Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry pegazus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry pegazus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2024

 SAMURAI ZOMBIE NATION - Czyli kultowa osobliwość konsoli Pegasus :)



    Mamy rok 1993. Któregoś wakacyjnego dnia wracam co sił do domu, dzierżąc w dłoni nowo zakupioną na targu grę Pegasus. Mając do wyboru szereg różnobarwnych dyskietek na co sobotnim straganie, mój czujny wzrok górskiego lamparta padł tym razem na krzyczący głośno do mojego jestestwa tylko jeden tytuł - Samurai Zombie Nation! Czy można było obojętnie przejść, obok zestawu tak dobrze współgrających że sobą słów? Nie wydaje mi się. Od razu więc z portmonetki zdobnej w logo Żółwi Ninja, wyjąłem całe 10 zł, które drżącą ręką podałem podejrzanie wąsatemu sprzedawcy z dalekiego wschodu. Wróciłem do domu i od razu odpaliłem dużo obiecującą mi grę, gdzie łypał na mnie z etykiety łysy typ na modłę Kodżaka, plujący na budynki mieszkalne promieniami lasera. Po bokach tej zjawiskowej grafiki zauważyłem również statki kosmiczne i obcego insektoida, więc co mogło i tym razem pójść nie tak, wydając szybkim gestem to marne 10 zł za które mogłem w zamian kupić Contre Force albo Ghostbusters 2 ? Włączyła się gra i zapadła cisza. Moim skołowanym oczom, ukazało się niczym senny koszmar, mroczne, wiejące grozą intro wprowadzające mnie w fabułę gry. Historia Samurai Zombie Nation zabrała mnie w podróż, aż do 1999 roku kiedy to na pustyni w Nevadzie rozbija się meteoryt, transportujący na Ziemię groźnego obcego znanego jako Darc Seed. Obcy nie czekając na miłe powitanie ziemian, natychmiastowo przemienia niemal całą populację Stanów Zjednoczonych w posłuszne jego rozkazom hordy zombie. Żeby tego było mało, swoją potężną mocą telekinezy, obcy zawładnął szeregiem śmiercionośnych maszyn i broni w tym słynnym samurajskim mieczem Shura. Dowiadując się o tym duch potężnego samuraja Namakubi, pod postacią wielkiej głowy nietrwożnie leci do Stanów Zjednoczonych by uratować ludzkość przed plagą zombie i odzyskać święty miecz wojowników z parszywych łap Darc Seed'a, posyłając go prosto do piekła.


Ten groźny typ, łypiący do nas z etykiety gry, to nie Kodżak, tylko 
słynny samuraj Namakubi :))


    Sama rozgrywka to nic innego jak klasyczna strzelanka w rzucie horyzontalnym, na modłę takich klasyków jak Macross, Gradius czy niezapomniany Life Force. Jako gracz cały czas sterujemy lecącym do przodu Namakubim, opluwając kulami ognia wrogie pojazdy, zombie i inne monstra, na które dodatkowo można zrzucić też ognisty wymiot. Namakubi potrafi niszczyć też budynki oraz różne struktury, ratując przy okazji zwykłych obywateli, za co dostaje dodatkowy upgrade siły ognia. Nasz osobliwy bohater posiada też pasek życia, składający się z ośmiu miniaturek głów Namakubi, widocznych w dole ekranu. Po 2-3 oberwanych ciosach, zamiast główki pojawia się czaszka, a gdy będzie ich osiem, nasz bohater przegrywa, a gra zostaje skończona. Pasek życia można naturalnie też odnawiać w trakcie rozgrywki, niszcząc budynki i inne struktury. Oprócz paska energii, gracz ma do dyspozycji również aż sześć kontynuacji, które powiększają się o jeden po każdym ukończonym etapie, kończąc maksymalnie na dziewięciu. Jakby tego jeszcze było nam mało, przed rozgrywką gracz dostaje opcję wyboru poziomu trudności gry - easy oraz hard, jak również możliwość rozpoczęcia przygody od dowolnej planszy. Naszym celem jest ukończenie wszystkich czterech etapów gry, które ostatecznie otworzą nam przejście do sekretnej piątej mapy, kończąc naszą rozgrywkę na finałowej walce z Darc Seedem włącznie.
    Graficznie tytuł prezentuje się zwykle w burych i granatowych barwach, co fenomenalnie oddaje klimat chylącego się ku upadkowi świata, dozując nam jednocześnie przez cała grę, od początku do końca potęgujące uczucie niepokoju oraz grozy. Sam projekt głównego bohatera może wydawać się, aż nadto groteskowy, jednak jako strzelanka, gra sprawdza się wyśmienicie, wciągając miłośników gatunku na długie godziny dobrej zabawy.


