Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bootleg games. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bootleg games. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2026

DRAGON BALL Z - SUPER BUTODEN II 

Czyli bijatyka kultowej serii anime na konsolę PEGASUS!




    Czym jest seria mangi i anime Dragon Ball Z chyba nikomu przedstawiać nie muszę, aczkolwiek sama bijatyka na konsolę Pegasus może już stanowić dla wielu graczy na pewno niemałą zagadkę, którą już spieszę wyjaśniać poniżej. 
Miłośnicy konsoli SNES na pewno bardzo dobrze znają ten tytuł już od bardzo dawna, natomiast DB Z - Super Butoden 2 na konsolę Pegasus objawia się jako niezły unikat, który nie było łatwo zdobyć ani w latach 90, ani tym bardziej teraz. 

    Dragon Ball Z - Super Butoden 2 to kolejny nielicencjonowany produkt  od Hummer Team wydany już 1994 roku przez J.Y. Company.  Tytuł jak wiele innych 8-bitowych bijatyk na konsolę Pegasus został opracowany na specjalnie stworzonym przez Hummer Team silniku Street Fighter II Engine. W przeciwieństwie do wielu innych gier napisanych przez tego dewelopera, tytuł ten został wydany niemal w całości w języku japońskim, jednak nie sprawia to żadnego kłopotu w użytkowaniu tej gry. 


    Opcja Story została kompletnie usunięta z gry, natomiast tryby Arcade, Versus oraz CPU vs CPU są nadal dostępne. Postacie walczą losowo i zawsze na określonych etapach.

Son Goku i Vegeta - odwieczna walka
dwóch Sayan!

    Co ciekawe w przeciwieństwie do oryginalnej gry Son Goku pojawia się jako postać startowa, a Brolego i Bojacka z nieznanych przyczyn nie ma w ogóle, poza wojowniczką Bojacka, Zangyą. 
Jak wspomniałem wyżej tryb gry Story został kompletnie usunięty, przyczyną tego była prawdopodobnie decyzja twórców o rezygnacji z niektórych postaci ze względu na pamięć gry, która nie mogła pomieścić wszystkich zawodników. Bardzo podobnie z resztą było z portem gry Mortal Kombat III, o której pisałem jakiś czas temu.  Żeby było jeszcze bardziej kolorowo, również same motywy tła nie pasują do danych postaci względem oryginalnej wersji, które zostały po prostu przypadkowo wymieszane jak leci.



    Jakby też nie było, gra charakteryzuje się niezłą grywalnością i spełnia swoją rolę wirtualnego mordobicia jak najbardziej na plus. Grafika i muzyka zostały zaczerpnięte z oryginalnej wersji, jednak w dość uproszczonej wersji. Myślę jednak, że w obu przypadkach, jak na piracki 8-bitowy port wypada to bardzo dobrze, szczególnie muzyka, która miło przygrywa w tle podczas walki. Na duży plus zasługuje również bardzo ładny ekran tytułowy gry, który tak jak w oryginalnej wersji, został wzbogacony o animację oraz miłą dla ucha muzykę.




ZAWODNICY DRAGON BALL Z - SUPER BUTODEN II


    Gra oferuje do wyboru aż 8 postaci znanych z uniwersum serii Dragon Ball Z, w których skład będą wchodzić Son Gogan, Vegeta, Trunks, Son Goku, Piccolo, Komórczak, Komórczak Junior i Zangya. Co ciekawe w oryginalnej wersji SNES, ani Son Gohan ani Son Goku nie zawierają swojego nazwiska Son, tak jak ma to miejsce w przypadku pirackiego portu. Postacie, które zostały przekonwertowane do 8-bitowego systemu, straciły nieco na jakości i szczegółach, ale myślę też, że nie wyglądają najgorzej, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecne na sylwetkach bohaterów światłocienie, co znacznie poprawia ich odbiór wizualny.





