Pokazywanie postów oznaczonych etykietą famicom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą famicom. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 kwietnia 2025

NINJA TURTLES II: THE ARCADE GAME

Czyli kultowa gra w Żółwie Ninja na konsolę Pegasus!  



    Na temat gier Pegasus wyskrobałem już wiele tekstów i mocno dziwi mnie, że aż do tej pory nigdy nie wspominałem o takim wyjątkowym tytule jak Ninja Turtles 2: The Arcade Game, tym bardziej, że bardzo często gawędziłem wam, o pokrewnej i równie wspaniałej grze, jaką bez wątpienia jest TMNT 3: The Manhattan Project. Oba tytuły wielokrotnie ukończyłem na konsoli Pegasus, zarówno w latach 90, jak i później. Na swojej drodze życia fana konsoli Pegasus, spotykałem się też z opiniami, że to banalne i słabe produkcje, ale zawsze uważałem je za gorzkie żale ludzi, którym tego typu rozgrywka sprawiała spore trudności. No bo jak można nie lubić Żółwi Ninja? Serio?? No bez jaj, już samo to, że w grze wcielamy się w ulubione Turtlesy, sprawia, że jest radykalnie genialna! Ale to mogą zrozumieć tylko dla prawdziwi ultras Żółwi Ninja. Są tu tacy? No przecież, że są, tak, tak bez wątpienia! W przeciwnym razie byście nie siedzieli na mojej stronie, wyczekując kolejnych tekstów :)


    TMNT 2: The Arcade Game to typowych Beat' Em Up, czyli po naszemu bijatyka chodzona. W grze wcielamy się w jednego z czterech żółwi braci, ewentualnie w dwóch jeśli gramy w kooperacji z kimś bliskim na jednej kanapie. Już na samym starcie gra zmusza nas do parcia na przód, przedzierając się przez niezliczone zastępy wielobarwnych  Żołnierzy Stopy, którzy na polecenie swojego przywódcy, opanowali cały Nowy Jork. Na koniec każdego etapu rozgrywki, czeka nas walka z bossem w postaci Rocksteadego, Bebopa, Baxtera Stockmana oraz wielu innych popularnych siepaczy Shreddera, znanych nam skądinąd z serialu animowanego. Fabuła gry rysuje się po każdym zakończonym etapie, podczas prezentacji barwnych i interesujących cut-scenek, natomiast po sklepaniu miski pierwszego bossa w grze, jakim jest Rocksteady, gracz dowiaduje się, że naszym kolejnym celem jest uratowanie z łap Shreddera naszej przyjaciółki i słynnej reporterki April O'Neil. Nie czekając na więcej, Żółwie ruszają w pościg za swoim największym wrogiem, na ratunek April oraz całego miasta.
    W starciu z przeciwnikiem Żółwie mają do dyspozycji aż trzy różne ataki, w postaci standardowego siekania bronią, kopnięcia z wyskoku oraz combo. Oprócz tego są również wstanie kontrować miotane ataki wrogów pokrywą od studzienki kanalizacyjnej, jak też w podzięce rzucać w stronę przeciwników oderwanym od chodnika parkometrem, czy tryskać wodą pod ciśnieniem z hydrantu. Na naszych przyjaznych mutantów oprócz ruchomych przeciwników, będą czyhać też różne przeszkadzajki oraz pułapki w postaci spadających blach reklamowych, obciążników, otwartych studzienek kanałowych, przejeżdżających samochodów, kolców bambusowych oraz rażenia prądem pod wysokim napięciem.
Lokalizacje w grze są bardzo zróżnicowane, dając nam wrażenie rzeczywistej podróży poprzez mroczne zakątki Nowego Jorku. Nasi zieloni bohaterowie zmuszeni będą toczyć zażarte pojedynki pośród płonących budynków mieszkalnych, ponurych alejek, burzowych kanałów, zaśnieżonego parku, dachów wieżowców, dojo sztuk walki, by na koniec przyszło im przywitać sam Technodrome! Co ciekawe wersja NES / Pegasus została wzbogacona o dwa dodatkowe levele w postaci Snowy Central Park i Shogun Dojo, których zabrakło w wersji Arcade oraz na innych platformach. Wojownicze Żółwie standardowo zaczynają grę z 3 żytkami oraz paskiem energii, który można uzupełnić po zjedzeniu napotkanym po drodze kawałkiem pizzy. Mniam! 🤤🍕 .Same życia można też odnawiać, dzięki zdobytym punktom za pokonanych wrogów. W przypadku wersji Pegasus, bardzo często gra była zhakowana na 9 żyć, co wcale nie było też głupim pomysłem dla tych co chcieli potrenować trochę dłużej :-)



    Tytuł charakteryzował się bardzo dobrą, wpadająca w ucho muzyką, barwną grafiką oraz płynną animacją. Warto wspomnieć, za gra została wydana przez Konami i pierwotnie ukazała się w 1989 roku na automatach Arcade. Odnosząc ogromny sukces, tytuł szybko się jednak przeniósł z salonów gier na domowe konsole Famicom, NES oraz Pegasus. Osobiście po raz pierwszy z grą spotkałem się na konsoli Pegasus dzięki składance Turtles Family 2 in 1, którą dostałem na Dzień Chłopaka od mojej kochanej starszej siostry ❤️. TMNT 2 spotkałem też później parę razy na automatach Arcade, jednak poziom trudności był znacznie wyśrubowany w górę i nie grało się tak dobrze jak na konsoli w domowym zaciszu.


    Osobiście uważam, że TMNT 2 to jeden z lepszych tytułów na konsolę Pegasus, jakie kiedykolwiek wydano. Gra nie potrafiła nudzić, dając nam ogrom nieprzerwanej akcji i radochy z ulubionymi postaciami kultowej kreskówki lat 90. Być może jest kapkę toporniejszy od TMNT 3, który był swoistym kamieniem milowym w tej serii 8-bitowych Żółwi Ninja, ale mimo to jest jak najbardziej wartą uwagi produkcją, o której nie da się zapomnieć. Dla mnie  niezaprzeczalnie wciąż figuruje w moim TOP 5 ulubionych gier z czasów dzieciństwa.

A wy jak uważacie?

Turtle Power! ✊💚🐢💚🐢
💚

Keeper :)

Tak mam fioła - moja kolekcja kartów z grą TMNT 2 :))


niedziela, 3 marca 2024

 ATTERA - Czyli zapomniana gra fantasy na konsolę Pegasus! :)



 Dawno nie było nic o giereczkach, a że nie wypada w żadnym razie pomijać tematu konsoli Pegasus, postanowiłem po raz kolejny i nie ostatni wziąć na warsztat jedną z gier, które noszę ciągle w pamięci oraz sercu. Było lato 1993 roku, kiedy to zaprosił mnie do siebie kolega z bloku obok na przetestowanie jego nowej konsoli Pegasus MT-555DX. Pokazując mi szereg wspaniałych gier, których wcześniej na tą konsolę nie znałem, mój wzrok spoczął jednak na skromnym, aczkolwiek niewątpliwie interesującym kartridżu podpisanym równie ciekawie co tajemniczo, tytułem ''Attera''.