    Warto wspomnieć, że gra ukazała się po raz pierwszy na rynku japońskim w 1990 roku, różniąc się kilkoma znaczącymi szczegółami od bliżej znanej fanom Pegasusa, wersji amerykańskiej. Zamiast głowy samuraja Namakubi, występuje ogromna maska Tengu, bóstwa wojowników Ninja, a gracz musi zdobyć zdolność plucia ogniem, podczas gdy w wersji amerykańskiej zdolność ta występuje od razu. Ostateczny boss Darc Seed, pierwotnie nosił miano Eva. Inne różnice polegają na dużych zmianach graficznych oraz designu jednego z bossów pod postacią Statuy Wolności.



    Samurai Zombi Nation to dla mnie już klasyka, za dzieciaka produkcja wydawała mi się mroczna, niepokojąca i napawająca mnie grozą. Świat pogrążony w chaosie i rozpaczy to w świecie gier norma, ale bohater o kształcie ogromnej szpetnej głowy to już unikat na skalę światową i nie sposób o nim zapomnieć, a już na pewno przejść obok niego obojętnie!
A wy jak wspominacie lot samuraja Namakubi, po zwycięstwo i wolność dla świata? :))

Dobrego dnia!

Keeper :)




niedziela, 24 lipca 2022

 AMAGON - Czyli 8-bitowy kicz wakacyjną porą :))




    Wszyscy co śledzą moją stronę już od dłuższego czasu, wiedzą, że nigdy-przenigdy nie mieszam z błotem żadnej gry na konsolę Pegasus, znajdując w wielu przypadkach z nimi związane, same superlatywy i ciekawostki. Jednak na ten czas muszę ogłosić, że nadszedł właśnie ten sądny dzień linczu, na który wielu z was tak pewnie czekało. Aby przybliżać wam ową pełną frustracji historię, musimy sie cofnąć aż do 1992 roku, kiedy to podczas letnich wakacji, pełen entuzjazmu oraz zapału ruszyłem butnie na co-weekendowy targ z zamiarem kupna zupełnie nowej i ciekawej dla oka giereczki. Na miejscu, lotem błyskawicy zostałem namówiony przez chytrego a jakże, handlarza z wąsem, do zakupu gry pt. ''Amagon''. Tytuł gry mówił mi niewiele, a tak naprawdę nie mówił mi nic, natomiast cwany sprzedawca za sprawą siły przebicia i barwnej prezentacji samej gry, sprawił, że natychmiast wyjąłem z portmonetki całe 8 zł i z miejsca dokonałem zakupu. Ani przez chwilę nawet nie poczułem, że to złowieszczy podstęp szpiega z krainy Deszczowców! Na etykiecie karta widniał bowiem, jak też mniemałem, niestrudzony łowca przygód z karabinem M-16, ostrzeliwując zaciekle robo-rycerza oraz spodki UFO. Jakby tego było mało, w tle ryczał wściekle, przerażający Tyranozaurus Rex, jeden z moich ulubionych wówczas mito-zaurów. 