CIOSY SPECJALNE

    A teraz zapewne część na którą wszyscy najbardziej czekali, czyli opis ciosów specjalnych postaci Dragon Ball Z Super Butoden II. Przyznam się od razu, że niełatwo mi się pracowało nad tą częścią opisu, ze względu na brak angielskojęzycznej wersji instrukcji do gry. Sekwencje ruchów ciosów specjalnych, które widzicie poniżej, to owoc mojego tłumaczenia z języka japońskiego na polski, natomiast ich nazwy podpowiedziała mi już szalona wyobraźnia :)) 


SON GOHAN:

Latające kopnięcie energii - dół, lewo + A

Super pięść - prawo, lewo + A

Kula energii - dół, prawo + A






VEGETA:

Super Kopnięcie - prawo, lewo + B

Latające super kopnięcie - lewo, prawo + A

Kula energii - dół, prawo + A





TRUNKS:

Kula energii - lewo, dół + A

Odepchnięcie - lewo, prawo + A

Potężna kula energii - dół, prawo + A






SON GOKU:

Cios łokciem + kopnięcie - lewo, dół + B

Potężny cios łokciem + kopnięcie - dół, prawo + B

Kame-hame-ha - dół, prawo + A








PICCOLO:

Furia demona - prawo, dół + B

Kula energii 1 - lewo, dół + A

Kula energii 2 - dół, prawo + A







KOMÓRCZAK:

Ślizg + kopnięcie energii - dół, prawo + B

Kopnięcie energii podbródkowe - lewo, dół + A

Kula energii - dół, prawo + A









KOMÓRCZAK JUNIOR:

Ślizg - dół, prawo + B

Atak łokciem od góry - prawo, dół + A

Atak energii - dół, prawo + A






ZANGYA:

Ślizg  - prawo, lewo + B

Latające kopnięcie energii - prawo, dół + A

Kula energii - dół, prawo + A





    Oprócz ciosów specjalnych, klasycznie każdy zawodnik dysponuje również atakiem defensywnym  w postaci przerzutu przeciwnikiem. Aby go wykonać trzeba być w zwarciu z wrogiem i wklepać komendę:

Prawo + A

    Przyznam, że mam nieco mieszane uczucia, bowiem niektóre ciosy specjalne wypadają bardzo słabo, co mnie szczególnie dziwi w przypadku Vegety, Piccolo i Son Goku,  a niektóre są wręcz fenomenalnie dobre np. przy postaciach takich jak Komórczak, Komórczak Junior i Zanyga. Ciosy tej trójki wyglądają widowiskowo i co najważniejsze, żaden się nie dubluje. Możliwe, że twórcy tego portu specjalnie zrobili taki nietypowy balans, żeby ultra wrogowie mieli najlepsze speciale. Nie jest to do końca przemyślane, ponieważ grając w tryb walki z drugim graczem, osobiście wybrałbym sobie z miejsca Zangye lub Komórczaka ze względu na spektakularność stylu i moc ciosów specjalnych tych postaci :))

Zangya serwująca kulą energii..
Orientuj się Vegeta! :))



PODSUMOWANIE



    Nie będę myśli rozwijał tu dywanem, ale myślę, że gdybym dostał tą grę w czasach kiedy mój zachwyt serią Dragon Ball sięgał zenitu, to skakałbym do samego sufitu, łapiąc się niczym sayańska małpa żyrandola. Dragon Ball Z w telewizji RTL 2 i RTL 7, karty do zbierania w Chio Chipsach, naklejki w batonikach (swoją drogą paskudnych w smaku), mangi w kiosku Ruchu, figurki Made in China niemal na każdym stoisku targowiska, a wisienką na torcie mojej radochy byłaby właśnie gra na konsolę Pegasus!  Co prawda wówczas grałem z kolegami w bijatyki Dragon Ball z serii MUGEN albo na emu SNES i to znacznie lepszej jakości technicznej oraz wizualnej, ale nie obraziłbym się w żadnym razie gdybym dostał w tamtym wspaniałym momencie mojego życia, również dyskietkę z bijatyką Dragon Ball Z na domową konsolę. Mimo, że minęło już wiele lat od czasu debiutu tego tytułu, to jednak nadal fajnie się w niego pogrywa i jednocześnie wraca wspomnieniami do lat beztroski, kiedy to wśród rozbieganych młodzieńczych myśli krążyła cały czas historia magicznej serii Smoczych Kul :)



A wam jak się podobała bijatyka Dragon Ball Z Super Butoden II na konsolę Pegasus? :)

Miłego dnia!

