Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2020

HOLY DIVER czyli mrok i magia w 8-bitach konsoli Pegasus!





Podczas gdy arcy-kultowa już, telewizyjna gra video pt. Castlevania, cieszyła się chwalebnym blaskiem w latach swej premiery, nikt nie spodziewał sie, że raptem, dokładnie trzy lata po debiucie pierwszych przygód 8-bitowego łowcy wampirów, wyłoni się jeszcze jeden soczysty tytuł, rzucając walecznym Belmontom rękawicą w twarz, stając się zarazem trudnym do pobicia konkurentem. Zafascynowana sukcesem Castlevanii, japońska korporacja branży gier video IREM, postanowiła w końcu wytoczyć ciężką artylerię i odpowiedzieć z hukiem na słynną produkcję Konami, wypuszczając na rynek zupełnie nową grę video pt. Holy Diver.

Tytuł już od pierwszych swoich chwil wydał się wszystkim zapalonym graczom dziwnie znajomy, obfitując w mroczną grafikę do złudzenia przypominającą upiorny klimat, znany nam z Castlevanii. Również sam image głównego bohatera, od razu narzucał na myśl skradającego się w mrocznych lochach Simona Belmonta, aczkolwiek tym razem, odbiegając od typowego łowcy wampirów, wyposażonego w bat i obszerne akcesorium broni białej, gracze mogli wcielić się w zupełnie nową postać, o aparycji potężnego maga! Historia gry zabiera nas w podróż do roku 666-tego, będącym również okresem panowania magii i potworów. Karmazynowe Królestwo staje w obliczu klęski pod naporem wrogiej armii Czarnego Pogromcy, króla demonów z podziemnego Imperium Mroku. Spod rzezi, cało uchodzi jedynie sługa cesarza, Ozzy, który ratując się ucieczką do innego wymiaru, zabiera ze sobą również dwóch królewskich synów, Randego i Zakka. Przez kolejne 17 lat, dwaj bracia, trenując pod czujnym okiem cesarskiego sługi, stają się arcy-wybitnymi adeptami sztuki magicznej, gotowi do walki na ratunek światu, lecz aby ostatecznie pokonać Czarnego Władcę, będą musieli odzyskać Pięć Szkarłatnych Pieczęci. Nasz bohater Randy, koniec, końców zostaje jednak na polu bitwy zupełnie sam, bowiem Zakk nagle znika, a Ozzy umiera. Randy nie czekając aż Pan Ciemności ponownie wykona pierwszy ruch, wyrusza po krwawą zemstę i pokój na świecie. 


Chociaż Holy Diver miał swoją światową premierę już w 1989 roku, po raz pierwszy zetknąłem się z tym tytułem dopiero gdzieś w połowie lat 90-tych. Podczas przeglądania bogatego asortymentu gier Pegasus na miejscowym bazarze, rzuciła mi się w oczy etykieta gry z której dzierżąc obnażony miecz, groźnie łypał sam Conan Barbarzyńca z majaczącymi w tle potworami z piekła rodem i kuso ubraną blond-wojowniczką, przedzierającą szlak poprzez tłum bestii. 

Sam tytuł, choć zjawiskowy, niewiele dla mnie znaczył, aczkolwiek pędząc do domu z tą osobliwą zdobyczą, miałem nadzieję na niebanalną rozrywkę z bohaterskim Cymeryjczykiem w roli głównej. Niemniej, jak to w przypadku gier Pegasus bywało i tym razem zawartość okazała się zupełnie czymś innym niż z goła oczekiwałem. Zupełnie niespodziewany Holy Diver, w żadnym razie mnie też nie zawiódł, bowiem tytuł zabrał mnie w niesamowitą podróż, poprzez magiczny świat Dark Fantasy, pełen mrocznych lochów, lasów i podziemi, zamieszkałych przez krwiożercze oraz wrogie nam stworzenia. Do obrony przed mieszkańcami mrocznego świata, jako potężny mag, będziemy mieli do dyspozycji szereg magicznych umiejętności oraz przedmiotów, które wspomogą nas w drodze do zwycięstwa i ostatecznego pokonania Pana Ciemności. Ogniste kule, moc zamrażania czy też atak błyskawic to tylko namiastka magicznego kunsztu naszego bohatera, który zaskoczy swoich wrogów jeszcze niejednym Asem w rękawie. Holy Diver to tytuł w całej swej okazałości nietuzinkowy i chociaż przyćmiony kultową serią Castlevanii, nigdy nie doczekał się nowych kontynuacji, to jednak wciąż jest pamiętany pośród licznych wyjadaczy gier video, jako produkcja epicka i wręcz obowiązkowa, pośród ścisłej czołówki najlepszych gier konsoli Pegasus.