PEGASUS MT-555DX z 1993 roku - czy ktoś go jeszcze pamięta? :)

 Oprócz wyżej wspomnianego tytułu, na etykiecie wówczas tzw. ''dyskietki'' widniał obrazek rodem z filmu Heroic Fantasy pt. ''Czerwona Sonja'', przedstawiając dwie rudo-włose wojowniczki, ze szkaradnym smokiem w tle. Kochając tego typu wspaniałości już od wczesnych lat młodości, od razu wyniuchałem, że będzie to wyjątkowa gra. Wcale się też nie pomyliłem, bowiem gdy razem z kumplem odpaliliśmy tytuł na konsoli, już od pierwszych chwil rozgrywki pochłonął mnie na długie godziny. Co prawda gra nie nazywała się wcale Attera, a Athena jak też szybko zasugerował nam ekran tytułowy produkcji. Fabuła opowiada nam upartej wojowniczej księżniczce Athenie, zamieszkującej niebiańskie Królestwo Zwycięstwa. Jednak pewnego wspaniałego dnia, dziewczyna myszkując chytrze po zamku, niefortunnie otwiera w podziemiach pałacu ''drzwi, których nigdy nie należy otwierać'' i trafia do magicznego Świata Fantasy, zdominowanego przez złego cesarza Dantego. Athena szybko odkrywa, że nowo poznany świat jest siedliskiem potworów oraz siepaczy wrogiego imperatora. Nie czekając, aż bestie ją pochwycą, postanawia się uzbroić i wypowiedzieć walkę złym siłom cesarza, by na nowo zapanował pokój w Świecie Fantasy, a ona sama mogła w końcu powrócić do domu w Niebiańskim Królestwie.


  Po wylądowaniu na wrogim terytorium, nasza bohaterka ma z początku do dyspozycji tylko atak kopnięcia, ale dodatkowo może również wyposażać się, zabierając poległym przeciwnikom broń, zbroje oraz tarcze. Niektóre bronie takie jak młot lub kiścień, pozwalają natychmiastowo kruszyć skalne bloki, co pozwala nam pozyskiwać nie tylko zbroje, ale również magiczne przedmioty, np. takie jak Sandały Merkurego, dzięki którym możemy wykonywać wysokie skoki, czy Skrzydła Pegasusa, umożliwiające latanie. Oprócz klasycznego stylu gier platformowych, ta nietuzinkowa produkcja zawiera również elementy RPG, które znacznie urozmaicają naszą rozgrywkę. Bohaterka musi ukończyć aż 8 światów, gdzie na końcu każdego z nich czeka na nią potężny boss. Aby pokonać swoich oponentów, Athena musi użyć, trzymanych w zanadrzu przeróżnych mitologicznych broni oraz przedmiotów, bez których nie da się też ukończyć rozgrywki. Zanim jednak nasza bohaterka dotrze na kraniec każdego świata, będzie musiała wpierw zmierzyć się na swej drodze z przeróżnymi przeciwnikami. W większości będą to potwory i wojownicy inspirowani mitologią Greków oraz Rzymian, jednak zdarzać się też będą bliżej nieokreślonej formy potworki, rodem z gier fantasy takich jak Legend od Zelda. Każdy z przeciwników ma swoje trzy kolorystyczne odmiany, różniące się poziomem mocy oraz ilością punktów, jakie za nich otrzymamy. Do pokonywania swoich wrogów, Athena ma do dyspozycji cały wachlarz arsenału potężnych broni, pośród których znajdą się maczugi, młoty, kiścienie, miecze oraz łuki, o różnej odmianie i wartości bojowej. Oprócz broni białej nasza uparta wojowniczka, ma możliwość władania także magią, znajdując po drodze magiczne zwoje, książki oraz laski - Także strzeżcie się potwory z piekła rodem! :)


 Gra została wyprodukowana w 1986 roku przez japońską firmę SNK i oprócz wersji arcade doczekała się również ogromu wydań na przeróżne platformy w tym Famicom, NES, Commodore 64, ZX Spectrum, a nawet PlayStation oraz modne ostatnio Nintedno Switch. 

 Warto wiedzieć, że Athena to jedna z pierwszych gier w historii, która otrzymała grywalną postać kobiecą. Popularność gry sprawiła, że nasza bohaterka doczekała się również angażu w szeregu kontynuacji oraz w produkcjach pobocznych, jako ukryta postać w późniejszych bijatykach SNK. 

Oryginalna japońska wersja okładki gry Athena
 na konsolę Famicom z 1987 roku.

 Dla mnie Athena to jeszcze jedna niezapomniana gra mojego dzieciństwa, jednak boleję nad tym, że obecnie pośród polskich graczy konsoli Pegasus, mało kto ją naprawdę pamięta, pozostając tytułem utkwionym jedynie w pamięci nielicznych koneserów. 

A wy jak wspominacie przygody wojowniczej Atheny w walce o pokój i ład na świecie? 

Dobrego dnia!

Keeper :)





niedziela, 26 lutego 2023

 CONTRA - Czyli polowanie na robale w 8-bitach konsoli Pegasus :) 



    Wspominając ostatnio chybcikiem filmy i seriale telewizyjne z gatunku sc-fiction w których skład wchodziły epicko-baśniowe Gwiezdne Wojny czy racjonalno-naukowy Star Trek, bezwiednie, pod wpływem nagłej ulotnej chwili i czaru jakim urzekł mnie przesympatyczny i pełen humoru kudłaty ALF z planety Melmac, zapomniałem chlapnąć również co nieco o pewnych pamiętnych produkcjach, zrodzonych dzięki dwóm, permanentnie splecionym ze sobą, gatunkom filmowym kina grozy i sc-fiction. Zaczynając od kultowego obrazu Ridleya Scotta ''Obcy: 8 Pasażer Nostromo'', płynnie przechodzącego w bezapelacyjnie fenomenalny sequel ''Obcy 2: Decydujące Starcie'' Jamesa Camerona, by skończyć na przepastnym morzu niezliczonej ilości produkcji, które tylko próbowały, w najgorszym tego słowa znaczeniu, naśladować wyżej wymienione kultowe dzieła, mieliśmy od zawsze dosyć niemiłą, aczkolwiek nader intrygującą styczność z pokaźnych rozmiarów, oślizgłymi robalami o lśniących, czarnych pancerzach i morderczym umyśle drapieżnika, które w bardzo krótkim czasie stały się jedną z głównych i najbardziej rozpoznawalnych filmowych ikon tego nietuzinkowego gatunku. Jakby tego było mało, słynna japońska firma KONAMI, znana z branży gier video, zafascynowana mocą nagłej popularności naszych galaktycznych insektów filmowego świata, postanowiła zręcznie opracować spektakularny tytuł pełen dynamicznej akcji, oferując graczom możliwość wcielenia się w jednego z dzielnych komandosów marines przemierzającego gęste dżungle i podziemne tunele, tropiąc kosmicznych drapieżników. 