Keeper :-)


DODATEK GALERIA

    Poniżej jak zwykle ku radości oka, chciałbym przedstawić wam różne warianty dyskietek tej samej gry. Ten oto piękny niebieski okaz podesłał Łukasz, twórca kanału Crapowa Retrocenzja, link -> Crapowa Retrocenzja - YouTube , poświęconego nietuzinkowym tytułom na konsolę Pegasus. Etykieta co prawda prezentuje częściowo serię Dragon Ball GT ale myślę, że i tak ma mega klimat. Moje wydanie również niewiele ma wspólnego z historią gry Dragon Ball Z Super Botuden II więc im dziwniej tym weselej! :)



    Następne wydanie to jak najbardziej prawilny kartridż z reklamy handlowej samego J.Y. Company.  Jest to jedno z najbardziej poszukiwanych wydań gry Dragon Ball Z Super Botuden II. Źródło pochodzi ze strony https://bootleggames.fandom.com/wiki/Hummer_Team



    Pod spodem kolejne wydanie, prawdopodobnie pierwsze jakie wyszło spod stajni J.Y. Company. Niby takie samo jak powyższe, ale jednak różni się znacznie układem napisów i szatą graficzną na etykiecie. Źródło pochodzi ponownie ze strony https://bootleggames.fandom.com/wiki/Hummer_Team














niedziela, 24 lipca 2022

 AMAGON - Czyli 8-bitowy kicz wakacyjną porą :))




    Wszyscy co śledzą moją stronę już od dłuższego czasu, wiedzą, że nigdy-przenigdy nie mieszam z błotem żadnej gry na konsolę Pegasus, znajdując w wielu przypadkach z nimi związane, same superlatywy i ciekawostki. Jednak na ten czas muszę ogłosić, że nadszedł właśnie ten sądny dzień linczu, na który wielu z was tak pewnie czekało. Aby przybliżać wam ową pełną frustracji historię, musimy sie cofnąć aż do 1992 roku, kiedy to podczas letnich wakacji, pełen entuzjazmu oraz zapału ruszyłem butnie na co-weekendowy targ z zamiarem kupna zupełnie nowej i ciekawej dla oka giereczki. Na miejscu, lotem błyskawicy zostałem namówiony przez chytrego a jakże, handlarza z wąsem, do zakupu gry pt. ''Amagon''. Tytuł gry mówił mi niewiele, a tak naprawdę nie mówił mi nic, natomiast cwany sprzedawca za sprawą siły przebicia i barwnej prezentacji samej gry, sprawił, że natychmiast wyjąłem z portmonetki całe 8 zł i z miejsca dokonałem zakupu. Ani przez chwilę nawet nie poczułem, że to złowieszczy podstęp szpiega z krainy Deszczowców! Na etykiecie karta widniał bowiem, jak też mniemałem, niestrudzony łowca przygód z karabinem M-16, ostrzeliwując zaciekle robo-rycerza oraz spodki UFO. Jakby tego było mało, w tle ryczał wściekle, przerażający Tyranozaurus Rex, jeden z moich ulubionych wówczas mito-zaurów. 


Czy cokolwiek w tym przypadku, mogło pójść źle? Jednak odpowiedz odnalazłem dopiero w domu, uruchamiając natychmiast grę na mojej przetyranej już konsoli MT-777DX. Ledwie pojawił się ekran tytułowy i od razu spotkał mnie nielichy zawód. Na planszy pojawił się mizerny chłopek-roztropek, o kanciastej anatomii Bolka i Lolka, z rozbitym samolotem w tle, który wyglądał niczym nasmarowany przez 4 letnie dziecko w przedszkolu. Dalej okazało się wcale nie lepiej. Bohater do którego nie zapałałem sympatią już na wstępie, podczas rozgrywki wypadł jeszcze gorzej. Miałem tu do czynienia z krępym typem o kwadratowej szczęce troglodyty, odzianym w jakiś łachmany. M-16 które widniało na etykiecie gry gdzieś wyparowało, z zamiast słynnego karabinu postać niezdarnie dzierżyła w łapach dziwny strzelający ''huko-patyk'', który jak mniemam miał imitować strzelbę. Zewsząd atakowały nas zmutowane grzyby, plujące węże, krabo-pająki oraz irytujące pterodaktyle rozmiarów gołębia. Co prawda gra była szybka i bardzo dynamiczna, ale drażniąca uszy muzyka w tle, wcale a wcale nie pomagała przełknąć tego pasztetu. Co więcej do gry wprowadzono, nie wiem po co, realistyczny element, w postaci ograniczonej amunicji. Gdy zapas naboi się wyczerpał, postać mogła jedynie okładać wrogów kolbą strzelby niczym prymitywną maczugą, co równało się często natychmiastową porażką. Aby dobrze też rozplanować dalszy przebieg rozgrywki, należało skrupulatnie pilnować zapasu amunicji, gdyż jeśli roztrwoniliśmy ją na pierwszej mapie, strzelając sobie w powietrze, to na drugiej zaczynaliśmy już grę bez naboi, które jak można by przypuszczać, powinny się odnowić, a czego też nie robią. Dodatkowo moją frustrację wzmagała wyśmiewająca gracza prześmiewcza melodia, która towarzyszyła nam za każdym razem gdy ginęliśmy, a że ginąłem bardzo często, tenże dżingiel doprowadzał mnie do szewskiej pasji, objawiając się często ciskaniem joya o podłogę!