Czy cokolwiek w tym przypadku, mogło pójść źle? Jednak odpowiedz odnalazłem dopiero w domu, uruchamiając natychmiast grę na mojej przetyranej już konsoli MT-777DX. Ledwie pojawił się ekran tytułowy i od razu spotkał mnie nielichy zawód. Na planszy pojawił się mizerny chłopek-roztropek, o kanciastej anatomii Bolka i Lolka, z rozbitym samolotem w tle, który wyglądał niczym nasmarowany przez 4 letnie dziecko w przedszkolu. Dalej okazało się wcale nie lepiej. Bohater do którego nie zapałałem sympatią już na wstępie, podczas rozgrywki wypadł jeszcze gorzej. Miałem tu do czynienia z krępym typem o kwadratowej szczęce troglodyty, odzianym w jakiś łachmany. M-16 które widniało na etykiecie gry gdzieś wyparowało, z zamiast słynnego karabinu postać niezdarnie dzierżyła w łapach dziwny strzelający ''huko-patyk'', który jak mniemam miał imitować strzelbę. Zewsząd atakowały nas zmutowane grzyby, plujące węże, krabo-pająki oraz irytujące pterodaktyle rozmiarów gołębia. Co prawda gra była szybka i bardzo dynamiczna, ale drażniąca uszy muzyka w tle, wcale a wcale nie pomagała przełknąć tego pasztetu. Co więcej do gry wprowadzono, nie wiem po co, realistyczny element, w postaci ograniczonej amunicji. Gdy zapas naboi się wyczerpał, postać mogła jedynie okładać wrogów kolbą strzelby niczym prymitywną maczugą, co równało się często natychmiastową porażką. Aby dobrze też rozplanować dalszy przebieg rozgrywki, należało skrupulatnie pilnować zapasu amunicji, gdyż jeśli roztrwoniliśmy ją na pierwszej mapie, strzelając sobie w powietrze, to na drugiej zaczynaliśmy już grę bez naboi, które jak można by przypuszczać, powinny się odnowić, a czego też nie robią. Dodatkowo moją frustrację wzmagała wyśmiewająca gracza prześmiewcza melodia, która towarzyszyła nam za każdym razem gdy ginęliśmy, a że ginąłem bardzo często, tenże dżingiel doprowadzał mnie do szewskiej pasji, objawiając się często ciskaniem joya o podłogę!



    
Jednak, żeby nie być aż tak znowu surowym i wrednym dziadem, moją uwagę już wtedy zwróciła ładna i kolorowa grafika, która wraz z wakacyjno-podróżniczym klimatem gry, tworzyła dla mnie podczas letnich wakacji, miły dla oka akcent. Aczkolwiek gra posiadała bardzo słaby design głównego bohatera oraz reszty elementów występujących w grze, które już w młodych latach wydawały mi się słabo zaprojektowane na tle innych gier znanych mi ze stajni konsoli Pegasus. Co ciekawe gra posiadała aż dwie odrębne fabularne historie. W wersji amerykańskiej mieliśmy do czynienia z tytułowym Amagonem, który jako marines rozbił się samolotem na tajemniczej wyspie zamieszkałej przez krwiożercze potwory. Jego głównym celem była ucieczka z wyspy statkiem i pokonanie głównego bossa w postaci wrednego kosmity, którego wygląd myślę może zaciekawić wielu ufo-fanów, ale o tym później. Dzięki aktywacji kluczy Mega-Key, nasz bohater był w stanie zmienić się w potężnego Megagona, co znacznie ułatwiało walkę z potężnymi potworami. Wersja japońska z kolei opowiadała o naukowcu Jacksonie, który wynalazł tabletki Macho Max, za sprawą których transmutował się w muskularnego Macho Mana. Za popełnienie tej produkcji w 1988 roku, odpowiedzialna była firma Aicom, znana z takich słynnych gier jak choćby ''Totally Rad'' czy ''The Astyanax''. Podczas gry nasz bohater pozyskiwał przeróżne sympatyczne znajdźki, w postaci dodatkowej amunicji czy transformacje w Megagona, którą należało wykorzystać do walki z większymi potworami na koniec każdego etapu gry. W przeciwieństwie do standardowej formy bohatera, sam Megagon posiadał już pasek życia, dzięki czemu nie ginął od jednego ciosu, tak jak jego słabsza i mniejsza postać Amagona. 