Iście amerykański plakat promocyjny do automatu z grą CONTRA :)


   Konami długo nie czekając, niemal od razu wcieliło w życie swój arcy-genialny plan, bowiem już rok po premierowej rewelacji filmu ''Obcy 2: Decydujące starcie'' z 1986, w salonach gier na całym świecie sukcesywnie zaczęły pojawiać się automaty z krzykliwie zatytułowaną grą pt. ''CONTRA'', odnosząc niemałe zwycięstwo nad produkcjami konkurencyjnych firm, zamiatając pod dywan takie tytuły jak Ikari Warriors czy Guerrilla War. Niemniej bezapelacyjny sukces Contry na tym się nie skończył, ponieważ już w 1988 roku maniacy gier video mogli się cieszyć tą zjawiskową produkcją w domowym zaciszu, dzięki wspaniałomyślnej reedycji Contry w postaci kartridża na konsolę Nintendo (NES/Famicom). Obie wersje chociaż tak mocno odmienne od siebie, charakteryzowały się wielobarwną grafiką, płynną animacją oraz przede wszystkim fenomenalną, napędzającą akcję, ścieżką dźwiękową, która na długo potrafiła zapaść graczom w pamięć. Osobiście jednak po raz pierwszy zapolowałem na robale w pamiętną noc 6 grudnia 1991 roku, kiedy wraz z całą rodziną zasiedliśmy przed telewizorem testując nowiutką konsolę PEGASUS wraz z kultowym już dzisiaj kartridżem ''168 in 1'' w zestawie. Historia przedstawiona w grze rozpoczyna się z chwilą gdy na Ziemi rozbija się ogromny meteoryt, przypadkiem transportując na naszą rodzimą planetę zagrażające całej ludzkości, drapieżne, intergalaktyczne monstra, pochodzące z najdalszych zakątków kosmosu. Na domiar tego, złowroga organizacja terrorystyczna, o tajemniczej nazwie Red Falcon, postanowiła zawrzeć sojusz z kosmicznymi robalami by wspólnie podbić Ziemię i przejąć władzę nad światem. Przeciwko najeźdźcom do walki wyruszają dwaj dziarscy, wyszkoleni komandosi marines, Bill Rizer i Lance Bea, zesłani na porośniętą niezgłębioną dżunglą wyspę Galugę, na której rozpocznie się ostateczna bitwa o losy Ziemi i jej mieszkańców.


    Tytuł, który fabularnie prezentował się dosyć prosto, szybko przekonał jednak graczy, że już od pierwszych momentów rozgrywki czeka ich ciężka przeprawa, podczas, której nie będzie czasu na nudę, tudzież pełne klasyki dłubanie w nosie. Nasi dzielni, uzbrojeni po zęby komandosi, oprócz pokonania rozmaitych, najeżonych pułapkami lokacji, będą musieli zmierzyć się również z licznymi oddziałami Red Falcona oraz potworami z piekła rodem, które za wszelką cenę będą chciały powstrzymać bohaterów przed dotarciem do serca ich złowrogiej bazy. Doskonale pamiętam, jak wraz z moją starszą siostrą, trenowaliśmy ten znamienny tytuł przez multum niezliczonych godzin, wręcz do arcy-mistrzowskiej perfekcji w opcji dla dwóch graczy. Chociaż powszechnie wielu starych wyjadaczy, do dzisiaj uważa wariant kooperacyjnej rozgrywki za dużo trudniejszy, to jednak oboje stworzyliśmy zgrany duet pełen telepatycznej synchronizacji, posiłkując się przemyślaną strategią i żelazną cierpliwością podczas wspólnych brawurowych akcji, pomiędzy gradem karabinowych kul w głębi dżungli, a wybuchającymi płomieniami starej, opuszczonej fabryki żelaza.


    Warto wspomnieć, że tytuł został wydany w Europie aż w dwóch odrębnych wersjach, jako GRYZOR oraz PROBOTECTOR, gdzie w przypadku tego drugiego, gra została totalnie przerobiona na klimat cyber-punkowy, zmieniając komandosów w cyborgi, a przeciwników w roboty. Obie wersje europejskiej Contry, zawitały również na konsolę Pegasus, jednak były ciężkie do zdobycia i nie każdy polski gracz miał szansę je wówczas ograć. Oczywiście Contra na przestrzeni lat, doczekała się również licznych kontynuacji oraz pirackich przeróbek, gdzie warto wymienić takie tytuły jak SUPER C, CONTRA FORCE czy nawet piracki hack Super Contra 7. 



    Pomijając ogromną dozę sentymentu, uważam, że Contra to tytuł, który do dzisiaj świetnie broni swego bezkonkurencyjnego stanowiska, stanowiąc niebanalną, wręcz wyśmienitą rozrywkę, pełną soczystej grywalności i niezapomnianej, wybornej oprawy dźwiękowej, która do dzisiaj ciepło faluje pośród moich wspomnień. 

A wy jak wspominacie polowanie na robale w 8-bitach konsoli Pegasus? :)

Dobrego dnia! Tratatatata! :)

Keeper :)






niedziela, 24 lipca 2022

 AMAGON - Czyli 8-bitowy kicz wakacyjną porą :))




    Wszyscy co śledzą moją stronę już od dłuższego czasu, wiedzą, że nigdy-przenigdy nie mieszam z błotem żadnej gry na konsolę Pegasus, znajdując w wielu przypadkach z nimi związane, same superlatywy i ciekawostki. Jednak na ten czas muszę ogłosić, że nadszedł właśnie ten sądny dzień linczu, na który wielu z was tak pewnie czekało. Aby przybliżać wam ową pełną frustracji historię, musimy sie cofnąć aż do 1992 roku, kiedy to podczas letnich wakacji, pełen entuzjazmu oraz zapału ruszyłem butnie na co-weekendowy targ z zamiarem kupna zupełnie nowej i ciekawej dla oka giereczki. Na miejscu, lotem błyskawicy zostałem namówiony przez chytrego a jakże, handlarza z wąsem, do zakupu gry pt. ''Amagon''. Tytuł gry mówił mi niewiele, a tak naprawdę nie mówił mi nic, natomiast cwany sprzedawca za sprawą siły przebicia i barwnej prezentacji samej gry, sprawił, że natychmiast wyjąłem z portmonetki całe 8 zł i z miejsca dokonałem zakupu. Ani przez chwilę nawet nie poczułem, że to złowieszczy podstęp szpiega z krainy Deszczowców! Na etykiecie karta widniał bowiem, jak też mniemałem, niestrudzony łowca przygód z karabinem M-16, ostrzeliwując zaciekle robo-rycerza oraz spodki UFO. Jakby tego było mało, w tle ryczał wściekle, przerażający Tyranozaurus Rex, jeden z moich ulubionych wówczas mito-zaurów. 