A wy jak wspominacie swoje 8-bitowe zmagania w świecie magii i mroku? :-)




Dobrego dnia!

Keeper


niedziela, 16 lutego 2020

KICK MASTER 

Czyli 8-bitowy Mistrz Kopniaków konsoli Pegasus! :)






Z pewnością znajdą się pośród was miłośnicy gier klasycznych mordo-klepów, turniejowych walk czy też potocznie zwanych, bijatyk chodzonych, gdzie w ciemnych zaułkach wielkich metropolii, często-gęsto obijaliśmy z zapałem rozmaitych gałganów tudzież ananasów, co rusz wymieniając w rytmie wrażeń i emocji, popękane joye lub pady naszych komputerów czy też telewizyjnych gier video. A gdyby tak zrównać mistyczną kategorię sztuki kopanej z gatunkiem rasowego fantasy, które klarownie objawiając się nam w wirtualnym świecie Pegasusa, pod postacią tak zacnych produkcji jak Castlevania, Holy Diver czy też Faxanadu, mogłoby przeobrazić się w jedno i niepowtarzalne, w całej swej okazałości unikatowe combo? Bądź co bądź, w latach 90-tych pasjonaci konsoli Pegasus, nie musieli jednak długo czekać by ten oto zamysł ujrzał światło dzienne, bowiem pośród bazarowych stoisk wypełnionych zazwyczaj elektronicznym szajso-badziewiem z dalekiego wchodu, nagle zaczęła krążyć owiana legendą gra, pt. ''Kick Master''.

Z produkcją zetknąłem się gdzieś po 1994 roku, kiedy to buszując na ruskim stoisku, po brzegi wypełnionym grami Pegasus, natrafiłem na dość osobliwą dyskietkę opisaną jako ''Kick Master'', prezentującą krzykliwie na etykiecie filmową Maskę z Jimem Carreyem w roli głównej. Nie zastanawiając się ani minuty dłużej, od razu chapnąłem ten oto zjawiskowy kartridż, mając dokumentną nadzieję na rozrywkę w 8-bitach ze szczerzącym zębiska bohaterem. Jednak wyobraźcie sobie jakie było moje wielkie rozczarowanie gdy zamiast odzianego w żółty garnitur zielono-twarzowca z wielkim młotem, na ekranie ukazało mi się zgoła zupełnie coś innego niż oczekiwałem. Mimo całej tej farsy związanej z bazarowo-pegasusowym ''jajkiem-niespodzianką'', jako wielki fan wszelkich potworów, bestii tudzież wojowników, niemal natychmiast podłapałem klimat gry, która zabrała mnie w daleką podróż poprzez mroczny świat fantasy, zamieszkany przez z piekła rodem maszkarony, jędrne frele i nieznających strachu mężnych wojów! 