    
Jednak, żeby nie być aż tak znowu surowym i wrednym dziadem, moją uwagę już wtedy zwróciła ładna i kolorowa grafika, która wraz z wakacyjno-podróżniczym klimatem gry, tworzyła dla mnie podczas letnich wakacji, miły dla oka akcent. Aczkolwiek gra posiadała bardzo słaby design głównego bohatera oraz reszty elementów występujących w grze, które już w młodych latach wydawały mi się słabo zaprojektowane na tle innych gier znanych mi ze stajni konsoli Pegasus. Co ciekawe gra posiadała aż dwie odrębne fabularne historie. W wersji amerykańskiej mieliśmy do czynienia z tytułowym Amagonem, który jako marines rozbił się samolotem na tajemniczej wyspie zamieszkałej przez krwiożercze potwory. Jego głównym celem była ucieczka z wyspy statkiem i pokonanie głównego bossa w postaci wrednego kosmity, którego wygląd myślę może zaciekawić wielu ufo-fanów, ale o tym później. Dzięki aktywacji kluczy Mega-Key, nasz bohater był w stanie zmienić się w potężnego Megagona, co znacznie ułatwiało walkę z potężnymi potworami. Wersja japońska z kolei opowiadała o naukowcu Jacksonie, który wynalazł tabletki Macho Max, za sprawą których transmutował się w muskularnego Macho Mana. Za popełnienie tej produkcji w 1988 roku, odpowiedzialna była firma Aicom, znana z takich słynnych gier jak choćby ''Totally Rad'' czy ''The Astyanax''. Podczas gry nasz bohater pozyskiwał przeróżne sympatyczne znajdźki, w postaci dodatkowej amunicji czy transformacje w Megagona, którą należało wykorzystać do walki z większymi potworami na koniec każdego etapu gry. W przeciwieństwie do standardowej formy bohatera, sam Megagon posiadał już pasek życia, dzięki czemu nie ginął od jednego ciosu, tak jak jego słabsza i mniejsza postać Amagona. 


Tzw. ''Monstrum z Flatwoods'' rzekomo widziane w 1952 roku w USA.

Jako ciekawostkę, warto wspomnieć, że projekt głównego bossa w grze został zaczerpnięty z dziedziny ufologii i dotyczył kosmity tzw. ''Monstrum z Flatwoods'', widzianego z 1952 roku w stanie Zachodniej Virginii USA. Nie chcąc tu wychodzić na Smerfa Marudę, uważam gra może się podobać i na pewno ma gdzieś hen w odległej galaktyce swoich wiernych fanów, jednak dla mnie były to najgorzej wydane pieniądze w czasach mojego dzieciństwa. Myślę, że gdyby twórcy bardziej dopieścili niektóre elementy gry oraz zmienili muzykę, byłaby to całkiem przyjemna gierczka, której niestety nie jestem w stanie dzisiaj dobrze zapamiętać, ani pod względem grywalności ani wizualnym. Wciąż jednak żywię nadzieję, że ktoś z was moi mili, pokaże mi tą grę z zupełnie innej perspektywy, żebym i ja mógł ją kiedyś docenić i raz jeszcze ocenić! :) 

A wy jak wspominacie zmagania Amagona na wyspie pełnej potworów?



Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 11 kwietnia 2021

 GAIAPOLIS - GRA NA PEGASUSA KTÓRA MNIE OMINĘŁA! :))



Rzadko się zdarza, że opisuję coś czego nie pamiętam z przepastnych dziejów mojego dzieciństwa. Jednak tym razem postanowiłem wziąć na warsztat grę video, która ostatnio mocno mnie poruszyła, a której w latach 90-tych nigdy nie było dane mi poznać. Siedząc w temacie gier Pegasus od dobrych kilkunastu lat, co jakiś czas łapię się na tym, że wciąż spotykam tytuły, których nigdy wcześniej nie ogrywałem. W żadnym bądź razie nie chodzi mi tutaj o produkcje z gatunku japońskich RPG, które chociaż wbrew pozorom z rzadka można było spotkać na polskich bazarkach, to jednak kompletnie były dla nas nie grywalne, ze względu na osobliwy język jakim nas raczyły. Tym razem wpadła mi w łapy gra fantasy pt. ''Gaiapolis'', której początków należy jednak szukać nie w fabrykach Famicoma, a w salonach gier lat 90-tych. Tytuł pierwotnie została wydana przez firmę Konami w 1993 roku i jako typowy gatunek Beat 'em up czyli po naszemu ''bijatyka chodzona'', został wypuszczony stricte pod rynek automatów branży gier video. Aczkolwiek fani domowych konsol gier telewizyjnych nie musieli wcale długo na ten tytuł czekać, bowiem słynna tajwańska firma gier video Sachen, po raz kolejny uruchomiła swoje pomysłowe tryby, mieląc i wyciskając dorodnego Gaiapolis'a na 8-bitowy sok pełen taniości. 

Słynny Gaiapolis w 8-bitach konsoli Pegasus :)

Gra już od pierwszych swoich chwil zabiera nas w podróż do mrocznego świata dark fantasy, w którym przyjdzie się nam zmierzyć z krwiożerczymi potworami i bestiami z piekła rodem. Tytuł pozwalał na rozgrywkę w kooperacji dla dwóch graczy, jednak do wyboru mieliśmy aż trzy postacie, takie jak książę i zarazem dzielny rycerz Gerard Himerce, wojowniczka Elaine Shee, pół-wróżka-pół-człowiek oraz szermierz Galahad, smoczy wojownik z Królestwa Drakonów. Aczkolwiek z niewiadomych przyczyn programiści Sachen postanowili zmienić imiona bohaterów na bardziej tajwańsko brzmiące Ken, Amy i Lin. Fabuła gry opowiada o poszukiwaniu zemsty księcia Gerarda Himerce na swoim przyrodnim bracie Albercie, który przyczynił się do zniszczenia ich ojczyzny, Królestwa Avalon. Wraz z dwójką swoich wiernych towarzyszy, awanturniczą wróżką Elaine oraz smoczym wojownikiem Galahadem, postanawia wymierzyć sprawiedliwość i raz na zawsze zniszczyć Alberta, Władcę Demonów z imperium Zar Harc. Jednak zanim tego dokonają, bohaterowie będą zmuszeni znaleźć rozrzucone po całym świecie trzy magiczne klucze, które pod koniec podróży, otworzą im przejście do podniebnej cytadeli Gaiapolis!

Nasi dzielni bohaterowie Gaiapolis - Amy, Lin i Ken, bo czemu nie! :))

Warto nadmienić, że tytuł obfitował również w drobne akcenty klasycznych gier j-RPG, pozwalające na rozwój bohatera, jak również możliwość wyposażenia go w czary. Aczkolwiek sama gra, jak to zwykle w przypadku pirackich portów często bywa, została dość mocno okrojona, przez co straciliśmy między innymi możliwość zdobywania magicznych stworzeń, które chętnie też pomagały naszym bohaterom w walce. Pomimo, że według ogólnej opinii jest to jeszcze jeden wątpliwej jakości hack 16-bitowych produkcji, to jednak osobiście, jak najbardziej chętnie zaliczę go do tej lepszej serii przeróbek z jakimi miałem do czynienia od czasów gry Flash & Batman!