Czy cokolwiek w tym przypadku, mogło pójść źle? Jednak odpowiedz odnalazłem dopiero w domu, uruchamiając natychmiast grę na mojej przetyranej już konsoli MT-777DX. Ledwie pojawił się ekran tytułowy i od razu spotkał mnie nielichy zawód. Na planszy pojawił się mizerny chłopek-roztropek, o kanciastej anatomii Bolka i Lolka, z rozbitym samolotem w tle, który wyglądał niczym nasmarowany przez 4 letnie dziecko w przedszkolu. Dalej okazało się wcale nie lepiej. Bohater do którego nie zapałałem sympatią już na wstępie, podczas rozgrywki wypadł jeszcze gorzej. Miałem tu do czynienia z krępym typem o kwadratowej szczęce troglodyty, odzianym w jakiś łachmany. M-16 które widniało na etykiecie gry gdzieś wyparowało, z zamiast słynnego karabinu postać niezdarnie dzierżyła w łapach dziwny strzelający ''huko-patyk'', który jak mniemam miał imitować strzelbę. Zewsząd atakowały nas zmutowane grzyby, plujące węże, krabo-pająki oraz irytujące pterodaktyle rozmiarów gołębia. Co prawda gra była szybka i bardzo dynamiczna, ale drażniąca uszy muzyka w tle, wcale a wcale nie pomagała przełknąć tego pasztetu. Co więcej do gry wprowadzono, nie wiem po co, realistyczny element, w postaci ograniczonej amunicji. Gdy zapas naboi się wyczerpał, postać mogła jedynie okładać wrogów kolbą strzelby niczym prymitywną maczugą, co równało się często natychmiastową porażką. Aby dobrze też rozplanować dalszy przebieg rozgrywki, należało skrupulatnie pilnować zapasu amunicji, gdyż jeśli roztrwoniliśmy ją na pierwszej mapie, strzelając sobie w powietrze, to na drugiej zaczynaliśmy już grę bez naboi, które jak można by przypuszczać, powinny się odnowić, a czego też nie robią. Dodatkowo moją frustrację wzmagała wyśmiewająca gracza prześmiewcza melodia, która towarzyszyła nam za każdym razem gdy ginęliśmy, a że ginąłem bardzo często, tenże dżingiel doprowadzał mnie do szewskiej pasji, objawiając się często ciskaniem joya o podłogę!



    
Jednak, żeby nie być aż tak znowu surowym i wrednym dziadem, moją uwagę już wtedy zwróciła ładna i kolorowa grafika, która wraz z wakacyjno-podróżniczym klimatem gry, tworzyła dla mnie podczas letnich wakacji, miły dla oka akcent. Aczkolwiek gra posiadała bardzo słaby design głównego bohatera oraz reszty elementów występujących w grze, które już w młodych latach wydawały mi się słabo zaprojektowane na tle innych gier znanych mi ze stajni konsoli Pegasus. Co ciekawe gra posiadała aż dwie odrębne fabularne historie. W wersji amerykańskiej mieliśmy do czynienia z tytułowym Amagonem, który jako marines rozbił się samolotem na tajemniczej wyspie zamieszkałej przez krwiożercze potwory. Jego głównym celem była ucieczka z wyspy statkiem i pokonanie głównego bossa w postaci wrednego kosmity, którego wygląd myślę może zaciekawić wielu ufo-fanów, ale o tym później. Dzięki aktywacji kluczy Mega-Key, nasz bohater był w stanie zmienić się w potężnego Megagona, co znacznie ułatwiało walkę z potężnymi potworami. Wersja japońska z kolei opowiadała o naukowcu Jacksonie, który wynalazł tabletki Macho Max, za sprawą których transmutował się w muskularnego Macho Mana. Za popełnienie tej produkcji w 1988 roku, odpowiedzialna była firma Aicom, znana z takich słynnych gier jak choćby ''Totally Rad'' czy ''The Astyanax''. Podczas gry nasz bohater pozyskiwał przeróżne sympatyczne znajdźki, w postaci dodatkowej amunicji czy transformacje w Megagona, którą należało wykorzystać do walki z większymi potworami na koniec każdego etapu gry. W przeciwieństwie do standardowej formy bohatera, sam Megagon posiadał już pasek życia, dzięki czemu nie ginął od jednego ciosu, tak jak jego słabsza i mniejsza postać Amagona. 


Tzw. ''Monstrum z Flatwoods'' rzekomo widziane w 1952 roku w USA.

Jako ciekawostkę, warto wspomnieć, że projekt głównego bossa w grze został zaczerpnięty z dziedziny ufologii i dotyczył kosmity tzw. ''Monstrum z Flatwoods'', widzianego z 1952 roku w stanie Zachodniej Virginii USA. Nie chcąc tu wychodzić na Smerfa Marudę, uważam gra może się podobać i na pewno ma gdzieś hen w odległej galaktyce swoich wiernych fanów, jednak dla mnie były to najgorzej wydane pieniądze w czasach mojego dzieciństwa. Myślę, że gdyby twórcy bardziej dopieścili niektóre elementy gry oraz zmienili muzykę, byłaby to całkiem przyjemna gierczka, której niestety nie jestem w stanie dzisiaj dobrze zapamiętać, ani pod względem grywalności ani wizualnym. Wciąż jednak żywię nadzieję, że ktoś z was moi mili, pokaże mi tą grę z zupełnie innej perspektywy, żebym i ja mógł ją kiedyś docenić i raz jeszcze ocenić! :) 

A wy jak wspominacie zmagania Amagona na wyspie pełnej potworów?



Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 11 kwietnia 2021

 GAIAPOLIS - GRA NA PEGASUSA KTÓRA MNIE OMINĘŁA! :))



Rzadko się zdarza, że opisuję coś czego nie pamiętam z przepastnych dziejów mojego dzieciństwa. Jednak tym razem postanowiłem wziąć na warsztat grę video, która ostatnio mocno mnie poruszyła, a której w latach 90-tych nigdy nie było dane mi poznać. Siedząc w temacie gier Pegasus od dobrych kilkunastu lat, co jakiś czas łapię się na tym, że wciąż spotykam tytuły, których nigdy wcześniej nie ogrywałem. W żadnym bądź razie nie chodzi mi tutaj o produkcje z gatunku japońskich RPG, które chociaż wbrew pozorom z rzadka można było spotkać na polskich bazarkach, to jednak kompletnie były dla nas nie grywalne, ze względu na osobliwy język jakim nas raczyły. Tym razem wpadła mi w łapy gra fantasy pt. ''Gaiapolis'', której początków należy jednak szukać nie w fabrykach Famicoma, a w salonach gier lat 90-tych. Tytuł pierwotnie została wydana przez firmę Konami w 1993 roku i jako typowy gatunek Beat 'em up czyli po naszemu ''bijatyka chodzona'', został wypuszczony stricte pod rynek automatów branży gier video. Aczkolwiek fani domowych konsol gier telewizyjnych nie musieli wcale długo na ten tytuł czekać, bowiem słynna tajwańska firma gier video Sachen, po raz kolejny uruchomiła swoje pomysłowe tryby, mieląc i wyciskając dorodnego Gaiapolis'a na 8-bitowy sok pełen taniości. 