Fabuła gry rozpoczyna się z chwilą ataku złowrogiej czarownicy Belzed na spokojne królestwo Lowrel, która przy pomocy czarnej magii oraz swych demonicznych siepaczy, zamierza podbić i zniewolić cały świat, siejąc gdzie popadnie mrok, chaos i zniszczenie. Podczas ataku, sztandarowy zamek zostaje doszczętnie spalony, a królewska para zamordowana. Z życiem uchodzi jedynie ich córka, księżniczka Silphee, która niedługo po tym, sama zostaje uprowadzona przez jedną ze skrzydlatych bestii Belzed. Ze zgliszczy zamku, usianych gęsto ciałami bohaterskich wojowników, wydostaje się tylko dwoje śmiałków, rycerz Macren wraz ze swoim młodszym bratem Thonolanem. Dwaj bracia niemal natychmiast ruszają na ratunek księżniczce, jednak drogę szybko zagradza im armia zdegenerowanych bestii na usługach nikczemnej wiedźmy. Podczas walki, śmiertelnie zostaje ugodzony Macren, który w ostatnich tchnieniach swego życia, prosi swojego młodszego brata aby pomścił jego śmierć i uratował Silphee. Thonolan, jako mistrz magii oraz sztuk walki, specjalizujący się szerokim wachlarzem umiejętnych kopniaków, znany również w szeregach wrogów jako Kick Master, nie mając już nic do stracenia, wyrusza na spotkanie swego przeznaczenia, po krwawą zemstę i ratunek białogłowej. 


Myślę, że Kick Master to tytuł w całej swej okazałości, absolutnie niebanalny, bowiem na pierwszy rzut oka, może i mamy tutaj do czynienia z klasyczną platformówką fantasy, wręcz na modłę kultowej Castlevanii, jednak im dłużej zagrywaliśmy się, pchając naszego bohatera w ogień bitwy, tym co raz mocniej nasilały nam się zupełnie nowe rozmaitości, często gęsto w postaci akcentów, szczególnie bliskim grom RPG, które będąc bardzo rzadko spotykane w świecie gier platformowych, czyniły tą produkcję pośród tego gatunku wielce unikatową.

Nasz bohater z biegiem postępowania rozgrywki, zdobywał kolejne punkty doświadczenia, pozyskując w ten sposób co następny level nowe umiejętności walki, potrzebną do rzucania czarów, większą ilość punktów many oraz znacznie przedłużony pasek życiowej energii, co czyniło go przeciwnikiem godnym nawet najgroźniejszych siepaczy w całej grze. Jednak na tym się urozmaicenia tej wyjątkowej, jak widać produkcji, nie kończyły, bowiem pokonując na swej drodze różnorodne monstra, zdobywaliśmy losowe przedmioty, które mogły naszą postać zarówno rozwijać, leczyć, jak i też ranić. Podczas wędrówki, nasz bohater mógł się również zaopatrzyć w obszerną bibliotekę czarów, znajdując podczas wędrówki porzucone skrzynie bądź też pokonując specjalnych przeciwników.  Warto też nadmienić miły dla świadomości gracza fakt w postaci wbudowanego w program systemu passwordów, które odblokowane pod koniec każdego z etapów gry, pozwalały w pełni spokoju ducha, zawsze i wszędzie powrócić do ostatnio rozgrywanej lokacji, co rusz serwującej nam bez mała, a jakże solidnego łupnia.
Za produkcje tego, a i owszem zaskakująco dobrego tytułu, odpowiedzialna była japońska firma TAITO, znana w latach 70-tych z dużo prostszych w budowie, aczkolwiek mocno kultowych dzisiaj już gier w postaci Space Invaders, Bubble Bobble, Arkanoid czy Elevator Action, jak i też, cofając się w czasie jeszcze wcześniej, z importu znakomitej wódki! :)) Myślę, że należą się tutaj bezapelacyjnie duże brawa dla programistów TAITO, bo chociaż pałając się dawniej kunsztem prostolinijnych gier salonowych arcadówek, wkraczając z niemałym impetem w lata 90-te, potrafili wykrzesać zupełnie nowy styl swoich produkcji, stawiając kamień milowy w historii swojej firmy w postaci fenomenalnego tytułu, jakim bez wątpienia jest właśnie Kick Master.
Dla mnie już zawsze będzie to bezapelacyjnie, jeden z arcy-flagowych tytułów konsoli Pegasus, który w latach swej debiutanckiej znakomitości potrafił, wręcz aż do suchej nitki wycisnąć z siebie najlepsze soki, prezentując prawdziwy kunszt systemu, 8-bitowego szaleństwa gier Nintendo.
A wy jak wspominacie krucjatę Mistrza Kopniaków przeciwko złowrogim siłom czarownicy Belzed? ;)

Keeper :)


niedziela, 10 listopada 2019

CZAS NA SEANS: WILLOW (1998) - Czyli najprawdziwszy diament, filmowego gatunku Fantasy!