Tzw. ''Monstrum z Flatwoods'' rzekomo widziane w 1952 roku w USA.

Jako ciekawostkę, warto wspomnieć, że projekt głównego bossa w grze został zaczerpnięty z dziedziny ufologii i dotyczył kosmity tzw. ''Monstrum z Flatwoods'', widzianego z 1952 roku w stanie Zachodniej Virginii USA. Nie chcąc tu wychodzić na Smerfa Marudę, uważam gra może się podobać i na pewno ma gdzieś hen w odległej galaktyce swoich wiernych fanów, jednak dla mnie były to najgorzej wydane pieniądze w czasach mojego dzieciństwa. Myślę, że gdyby twórcy bardziej dopieścili niektóre elementy gry oraz zmienili muzykę, byłaby to całkiem przyjemna gierczka, której niestety nie jestem w stanie dzisiaj dobrze zapamiętać, ani pod względem grywalności ani wizualnym. Wciąż jednak żywię nadzieję, że ktoś z was moi mili, pokaże mi tą grę z zupełnie innej perspektywy, żebym i ja mógł ją kiedyś docenić i raz jeszcze ocenić! :) 

A wy jak wspominacie zmagania Amagona na wyspie pełnej potworów?



Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 17 października 2021

FLASH & BATMAN

Czyli kultowa przeróbka konsoli Pegasus!



 

Jako, że dawno nie było już nic w temacie giereczek, mój wybór padł ponownie na jedną z bliskich memu sercu gier Pegasus, która już przy pierwszym kontakcie z moją niebywałą wyobraźnią, o mało co nie spowodowała auto-lobotomii mego mózgu tudzież eksplozji zasilacza Tatarek razem z całą konsolą. Aby wam przybliżyć moją absolutnie pierwszą grę z serii brawurowych akcji Mrocznego Rycerza w 8-bitach Pegasusa, która na stałe wypaliła piętno, a może nawet dziurę w mym jestestwie, muszę ponownie zanurzyć się w najgłębszych odmętach mej pamięci i zabrać was tym razem w nostalgiczną podróż do roku 1993, kiedy to Pegasus wciąż będąc na topie dwa lata po swym debiucie, co raz częściej raczył nas zupełnie nowymi, zjawiskowymi tytułami, pośród których często-gęsto można było spotkać osobliwe ''wynalazki'', które w wyrafinowany sposób niewątpliwie wzbogacały naszą magiczną przygodę z konsolą Pegasus. Zatem moi mili, rozsiądźcie się wygodnie i przygotujcie zgniłe pomidory do rzucania, bowiem czeka was kolejna pełna wzruszeń i tęsknot opowieść z czasów mojego dzieciństwa. Rozpoczynając swój debiut w czynnej służbie ucznia szkoły Podstawowej, już na wstępie przykleił się do mnie dość ekstrawagancki dzieciak, którego zupełnie nie znając z czasów przedszkolnych czy też osiedlowego podwórka, niemal natychmiast dokleiłem mu łatkę trzymającego wiecznie palec w górze, klasycznego kujona, który moją uwagę jednak przykuł nie dobrymi stopniami na świadectwie, a odjazdową plamą po musztardzie na białym t-shirt'cie z wizerunkiem Kaczora Donalda. Mało tego, rozmawiając z nim na szkolnej przerwie sam napytałem sobie biedy, spotykając się z pytaniami bez odpowiedzi szkolnych łobuzów, czy ja również zadaje się z kujonami i bandą cudaków. Jako, że miałem ich wszystkich głęboko w czterech literach, stałem tam i słuchałem zachłyśnięty jego opowieścią o grze video w której Batman na spółkę z Flashem, pomniejszeni niczym bohaterowie kultowej produkcji Disneya ''Kochanie, właśnie zmniejszyłem dzieciaki'', ratują świat przed armią mikro-potworów, skacząc zuchwale po meblach, talerzach czy zlewozmywaku, zarazem też nie zdając sobie sprawy, że w oczach szkolnych drapieżników właśnie dołączyłem do wąskiego grona klubu frajerów i dziwaków. Zaraz po szkole, nowo-upieczony kolega zaprosił mnie do siebie na chatę, abym osobiście mógł się przekonać o niesamowitości tej gry, która za sprawą barwnego opisu, urosła w mojej wyobraźni do rangi najlepszego tytułu z komputera Amiga 500.  Pierwsze na co zwróciłem uwagę badając swoim przenikliwym wzrokiem etykietę gry, to uderzający po gałach, krzykliwy tytuł ''Flash & Batman'' spod z którego łypali na nas dwaj znani z komiksów, dziarscy bohaterowie o tęgich minach i kwadratowych szczękach. Flash co prawda wyglądał jak nieudolna, dziecięca  wycinanka z gazety, do tego mocno odbiegając zarysem od usadowionego nieopodal, krasnego kompana. Jednak nie to było najważniejsze, bowiem z chwilą gdy dyskietka z grą momentalnie wskoczyła do gniazda konsoli Pegasus modelu MT-555DX, moim oczom ukazał się fenomenalny widok. Tytuł już na pierwszy rzut oka charakteryzował się niezwykle barwną grafiką, płynną animacją oraz muzyką, która na długo zapadała w pamięć, a ponad wszystkim górował niesamowity rozmach i grywalność, której mogła pozazdrościć wówczas niejedna gra!