Słynny Gaiapolis w 8-bitach konsoli Pegasus :)

Gra już od pierwszych swoich chwil zabiera nas w podróż do mrocznego świata dark fantasy, w którym przyjdzie się nam zmierzyć z krwiożerczymi potworami i bestiami z piekła rodem. Tytuł pozwalał na rozgrywkę w kooperacji dla dwóch graczy, jednak do wyboru mieliśmy aż trzy postacie, takie jak książę i zarazem dzielny rycerz Gerard Himerce, wojowniczka Elaine Shee, pół-wróżka-pół-człowiek oraz szermierz Galahad, smoczy wojownik z Królestwa Drakonów. Aczkolwiek z niewiadomych przyczyn programiści Sachen postanowili zmienić imiona bohaterów na bardziej tajwańsko brzmiące Ken, Amy i Lin. Fabuła gry opowiada o poszukiwaniu zemsty księcia Gerarda Himerce na swoim przyrodnim bracie Albercie, który przyczynił się do zniszczenia ich ojczyzny, Królestwa Avalon. Wraz z dwójką swoich wiernych towarzyszy, awanturniczą wróżką Elaine oraz smoczym wojownikiem Galahadem, postanawia wymierzyć sprawiedliwość i raz na zawsze zniszczyć Alberta, Władcę Demonów z imperium Zar Harc. Jednak zanim tego dokonają, bohaterowie będą zmuszeni znaleźć rozrzucone po całym świecie trzy magiczne klucze, które pod koniec podróży, otworzą im przejście do podniebnej cytadeli Gaiapolis!

Nasi dzielni bohaterowie Gaiapolis - Amy, Lin i Ken, bo czemu nie! :))

Warto nadmienić, że tytuł obfitował również w drobne akcenty klasycznych gier j-RPG, pozwalające na rozwój bohatera, jak również możliwość wyposażenia go w czary. Aczkolwiek sama gra, jak to zwykle w przypadku pirackich portów często bywa, została dość mocno okrojona, przez co straciliśmy między innymi możliwość zdobywania magicznych stworzeń, które chętnie też pomagały naszym bohaterom w walce. Pomimo, że według ogólnej opinii jest to jeszcze jeden wątpliwej jakości hack 16-bitowych produkcji, to jednak osobiście, jak najbardziej chętnie zaliczę go do tej lepszej serii przeróbek z jakimi miałem do czynienia od czasów gry Flash & Batman!

A czy wy również żyliście bez świadomości o grze Gaiapolis? :) 

 Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 26 lipca 2020

Pamiętna melodia składanki ''9999999 in 1'' konsoli PEGASUS :)





Kartridż ''9999999 in 1'' chociaż na tle całej gamy combo-składanek dostępnych na konsolę Pegasus, nigdy nie wyróżniał się jakoś specjalnie wybitnie, oferując nam aż do przejedzenia raptem kilka, bezwstydnie sklonowanych pierdziliard razy, klasycznych tytułów, miał jednak pewien drobny, aczkolwiek bardzo znaczący dla nas szczegół. Z pewnością nie był to powielany w nieskończoność Super Mario czy też Duck Hunt, ani tym bardziej, prezentowany na etykiecie dyskietki Street Fighter, którego na próżno było szukać pośród obszernej listy randowowych gier. To co wszyscy miłośnicy kultowego 8-bitowca wspominają po dziś dzień, to nie inaczej jak wpadająca w ucho nostalgiczna nuta, permanentnie towarzysząca nam podczas bajońskiego wertowania z góry na dół całego asortymentu owej składanki. Na duże uznanie z pewnością zasługuje również, rysujący się w tle wakacyjny motyw w postaci pełnego barw błękitu morza, rozgrzanej plaży, palmowych drzew oraz pary latających nam nad głowami, białych mew. Dzisiaj wiemy, że ta przygrywająca nam w 8-bitach Pegasusa, nietuzinkowa melodia pochodzi stricte z kinowego hitu ''Uwierz w Ducha'', nie inaczej jak z Patrickiem Swayzem w roli głównej. Film miał, ma i będzie mieć do końca świata swoich zwolenników jak i zaciekłych wrogów, aczkolwiek sama melodia, będzie pozytywnie zapamiętana po wsze czasy i w żadnym bądź razie nie za sprawą wspaniałego Patricka Swayze czy samych twórców piosenki, ale właśnie dzięki naszej ukochanej konsoli Pegasus! :P



Tak więc, moi mili rozsiądźcie się wygodnie, nadstawcie uszu i oddajcie się bez reszty tej pełnej nostalgii melodii, płynącej prosto z odmętów naszego dzieciństwa! Zapraszam wszystkich do mojej przykrótniej prezentacji magicznej nuty składanki 9999999 in 1 :)



 Filmik znajdziecie również na YouTube -> https://www.youtube.com/watch?v=JcZYOkqPRFE



Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 16 lutego 2020

KICK MASTER 

Czyli 8-bitowy Mistrz Kopniaków konsoli Pegasus! :)






Z pewnością znajdą się pośród was miłośnicy gier klasycznych mordo-klepów, turniejowych walk czy też potocznie zwanych, bijatyk chodzonych, gdzie w ciemnych zaułkach wielkich metropolii, często-gęsto obijaliśmy z zapałem rozmaitych gałganów tudzież ananasów, co rusz wymieniając w rytmie wrażeń i emocji, popękane joye lub pady naszych komputerów czy też telewizyjnych gier video. A gdyby tak zrównać mistyczną kategorię sztuki kopanej z gatunkiem rasowego fantasy, które klarownie objawiając się nam w wirtualnym świecie Pegasusa, pod postacią tak zacnych produkcji jak Castlevania, Holy Diver czy też Faxanadu, mogłoby przeobrazić się w jedno i niepowtarzalne, w całej swej okazałości unikatowe combo? Bądź co bądź, w latach 90-tych pasjonaci konsoli Pegasus, nie musieli jednak długo czekać by ten oto zamysł ujrzał światło dzienne, bowiem pośród bazarowych stoisk wypełnionych zazwyczaj elektronicznym szajso-badziewiem z dalekiego wchodu, nagle zaczęła krążyć owiana legendą gra, pt. ''Kick Master''.