Sięgając pamięcią, hen daleko w przeszłość, a pewnie nawet i jeszcze dalej, w zależności od zaaplikowanej dawki fajkowego ziela, tudzież beczułki pełnej wina niziołkowej spiżarki, świat fantastyki już u zarania lat rozkwitu post-komunistycznego pokolenia, należał do ścisłego koła zainteresowań, moich absolutnie ulubionych gatunków filmowych, często-gęsto wówczas stawianych przeze mnie na piedestale, nawet ponad dużo bardziej popularne, aż do przejedzenia, tudzież swoistego porzygu, szacowne kino sc-fiction. Odwiedzając miejscowe wypożyczalnie kaset video, za każdym razem wypatrywałem usianych gęstym kurzem półek, sytych, aż po brzegi kinem spod szyldu Magii i Miecza, by z niemałym zachwytem cieszyć swe oczy, szerokim pasmem kolorytu, fenomenalnie-zjawiskowych okładek, tak pamiętnych tytułów jak Conan Barbarzyńca, Czerwona Sonia, seria Łowcy Śmierci, Królowa Barbarzyńców, Hundra, Krull, Ator, Legenda, Niekończąca się Opowieść, czy nawet arcy-kultowe już pozycje, ze studia Jima Hensona, takie jak Labirynt oraz Ciemny Kryształ. Wspominając wszystkie te znamienne, jak i wielce ważne dla mnie tytuły, w mej pamięci jednak, zawsze mocno na przód kroczył, pełen waśni tudzież baśni, dość nietuzinkowy tytuł, przy którym, jakby tego było mało, maczał swe pełne talentu palce, nie kto inny jak sam twórca Gwiezdnych Wojen, George Walton Lucas. Z pewnością wielu spośród was, na tym etapie snucia mej gawędy, już się domyśla, że mam tu na myśli, nie inaczej jak, kultowe dzieło Rona Howarda pt. ''Willow'' z 1988 roku, które już u samych początków dni swej premiery, zostało okrzyknięte, bezapelacyjnym hitem!
Akcja filmu rozpoczyna się wraz narodzinami, zagadkowej dziewczynki Elory Danan, która według przepowiedni miała doprowadzić do zguby, władającą złymi mocami, królową Bavmorde. Aby uchronić się od zagłady i czym prędzej odnaleźć, zwiastujące upadek, dziecko-przeznaczenia, złowroga królowa postanowiła uwięzić wszystkie ciężarne kobiety w lochach swojej mrocznej twierdzy, Nockmaar. 

Na podstawie magicznego znamienia, czołowa wojowniczka i zarazem córka Bavmordy, Sorsha, odkrywa, że nowo narodzone w lochach dziecko jest dziewczynką z przepowiedni, po czym postanawia, niezwłocznie zaalarmować o tym swoją matkę. Jednak pod jej nieobecność, matka dziecka prosi o pomoc jedną z położnic, aby wyniosła dziewczynkę z twierdzy, chroniąc ją od niechybnej śmierci. Ścigana przez żołdaków złowieszczej czarownicy, kobieta umieszcza dziecko w koszu i puszcza je z prądem rzeki, by sama wkrótce po tym zostać zagryziona, przez dzikie bestie Bavmordy. Nurt wody doprowadza dziewczynkę wprost do małej krainy zamieszkałej przez Nelwynów, karłów żyjących głównie z rolnictwa i hodowli zwierząt. Elora trafia w ręce sympatycznego, młodego rolnika Willowa Ufgooda, który marzy o tym by zostać wielkim magiem. Niedługo po tym, nieborak Willow wraz z całkiem niedużą kompanią przyjaciół, pod rozkazem surowej rady Nelwynów, zostaje wysłany do krainy zamieszkałej przez rasę Dużych Ludzi, aby niezwłocznie zwrócił im ową, a jakże uroczo-zjawiskowo zgubę, która pewnikiem, sprowadziłaby na mały ludek, nieuniknioną klęskę! Chociaż zgoła skołowaciały, nasz bohater nie wie jeszcze jednak, że z chwilą gdy wziął w swe ramiona tajemnicze dziecko, jego życie wkrótce przemieni się w pełną niebezpieczeństw, wielką przygodę, podczas której pozna nowych, zupełnie niespodziewanych przyjaciół i spełni swoje skryte pragnienia o byciu wielkim czarodziejem!




