczej, to własnie dzięki nieokiełznanemu sprytowi tej konsoli, miałem okazję poznać szereg gier video, w których skład początkowo wchodziły tak diablo-dobre tytuły jak słynny Chip'n Dale bazujący na serialu Brygada RR czy Duck Tales, będący odpowiednikiem telewizyjnych Kaczych Opowieści.

Niedługo po tym, polski rynek gier video zalany został morzem kolejnych Disnejowskich produkcji, gdzie wśród gąszczu bazarowych dyskietek wypływały na powierzchnie liczne tytuły, które do tej pory znaliśmy głównie z telewizji oraz seansów w kinie. Produkcje takie jak Mała Syrenka, Alladin, Król Lew, Mickey Mouse, Darkwing Duck, Księga Dżungli czy Super Baloo wiodły główny prym na konsoli Pegasus, a każda z nich charakteryzowała się niesamowitą płynnością rozgrywki oraz kolorową i przyjemną dla oka grafiką. Warto nadmienić, że gry takie jak Lion King oraz Alladin, nigdy nie doczekały się swego debiutu na oryginalne konsole NES czy też Famicom, co w przypadku konsoli Pegasus mieliśmy do czynienia często-gęsto z pirackimi przeróbkami, chytrze przeprogramowanych z 16-bitowych konsol nowszej generacji typu SNES oraz SEGA MEGA DRIVE. Była to wówczas bezkonkurencyjna moc pirackich 8-bitowców, wypływających szeroką falą z głębin dalekiego wschodu, gdzie jak też mawiali mędrcy sędziwi; ''Na czym Nintendo polegnie, temu Pegasus podoła'', czy jakoś tak. :)))



Osobiście najmilej wspominam 8-bitową przygodę słynnej pary bohaterskich wiewiórek, która oferując rozgrywkę w kooperacji dla dwóch graczy, według mojej oględnej opinii, dostarczała znacznie więcej radochy niż pozostałe produkcje Disneya, serwując nam z etapu na etap pełną brawury akcję, dobrze wszystkim znaną z serialu TV.
Chip & Dale bardzo często opychany był pod fałszywą nazwą, widniejąc na etykiecie gry jako ''Grand Combat'', a co to u licha miało wówczas oznaczać, nigdy się już nie dowiemy. Wszak, zawsze było to lepsze niż smarowanie ''Mortal Kombat'' pod wizerunkiem Lary Croft czy Power Rangers.
Historia Disnejowskich gier na polskim rynku, jak widać pisała się różnie, ale jaka prawda by nie była, będziemy już zawsze pamiętać o tych fenomenalnych produkcjach, które barwiły nasze dzieciństwo w magiczny sposób, pozostawiając nam, aż do dnia dzisiejszego szereg pięknych wspomnień.

A wy jak wspominacie niezrównany czar Disneya w 8-bitach konsoli Pegasus? :)

Dobrego dnia!

Keeper :)