Z produkcją zetknąłem się gdzieś po 1994 roku, kiedy to buszując na ruskim stoisku, po brzegi wypełnionym grami Pegasus, natrafiłem na dość osobliwą dyskietkę opisaną jako ''Kick Master'', prezentującą krzykliwie na etykiecie filmową Maskę z Jimem Carreyem w roli głównej. Nie zastanawiając się ani minuty dłużej, od razu chapnąłem ten oto zjawiskowy kartridż, mając dokumentną nadzieję na rozrywkę w 8-bitach ze szczerzącym zębiska bohaterem. Jednak wyobraźcie sobie jakie było moje wielkie rozczarowanie gdy zamiast odzianego w żółty garnitur zielono-twarzowca z wielkim młotem, na ekranie ukazało mi się zgoła zupełnie coś innego niż oczekiwałem. Mimo całej tej farsy związanej z bazarowo-pegasusowym ''jajkiem-niespodzianką'', jako wielki fan wszelkich potworów, bestii tudzież wojowników, niemal natychmiast podłapałem klimat gry, która zabrała mnie w daleką podróż poprzez mroczny świat fantasy, zamieszkany przez z piekła rodem maszkarony, jędrne frele i nieznających strachu mężnych wojów! 

Fabuła gry rozpoczyna się z chwilą ataku złowrogiej czarownicy Belzed na spokojne królestwo Lowrel, która przy pomocy czarnej magii oraz swych demonicznych siepaczy, zamierza podbić i zniewolić cały świat, siejąc gdzie popadnie mrok, chaos i zniszczenie. Podczas ataku, sztandarowy zamek zostaje doszczętnie spalony, a królewska para zamordowana. Z życiem uchodzi jedynie ich córka, księżniczka Silphee, która niedługo po tym, sama zostaje uprowadzona przez jedną ze skrzydlatych bestii Belzed. Ze zgliszczy zamku, usianych gęsto ciałami bohaterskich wojowników, wydostaje się tylko dwoje śmiałków, rycerz Macren wraz ze swoim młodszym bratem Thonolanem. Dwaj bracia niemal natychmiast ruszają na ratunek księżniczce, jednak drogę szybko zagradza im armia zdegenerowanych bestii na usługach nikczemnej wiedźmy. Podczas walki, śmiertelnie zostaje ugodzony Macren, który w ostatnich tchnieniach swego życia, prosi swojego młodszego brata aby pomścił jego śmierć i uratował Silphee. Thonolan, jako mistrz magii oraz sztuk walki, specjalizujący się szerokim wachlarzem umiejętnych kopniaków, znany również w szeregach wrogów jako Kick Master, nie mając już nic do stracenia, wyrusza na spotkanie swego przeznaczenia, po krwawą zemstę i ratunek białogłowej. 


Myślę, że Kick Master to tytuł w całej swej okazałości, absolutnie niebanalny, bowiem na pierwszy rzut oka, może i mamy tutaj do czynienia z klasyczną platformówką fantasy, wręcz na modłę kultowej Castlevanii, jednak im dłużej zagrywaliśmy się, pchając naszego bohatera w ogień bitwy, tym co raz mocniej nasilały nam się zupełnie nowe rozmaitości, często gęsto w postaci akcentów, szczególnie bliskim grom RPG, które będąc bardzo rzadko spotykane w świecie gier platformowych, czyniły tą produkcję pośród tego gatunku wielce unikatową.

Nasz bohater z biegiem postępowania rozgrywki, zdobywał kolejne punkty doświadczenia, pozyskując w ten sposób co następny level nowe umiejętności walki, potrzebną do rzucania czarów, większą ilość punktów many oraz znacznie przedłużony pasek życiowej energii, co czyniło go przeciwnikiem godnym nawet najgroźniejszych siepaczy w całej grze. Jednak na tym się urozmaicenia tej wyjątkowej, jak widać produkcji, nie kończyły, bowiem pokonując na swej drodze różnorodne monstra, zdobywaliśmy losowe przedmioty, które mogły naszą postać zarówno rozwijać, leczyć, jak i też ranić. Podczas wędrówki, nasz bohater mógł się również zaopatrzyć w obszerną bibliotekę czarów, znajdując podczas wędrówki porzucone skrzynie bądź też pokonując specjalnych przeciwników.  Warto też nadmienić miły dla świadomości gracza fakt w postaci wbudowanego w program systemu passwordów, które odblokowane pod koniec każdego z etapów gry, pozwalały w pełni spokoju ducha, zawsze i wszędzie powrócić do ostatnio rozgrywanej lokacji, co rusz serwującej nam bez mała, a jakże solidnego łupnia.
Za produkcje tego, a i owszem zaskakująco dobrego tytułu, odpowiedzialna była japońska firma TAITO, znana w latach 70-tych z dużo prostszych w budowie, aczkolwiek mocno kultowych dzisiaj już gier w postaci Space Invaders, Bubble Bobble, Arkanoid czy Elevator Action, jak i też, cofając się w czasie jeszcze wcześniej, z importu znakomitej wódki! :)) Myślę, że należą się tutaj bezapelacyjnie duże brawa dla programistów TAITO, bo chociaż pałając się dawniej kunsztem prostolinijnych gier salonowych arcadówek, wkraczając z niemałym impetem w lata 90-te, potrafili wykrzesać zupełnie nowy styl swoich produkcji, stawiając kamień milowy w historii swojej firmy w postaci fenomenalnego tytułu, jakim bez wątpienia jest właśnie Kick Master.
Dla mnie już zawsze będzie to bezapelacyjnie, jeden z arcy-flagowych tytułów konsoli Pegasus, który w latach swej debiutanckiej znakomitości potrafił, wręcz aż do suchej nitki wycisnąć z siebie najlepsze soki, prezentując prawdziwy kunszt systemu, 8-bitowego szaleństwa gier Nintendo.
A wy jak wspominacie krucjatę Mistrza Kopniaków przeciwko złowrogim siłom czarownicy Belzed? ;)

Keeper :)


niedziela, 8 grudnia 2019

Konsola Pegasus od Świętego Mikołaja :) Czyli grudniowe wspominki z nocy 6 grudnia 1991 roku! :)







Sięgając pamięcią, hen daleko w odmęt post-komunistycznej przeszłości wszystkich minionych lat, telewizyjne gry video już u zarania dziejów chwil naszego dorastania, stanowiły jeden z ważniejszych wyznaczników obszernej listy kompletu naszych zainteresowań, którymi mogliśmy, tyle o ile, cieszyć swe serducha pośród gęstych mgieł przemiany, przełomowych lat 90-tych. Chociaż obecnie z nowymi produkcjami jestem już kompletnie na bakier, zarazem czując się przy tym niczym ostatni dinozaur, żeby nie powiedzieć zmurszały piernik, to jednak często-gęsto, jak też bardzo chętnie, wracam myślami do wielu kultowych telewizyjnych wynalazków branży gier video, przy których miałem to wyjątkowe szczęście dorastać. Mój pierwszy kontakt z domową konsolą telewizyjną, objawił się pod postacią Atari 2600, której szczęśliwym posiadaczem był wówczas mój kolega z bloku obok, który też chętnie zapraszał mnie do siebie, racząc szklanką solonych paluszków, butelką cytrusowego Krzysia oraz partyjką gier video, które jak też sam kłamliwie twierdził, były wówczas absolutną nowością, której nikt jeszcze nigdy nie widział! Chociaż te pełne kolorytu, niesamowicie zjawiskowe tytuły spod szyldu Atari, wzbudzały u mnie nie lada emocje, to jednak w głębi serca, wciąż nieustannie marzyłem o grach Nintendo, które z wielką uwagą, raz po raz, wypatrywałem podczas emisji reklam na niemieckich stacjach telewizyjnych, takich jak niezrównane RTL2 czy też Pro7.