A czy wy również żyliście bez świadomości o grze Gaiapolis? :) 

 Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 20 października 2019

CASTLEVANIA - Czyli jak miło spędzić Halloween z konsolą PEGASUS! :)





Oddając tradycyjnie pewną dozę nastrojowej nuty, powoli zbliżającego się ku nam Halloween, święta strzyg, upiorów tudzież duchów, niczym szaleńczo opętany dr. Frankenstein, postanowiłem spośród całej tej gamy wielopoziomowej fety grozy i terroru, wziąć na warsztat jeden z arcy-kultowych tytułów, które, co by tu nie mówić, permanentnie zapisały się w historii kultury rozrywkowej, jako wyznacznik i wręcz swego rodzaju, klarowny hołd dla tak znamiennego gatunku, jakim jest bez wątpienia, znany i lubiany, klasyczny świat Horroru. Zanim Jason Voorhees i Freddy Krueger, często-gęsto straszyli nas, już od najmłodszych lat z ekranów odbiorników TV, główny prym w tym jakże mistycznym świecie grozy, wiodły nieco mniej skomplikowane straszaki-pokraki, tudzież gumowe stwory-potwory, aczkolwiek emanujące dużo większą dawką soczystego klimatu oraz niezrównaną charyzmą, niż niejeden komputerowy stwór CGI z obecnego kina grozy, które nieudolnie wciąż próbuje za takie uchodzić. Kto z nas w dzieciństwie nie fascynował się arcy-słynną ferajną osobliwości, w której skład wchodziły takie zjawiskowe osobistości jak Wilkołak, Mumia, Potwór z Czarnej Laguny, Zombie, Monstrum Frankensteina, Garbus czy nawet sam we własnej osobie, szczerzący do nas w grymasie kły, hrabia Drakula! Oczywiście, jak to zwykle w tego typu bajkach bywa, każda potwora znajdzie swego amatora, tak więc i nasi milusińscy zyskali całe morze, filmowych, jak i literackich antagonistów w postaci obrońców wdów i sierot, jakimi bez wątpienia byli dr. Abraham Van Helsing czy też niestrudzony purytanin Salomon Kane. A gdyby tak przenieść ten cały klasyczny literacko-filmowy świat Horroru wprost do uniwersum gier video, a co więcej już na samym początku debiutu, tego a i owszem, wielce zaskakującego pomysłu, upchnąć całość w mocy 8-bitów, wraz ogromem absolutnej grozy sianej przez Drakulę przy wtórze jego zdegenerowanych sługusów? Myślę, że w żadnym bądź razie, nie trzeba się nad tym głowić, bowiem już w 1986 roku, obdarzeni niebywałym polotem oraz fenomenalną wyobraźnią, japońscy projektanci i programiści, sławetnej korporacji Konami, wydobyli z odmętów mroków, wprost na światło dzienne, arcy-klejnot pośród gier video, w postaci tak zgrabnej produkcji jak ''Castlevania'', która już u zarania dni swej premiery, odniosła bezapelacyjny sukces, ciesząc się niezrównaną popularnością przez bardzo długie lata, aż do dnia dzisiejszego. Tytuł pierwotnie został wydany w latach 80-tych wprost na ekskluzywne platformy domowego zacisza, gdzie pierwsze skrzypce grały tak znamienne konsole jak Nintendo Famicom oraz Nintendo Entertainment System (NES) skierowane głównie na rynek japoński, amerykański a także zachodnio-europejski.
Aczkolwiek po raz pierwszy, miałem zaszczyt zapoznać się z tym, a jakże zacnym tytułem dopiero w 1993 roku, kiedy to wróciwszy z letnio-wakacyjnych wojaży, kolega z bloku obok, zaprezentował mi swoją najnowszą zdobycz w postaci dyskietki z grą na konsolę Pegasus. Na pełnej osobliwości etykiecie kartridża, zatytułowanego jako ''Devil Town'', eksponował się dość hardy, zapewne w obyciu jak i wyglądzie, sumiasto-wąsaty śmiałek, obejmując piękną niewiastę, na tle majaczącego hen w oddali, ponurego zamczyska. Po czasie udało mi się jednak zdobyć własną kasetę z tym zacnym tytułem, aczkolwiek z właściwym już motywem na etykiecie, gdzie słynny pogromca wampirów dzierżąc bat w garści, stał dziarsko u podnóża złowrogiej twierdzy. Po natychmiastowym odpaleniu gry na konsoli Pegasus BS-500AS, potocznie zwanej Terminatorem, którym chełpił się tak mój zacny kolega, moim oczom ukazało się obszerne tytułowe logo oraz klimatyczna cut-scenka wprowadzająca graczy w ponury, opanowany przez potwory, świat Castlevanii. Historia rozpoczyna się w 1691 roku, kiedy to ludzka rasa śmiertelników, zamieszkująca, tętniące życiem wioski i miasteczka, zdążyła już zapomnieć o potworach, bestiach oraz nieumarłych grasujących niegdyś po mglistych wrzosowiskach oraz mrocznych kniejach. Co więcej w swojej pełnej spokoju, rutynowej sielance, zapomnieli również o pewnej mrocznej legendzie, która traktując o co stu letnim powrocie hrabiego Drakuli do świata żyjących, znowu zaczęła powoli przybierać dość realny wymiar. Jakże by inaczej, nie trwało to długo, gdy ponownie sam we własnej osobie, władca wichru, nocy i wszelkiego plugastwa, postanowił zagnieździć się w swym złowrogim zamczysku, by siać grozę i spustoszenie, przywołując pod swe progi monstra z piekła rodem. Wyzwanie szybko jednak rzuca mu pewien niechybny śmiałek; niezłomny bohater uzbrojony w legendarny bat, Simon Belmont z rodu Belmontów, sławnych pogromców wampirów! Simon nie czekając, na pierwszy ruch swego arcy-zaprzysięgłego wroga, postanawia zmierzyć się z żądnym krwi Drakulą, pośród tajemnych komnat wampirzego siedliszcza.