Warto wspomnieć, że w rolę sympatycznego Willowa, tuż u boku Vala Kilmera, wcielił się, nie kto inny jak sam we własnej osobie, zjawiskowy Warwick Davis, znany z tak cenionych produkcji jak Opowieści z Narnii, Karzeł, Książę Waleczny, Labirynt czy nawet i wręcz przede wszystkim, serii Gwiezdnych Wojen.
Myślę, że ''Willow'' to produkcja, obok której nie sposób przejść obojętnie. Pomimo swej typowej dla baśni sztampowości w postaci ''odwiecznej walki dobra ze złem'', obraz wręcz, aż poraża bogactwem scenariusza i głęboko-epicką opowieścią, gdzie prócz wartkiej przygody i licznych, niespodziewanych zwrotów akcji, znajdziemy również wielu barwnych bohaterów, którzy u kresu swej wędrówki przejdą duchową przemianę, a nawet odnajdą prawdziwą miłość. Obraz Rona Howarda to bez wątpienia jedno z najbardziej oryginalnych i unikatowych dzieł w historii całej kinematografii filmowego świata, które błyszcząc niczym diament, pośród sterty bezwartościowych kamieni, obecnie docenią tylko nieliczni. Aczkolwiek dla mnie, już na zawsze będzie zapamiętany jako epicka baśń mojego dzieciństwa, godna dzieła, nawet samego mistrza Tolkiena, do której już zawsze chętnie będę wracał w te, a jakże zimne, nostalgiczno-listopadowe wieczory.
A wy jak wspominacie zmagania dzielnego Willowa z ciemnymi mocami złej królowej Bavmordy?



Dobrego dnia!

Keeper :)



środa, 15 lutego 2017


Z ODMĘTÓW BIBLIOTECZKI: CONAN BARBARZYŃCA - ''CZARNA SERIA'' PIK.





A teraz może coś, co wielu z was pewnie uzna za nudy, odbiegając nieco od kreskówek, filmów czy zabawek. Tak, tak, moi mili, będzie to temat o książkach. Kocham czytać i prędzej czy później wziąłbym pod lupę jeden z moich ulubionych tytułów, tkwiących niestrudzenie w czeluściach mojej przepastnej biblioteczki. Odkąd pamiętam czytałem różne książki; w szkole podstawowej były to ''Muminki'' Tove Jansson czy ''Hobbit'' J.R.R. Tolkiena. W liceum, zaczytywałem się w horrorach Stephena Kinga i H.P. Lovecrafta. Przeważnie krążyłem wokół przygody - horroru - fantasy, czytając osobno autorów, którzy reprezentowali te grupy. Jednak tylko jeden pisarz potrafił stworzyć świat, który zawierał w sobie wszystkie te gatunki. Mowa oczywiście o znakomitym i znamiennym Robercie Ervinie Howardzie!