 
Nie musiałem jednak długo czekać, aby ziściły się moje najskrytsze marzenia, bowiem już w 1991 roku, nocą 6 grudnia Święty Mikołaj, podarował mi zupełnie nowiutką, jak też bardzo popularną wówczas konsolę Pegasus MT-777DX, która dumnie prezentując na obszernym pudle, screeny fenomenalnych gier, wspaniałomyślnie zaaplikowała mi radość w sercu na bardzo długie lata. Do dnia dzisiejszego wspominam, tą pełną magii, niezapomnianą noc, podczas której wspólnie z całą rodziną zasiedliśmy przed telewizorem, aby podłączyć po raz pierwszy konsolę, która oferowała tak upragnione przez zemnie gry marki Nintendo. Dzięki dołączonej do zestawu składance z grami, arcy-kultowej już dzisiaj dyskietki ''168 in 1'', na szklanym ekranie naszego telewizora pojawiały się kolejno odlicz, tak zacne tytuły jak Contra, Pinball, Tetris, Popeye, Galaga, Galaxian, F1 Race, Akranoid, Donkey Kong czy Ice Climber. Aczkolwiek, spośród tej długiej i imponującej listy, najmocniej do mojego serca trafiła jednak gra pt. ''Super Mario Bros'', której uniwersum, zaczynając od tej pamiętnej, grudniowej nocy, zawróciło mi w głowie na całe moje życie! Trzeba koniecznie tutaj nadmienić również fakt, upchnięcia w mikołajowej paczce, elektronicznej spluwy ''Light Gun'' firmy Casel, która stricte kompatybilna z konsolą Pegasus, znacząco urozmaicała całokształt zabawy, kładąc trupem wirtualnych kowbojów, tudzież oszalałe kaczki czy tez obleśnych uliczników, oznaczonych na obszernej liście gier, jako Wild Gunman, Hogan's Alley oraz Duck Hunt. Niedługo po tym, za sprawą mojej ukochanej siostry, wszedłem również w posiadanie serii gier video na podstawie Wojowniczych Żółwi Ninja, co też w całej okazałości, aż do suchej nitki, podniosło w mym odczuciu konsolę Pegasus do rangi, a jakże wielowymiarowej rozrywki, niemającej sobie równych!


Warto wspomnieć, że ta, niezwykle zjawiskowa konsola trafiła na polski rynek, za sprawą polskiego biznesmena, pana Marka Jutkiewicza, który początkowo handlując posrebrzanymi paciorkami oraz spodniami z Tajlandii, podpatrzył na dalekim wschodzie dobrze prosperujący biznes, w postaci podróbek konsol telewizyjnych Nintendo, które w owym czasie stawały się niezwykle popularne w wielu krajach bloku wschodniego, gdzie też, jakże by inaczej, główny prym, między innymi wiodła Rosja, oferując swoją siermiężną konsolę ''Dendy'' z logiem sympatycznego słonika w tle. Nie tracąc ani chwili dłużej, pan Marek Jutkiewicz w kooperacji z kolegą po fachu, Dariuszem Wojdygą, powołując do życia, kultową już dzisiaj, spółkę BobMark, w 1991 roku sprowadzili do Polski pierwszy kontener z podjebkami konsoli Nintendo Famicom, której nadali własne logo pod magicznym mianem ''Pegasus''. Konsola jeszcze w tym samym roku, zapełniając zwykle puste półki sklepów elektronicznych, tudzież zasypane śniegiem, obskurne stoiska miejscowych bazarów, stała się wymarzonym prezentem pod choinkę wielu polskich dzieciaków, a jej popularność świeciła bezapelacyjnym triumfem jeszcze przez wiele dobrych lat, powiększając ofertę BobMarku o nowe modele Pegasusa oraz 16 i 32-bitowe konsole SEGA. Chociaż Pegasus na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, przechodził diametralne zmiany pod względem formy, budowy oraz charakteru, powoli zostając zastąpiony przez dużo gorszej jakości chińskie klony 8-bitowego szaleństwa, to jednak nadal potrafi cieszyć nowe pokolenia jak i też, bez mała starych wyjadaczy, dokładnie tak samo jak w dniach swej sukcesywnej premiery. Po dziś dzień, rzesza fanów, nie pozwala odejść tej konsoli w zapomnienie, nadal pielęgnując jej pamięć w dobie konsol nowej generacji, powoli zjadających swój własny ogon, tracąc blask przy urokach 8-bitowego Pegasusa, przy którym wychowywało się całe polskie pokolenie. 


W tamtym, a jakże zaskakująco-radosnym momencie, nie mogłem wymarzyć sobie lepszego prezentu w magiczną noc wędrówki, brodatego dobrodzieja, niosącego poprzez śnieżne zamiecie, radość dzieciom na całym świecie! :) Co więcej, było to dla mnie wydarzenie, wręcz na skalę światową, bowiem w chwili obecnej, nawet zamaszyście drapiąc się po głowie, nie jestem w stanie sobie przypomnieć żadnego z prezentów nastoletnich czasów, aczkolwiek o magicznym podarunku konsoli Pegasus w tą czarodziejską, grudniową noc 1991 roku, będę pamiętał już do końca mego życia! 

A wy jak wspominacie moc świątecznej magii telewizyjnej konsoli Pegasus? :)



Dobrego dnia!

Keeper :-)

niedziela, 21 lipca 2019

NINJA TURTLES III: The Manhattan Project: 



Czyli Żółwie na plaży w gorących rytmach konsoli PEGASUS!