Tytuł przede wszystkim charakteryzował się wielobarwną grafiką, aczkolwiek utrzymaną w dosyć ponurych tonacjach, w sam raz dla podkreślenia mrocznego całokształtu produkcji oraz wręcz fenomenalnie klimatyczną, jak to często-gęsto bywało w przypadku Konami, ścieżką dźwiękową, która na długo potrafiła zapaść graczom w pamięć, stając się zarazem po dziś dzień, jednym z najbardziej rozpoznawalnych podkładów muzycznych w świecie gier video minionych lat. Co więcej, z lokacji na lokację, nasz bohater musiał zmagać się z ogromem licznych pułapek i coraz to potężniejszych potworów zamieszkujących domostwo Drakuli, pośród których, wprawne oczy miłośników Horroru, mogły wypatrzeć monstra z kultowych filmów grozy wytwórni Hammer oraz klasycznej literackiej grozy. W celu zwalczenia wszelkich bestii wałęsających się po złowrogim zamczysku, Belmont został wyposażony w wielopokoleniowy, siermiężny bat swego rodu, który mógł ulec rozbudowie z biegiem postępu rozgrywki, a wędrując przez komnaty, raz za razem, pozyskiwał wyposażenie pomocnicze, objawiające się najczęściej pod postacią krucyfiksu, wody święconej, czaso-wstrzymywacza czy też obusiecznego topora, bądź też noża do rzucania. W ten właśnie, a nie inny sposób, Simon Belmont, piął się uzbrojony po zęby, po kolejno odlicz piętrach w górę zamku, aż do samego leża hrabiego Drakuli. Warto wspomnieć, że tytuł doczekał się licznych kontynuacji, również na tak znamienne konsole jak Sega Mega Drive, SNES, Game Boy Classic, Nintendo 64 a nawet Sony Playstation, aż po konsole nowej generacji obecnych czasów.

Castlevania to dla mnie bezsprzecznie już tytuł ponadczasowy i chociaż obecnie bardziej rozpoznawalny jest w absolutnie nowych next genowych odsłonach, to osobiście dużo cieplej wspominam, własnie te, a jakże by inaczej, debiutująco-kluczowe części, które po raz pierwszy odkryłem na konsoli Pegasus czy też Game Boy Classic. Co więcej, jako wybitnie arcy-zdeklarowany fan klasycznego Horroru, uwielbiam po dziś dzień kroczyć pośród mrocznych komnat, owianego złą sławą, zamku Drakuli, smagając legendarnym batem wszelkiego rodzaju maszkary i upiory, by na koniec całej tej, a jakże pasjonująco-dramatycznej historii, po raz kolejny wyzwolić ludzkość 8-bitowego świata, od jarzma Księcia Ciemności i jego mrocznej świty.
A wy jak wspominacie legendarnego łowcę wampirów, przemierzającego złowrogie siedlisko hrabiego Drakuli?


Dobrego dnia! :)

Keeper