Twórcy Conana Barbarzyńcy, ale i nie tylko. Urodzony w 1906 r. Howard, pisał powieści już od najmłodszych lat. Z pod jego pióra, wyszły opowiadania o Kullu z Antlantydy, Solomonie Kane - łowcy wampirów i demonów, Bran Mak Mornie i wiele, wiele innych nie związanych z fantasy czy horrorem. Jednak najbardziej zasłynął z opowiadań o Conanie Barbarzyńcy. Na podstawie Conana powstały liczne komiksy, książki oraz nawet nakręcono kilka filmów. Ta najbardziej słynna i rozpoznawalna postać R. Howarda, wywarła na mnie naprawdę duże wrażenie. Dla wielu ludzi Conan to zwykły, tępy rębajła. Postać, która w ogóle nie myśli, a jego życiowym celem, poza zabijaniem, jest zarywanie dzierlatek w karczmie i upijanie się do nie przytomności. Owszem, Conan to kochał, bo był prostym mężczyzną, ale zaczytując się w opowiadaniach o jego losach, możemy dostrzec głębie w jego postaci. Conan był prawdziwy, kochał życie i potrafił śmiać się całego serca. W przeciwieństwie do ludów z cywilizowanych miast, kierował się kodeksem i bądź co bądź miał swoje poczucie moralności. Był bystry i umiał znaleźć słabe punkty w ludziach, którzy myśleli, że są lepsi od niego. Szybko przejmował kontrolę i władzę. Conan potrafił być dobrym przyjacielem i troskliwym mężczyzną; był obrońcą kobiet oraz słabszych. Pomimo swojego szorstkiego charakteru i gburowatości był w głębi serca ciepły i życzliwy. Jak widzimy, postać Conana jest wielowarstwowa i z każdym przeczytanym opowiadaniem dowiadujemy się o nim czegoś nowego, o ile czytamy opowiadania chronologicznie, ułożone przez dwóch pisarzy Lin Cartera i Lyona Sprague de Campa, którzy podjęli się tego zadania, by zredagować i uzupełnić wszystkie opowiadania o Conanie Barbarzyńcy napisane przez Roberta Howarda. W Polsce w latach 90 za sprawą wydawnictwa PIK, oraz dwóch wymienionych wyżej panów, mieliśmy szansę poznać i śledzić losy Conana, ułożone chronologicznie od jego młodych lat gdy przybył  z mroźnej północy do cywilizowanych krajów, gdzie parał
się złodziejstwem aż do jego sędziwego wieku, kiedy to został władcą i królem Akwilonii.

Wydawnictwo PIK wydało 9 tomów z przygodami Conana, autorstwa R.Howarda, nazwanych później przez fanów ''Czarną serią''. Książki cechowały czarna, twarda oprawa, okryta obwolutą tego samego koloru. Na okładce każdego tomu widniały miniatury klimatycznych obrazów Franka Frazetty, przedstawiających Conana w różnych sytuacjach, niekoniecznie związanych z zawartością treści.

To właśnie te okładki, sprawiły, że zwróciłem uwagę na to wydanie. Uważam, że jest to najlepsze wydanie książek o Conanie Barbarzyńcy, jakie mieliśmy szanse dostać w polskich księgarniach na przestrzeni lat. Warto zwrócić uwagę na to, że strony są wszyte w brzeg okładki, dzięki czemu książki są trwałe i trzymają się naprawdę dobrze nawet po 25 latach. Jedynie na minus zasługuje obwoluta książek, która jest bardzo podatna na zniszczenia i nie przetrwała niestety próby czasu. W środku tomów, na stronie tytułowej każdego z opowiadań znajdziemy oryginalną, czarno-białą ilustrację polskiego artysty, Zbigniewa Mielnika,
który także opracował i narysował mapę ''Krajów Hyboryjskich''. Możemy ją znaleźć na wewnętrznych stronach okładek. Mapka jest czytelna i świetnie oddaje fikcyjny świat R. Howarda, po którym wędrował Conan. W późniejszych tomach ilustracje rysowali już inni artyści, ale mapa Pana Zbigniewa została w serii aż do 9 tomu.