 Jak widać na załączonym obrazku fala gorąca, wdzierającego się do naszych mieszkań bezlitośnie upalnego lata, postanowiła uraczyć nas w tym roku swoją obecnością wyjątkowo wcześnie, powodując ogrom niezmordowanej radości całej rzeszy entuzjastów plażowo-hebanowej opalenizny, jak również nagłej, rozpaczliwej ewakuacji, okładających się permanentnie soplami lodu nordyckich wojowników tudzież ubranych w czarne pidżamy, wojowników cienia. Pomimo, że bezsprzecznie nalezę do tej lubującej zimno, drugiej grupy osobliwych ekscentryków, napawając się co nie miara radośnie pyrkającym na moim biurku wentylatorem, to jednak nawet taki burczymucha jak ja miło wspomina minione letnie wakacje, które zwykle obfitowały w szereg rodzinnych wypadów w stronę urokliwych wiślanych Beskidów  czy też złotych piasków bałtyckiego morza pełnych tłuczonego szkła i rozmemłanych petów. Tak więc, odbierając dumnie na koniec roku szkolne świadectwo z szykującym się na dupę czerwony paskiem, zarazem puszczając oko do wrednie uśmiechniętej pani Wychowawczyni, w mojej głowie zwykle kłębiła się cała lista fenomenalnych rzeczy, które miałem zamiar wprawić w ruch gdy tylko moje nogi opuszczą wrota szkolnej twierdzy i pomknę niczym szybkobieżny Flash w stronę mojego osiedla ciesząc się dwumiesięczna, bezgraniczną wolnością! Cofając się pamięcią do tych wszystkich beztroskich i pełnych relaksu chwil wakacyjnego szaleństwa, często gęsto wracam też myślami do pewnej gry video, której pierwsze etapy zawsze będą mnie już zabierać w nostalgiczną podróż ku niezapomnianym wakacjom i wspaniałej przygodzie. Z pewnością już się domyślacie, że nie mam tu myśli epickich Kaczych Opowieści, Ikari Warriors czy nawet wszem i wobec irytującego Amagona, a tytuł, który już na łamach mojej strony wielokrotnie wspominałem, stając się zarazem, niechybnie swego rodzaju tradycją, wartą uznania w tej pełnej słonecznego blasku, wakacyjnej nucie figli-migli. A więc moi mili rozsiądzie się wygodnie i jeśli pomidory się skończyły, przygotujcie zgniłe jaja do rzucania , bowiem czeka was kolejna gawęda na temat kultowego tytułu ''Ninja Turtles 3: The Manhattan Project'' w gorących rytmach konsoli Pegasus!


Cofnijmy się na krótki moment tym razem do roku 1992 kiedy to wiecznie myśląca o mnie, moja kochana starsza siostra, postanawiając zrobić mi niespodziankę, niespodziewanie wyczarowała niczym z magicznego kapelusza pewien zjawiskowy kartridż na konsolę Pegasus, zatytułowany na etykiecie, pośród morza chińskich krzaczków i osobliwych rysunków żółwio-podobnych wojowników, jako zagadkowe ''Turtles Family 2 in 1''. Jak się szybko okazało, z resztą ku mojej ostatecznej ekstazie nieskończoności, na kartridżu znalazły się aż dwie gry z serii Wojownicze Żółwie Ninja w postaci Ninja Turtles 2: The Arcade, którą można było często gęsto spotkać w salonach gier i wozach Drzymały oraz ładująca się w magiczny sposób, przy pomocy przycisku reset, wyżej wspomniana gra Ninja Turtles 3: The Manhattan Project. Tytuł, chociaż zupełnie wcześniej mi nieznany, niemal natychmiast rzucił mnie i moją siostrę na kolana, powodując falę diablo-szaleńczego entuzjazmu i wielogodzinnej, wręcz całodniowej rozgrywki, niespodziewanie przerwanej wieczornym seansem telewizyjnym już i tak mocno zirytowanych rodziców. Pierwszy etap ''Ninja Turtles III'' już na wstępie rozpoczął się w miłym, dobrze nam znanym wakacyjnym klimacie, gdzie na rozgrzano-złocistej plaży nagle zostajemy wepchnięci w wir niekończącej się akcji i bezgranicznej przygody. Historia rozpoczyna się wakacyjnym urlopem Żółwi Ninja na Florydzie, jednak ich spokojny, sielankowy nastrój szybko zostaje popsuty za sprawą arcy-złowieszczego Shreddera, który ukazując się nagle w popołudniowych wiadomościach, wyzywa naszych bohaterów na pojedynek, dodatkowo porywając jako zakładnika przyjaciółkę Żółwi, reporterkę April O'Neil. Jednak na tym kłopoty się nie kończą, bowiem Shredder wyrywa z morza kawał Manhattanu, tworząc z niego powietrzną bazę dla swych siepaczy, gdzie postanawia się również zaszyć i nieco poeksperymentować z mocą Mutagnu. Wojownicze Żółwie Ninja nie czekając na więcej, natychmiast ruszają na ratunek April, chcąc przy okazji skopać tyłek przebiegłemu Shrdderowi i przywrócić ład na Manhattnie. Gra oferowała świetną rozrywkę dla dwóch osób, podczas której mogliśmy się wcielić w każdego z czterech żółwich braci. Każdy bohater z osobna został też wyposażony w różniące się od siebie ciosy specjalne, które pozwalały na znacznie silniejszy atak kosztem energii życiowej. Tytuł oprócz soczystej grafiki, animowanych cut-scenek, przepięknej palety barw i wpadającej w ucho, niesamowitej muzyki, charakteryzowała też bardzo duża ilość, rozmaitych lokacji oraz ogrom przeciwników z jakimi przyjdzie się nam zmierzyć w grze. Mocno zróżnicowani Żołnierze Stopy, agresywny Rocksteady czy nieokiełznany Bebop to tylko namiastka tego z czym będą się musieli zmierzyć nasi bohaterowie zanim dotrą do kryjówki Shreddera.


Dla mnie Ninja Turtles III to przede wszystkim wspaniałe wspomnienia; jako dzieciak, wraz z moją starszą siostrą, ogrywałem ten tytuł do perfekcji, spędzając niezliczone godziny przed TV z padem w rękach, znając przebieg wszystkich lokacji i strategie na każdego bosa w grze.
Z resztą, co by tu nie mówić, wręcz aż dnia dzisiejszego wspominam ogrom emocji, jaki towarzyszył nam podczas ostatecznej bitwy z uzależnionym od radioaktywnego mutagenu Super Shredderem, skupiając swoje młode umysły na wzajemnej kooperacji, by posłać zmutowanego Oroku Saki prosto w diabły i ujrzeć zakończenie tej, a jakże epickiej gry, przy której spędziliśmy tyle czasu. Chociaż tytuł za każdym razem witał nas z ekranu telewizora dużym logiem pt. ''Ninja Turtles 3: The Manhattan Project'' to jednak już od pierwszych etapów rozgrywki okrzyknęliśmy go jako ''Żółwie na wakacjach!'' pozostając w naszej pamięci pod tą infantylną, podwórkowo-roboczą nazwą aż do dnia dzisiejszego. Myślę, że ta wakacyjno-awanturnicza przebieżka Wojowniczych Mutantów po Manhattnie to bezapelacyjnie najlepsza część spośród całej serii Wojowniczych Żółwi Ninja w 8-bitach Pegasusa, zarazem będąc jej najbliżej pod względem budowy oraz szerokiej gamy wielobarwnych antagonistów do serialu animowanego, a nawet w małym procencie do ekranizacji ''Wojownicze Żółwie Ninja II: Tajemnica Szlamu'', co czyni tą pozycję niesłychanie wyjątkową, jako jeden z ważniejszych fragmentów układanki wspomnień mojego dzieciństwa pamiętnych lat 90-tych.
A wy jak wspominacie wakacyjny wypad Wojowniczych Żółwi Ninja na słoneczną Florydę w 8-bitach konsoli Pegasus? :)

Udanych wakacji! :D

Keeper :)