 Jak sugerował sam tytuł, podczas rozgrywki mogliśmy się wcielić w postać Batmana lub Flasha, który z niewiadomych przyczyn w systemie gry był zapisany jako ''Ratpeoples'', a plusem dodatkowym całego tytuły była możliwość działania w kooperacji na dwie osoby jednocześnie, co też bez najmniejszego cienia wątpliwości, solidnie uatrakcyjniało całą zabawę. Oboje pochłonięci całokształtem tej pierwszorzędnej produkcji, bez najmniejszego choćby zająknięcia, ukończyliśmy całą grę jeszcze tego samego dnia, nie bacząc na górę lekcji, które tylko czekały by zepsuć nam ten wyjątkowy dzień ''frajerskiego'' pojednania.


Chociaż w późniejszym okresie z naszą przyjaźnią bywało różnie to jednak tamtego pamiętnego dnia oboje byliśmy niczym Flash & Batman, gotowi skopać tyłek każdemu łobuzowi grożącemu nam sprężynowym nożem w szkolnym WC. Po latach jednak, jakie było nasze wielkie zdziwienie kiedy tytuł w który tak się zagrywaliśmy będąc dzieciakami, okazał się zręcznie zmajstrowaną przeróbką, szeroko znanej na zachodzie gry pt. ''Monsters in my Pocket'' wyprodukowaną przez Konami pod oryginalną konsolę Nintendo (NES), gdzie Monstrum dr. Frankensteina i klasyczny Wampir zostali podmienieni w perfidny sposób na bohaterów z serii DC Comics. Aczkolwiek dla mnie ten tytuł już na zawsze pozostanie zapamiętany jako klasyczny ''Flash & Batman'', bezmierny symbol nowych przyjaźni i nieszablonowej kreatywności konsoli Pegasus.


A wy jak wspominacie waleczne zmagania bohaterów DC Comics  w wydaniu kieszonkowym? :)

Na na na na na! Dobrego dnia! 

Keeper :-)