Wybrane Ilustracje ze stron tytułowych.
Niektóre ilustracje Zbigniewa Mielnika budziły grozę i świetnie oddawały Howardowski klimat. Świat stworzony przez autora był połączeniem przygody, fantasy i horroru. Ciężko dzisiaj znaleźć autora książek, który by w tak znakomity sposób połączył te trzy gatunki, tworząc z nich jeden, dzisiaj znany jako ''heroic fantasy''. Nie jest to klasyczne fantasy podchodzące pod baśnie Tolkienowskie; nie znajdziemy tu zniewieściałych elfów czy szlachetnych bohaterów. Heroic Fantasy to gatunek, który powstał przy pomocy ognia i stali. W świecie wykreowanym przez Howarda, mężczyźni są silni, dobrze zbudowani i brutalni. Kobiety piękne i gibkie, a niektóre tak samo twarde jak mężczyźni. Na każdym kroku pośród dżungli, gęstych lasów, gór czy nawet mrocznych zaułków cywilizowanych miast, czyhają na nas niebezpieczeństwa pod postacią prehistorycznych bestii, demonów, dzikich Piktów lub bandytów. Człowiek musi być cały czas czujny i nieufny wobec innych. Klimat jest duszny, ciężki i złowrogi. W oddali słychać skowyt wilków lub upiorów, a miecze błyszczą w świetlne księżyca. Conan często wpada w ponurą zadumę, rozmyślając o tym kogo zabił i co stracił w życiu. Poznajemy prawdę o ludziach i ich słabościach, a kto nie jest dość silny, szybko umiera. A pośród tego wszystkiego, wisienką na torcie są wplecione w linie fabularną mity Cthulhu,  zainspirowane twórczością H.P.Lovecrafta, z którym Howard tak często korespondował. Przedstawiłem to mocno i dobitnie, ale tak właśnie wyglądał świat wyśniony przez mistrza Howarda. Nie mniej dobrze się to czyta i pomimo dusznego klimatu, można wsiąknąć w ten świat na długie zimowe wieczory.
W ''Czarnej serii'' możemy znaleźć też dodatki, pod postacią ciekawie napisanych wstępów, artykułu na temat Ery Hyboryjskiej; wyjaśniającej pochodzenie plemion, ras i krajów, które opisywał Howard oraz listu R.Howarda do P.S. Millera, napisanego trzy miesiące przed śmiercią twórcy Conana Barbarzyńcy. W liście możemy znaleźć trochę wyjaśnień odnośnie samego bohatera a także świata w którym żył.
Opowiadania R.Howarda są nierówne, większość czyta się z zapartym tchem, ale niektóre wręcz nas odpychają i nudzą. Na szczęście tych jest dużo mniej. Na duże brawa zasługują historie opowiadające o czasach, gdy Conan włóczył się jeszcze pośród swoich rodzinnych wzgórz Cymmerii, sąsiadującej z północnymi krainami Asgardem i Vanheimem. Howard stworzył bardzo mało takich opowiadań, a szkoda bo były to jedne z najciekawszych rzeczy jakie napisał.



Po swojej śmierci, twórca Conana Barbarzyńcy miał bardzo dużo naśladowców, którzy próbowali kontynuować historie Cymmeryjczyka. Niektóre były udane, inne mniej, ale wszystkie były z pod znaku ''przeczytać i zapomnieć''. Nie mogły się równać do oryginalnych opowiadań, zawartych w ''Czarnej Serii'', do których po dziś dzień, czasem wracam, by znów znaleźć się pośród zaśnieżonych wzgórz Cymmerii lub za Czarną Rzeką Piktów. Myślę, że tam właśnie trafił Rober Ervin Howard, zostawiając nam na pożegnanie historie spisaną na kartach swoich książek. Niczym drogowskaz i mapę, wskazujące drogę do jego snów.

Myślę, że mogę polecić ''Czarną Serię'' każdemu, kto uważa się za fana Conana Barbarzyńcy oraz samej twórczości R.Howarda. Książki są porządnie wydane, okraszone ciekawymi notatkami i klimatycznymi ilustracjami. Jedyny minus jest taki, że ciężko je dzisiaj dostać, ale warto na nie polować na portalach aukcyjnych czy w miejskich antykwariatach. Dla mnie jest to pozycja obowiązkowa. Cieszę się, że zajmują miejsce w mojej biblioteczce, obok innych ciekawych pozycji, o których może kiedyś opowiem..


Pozdrawiam!

Keeper :-)