Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2022

CZAS NA SEANS HALLOWEEN: ZOMBI 2 (1979)    



'' Powiedz załodze, że mogą odbijać '' - i tak z tymi oto niepokojącymi słowami, rozpoczyna się pełna koszmaru przygoda w jednym z najbardziej kultowych filmów o tematyce zombie, w świecie europejskiego kina.

      Tematyka żywych trupów od zawsze stanowiła dla wielu filmowców inspirację do tworzenia filmowych dzieł, które miałyby w swej mocy, zarówno przestraszyć jak i zszokować swoich widzów. W USA główny prym w tym nietuzinkowym a jakże gatunku, wiódł John Romero, który wykreował słynną oraz kultową już dzisiaj trylogię o Zombie. Tytuły takie jak Noc Żywych Trupów, Świt Żywych Trupów oraz Dzień Żywych Trupów, na stałe zapisały się pośród licznych produkcji gatunku grozy jako ścisła czołówka tej dziedziny. Na całym świecie nie było fana horroru, który by nie obejrzał tych filmowych dzieł, więcej niż raz, czy nawet dwa razy. Jednak jak się w krótce okazało, gatunek horroru nie samą Ameryką żyjąc, rozprzestrzenił się również na Europę. Szczególnie włoscy filmowcy ukochali sobie filmową grozę, idąc krok dalej niż amerykańscy koledzy po fachu, ukazując w swoich filmach prawdziwe emocje oraz strach, a nie tylko plastikową rozrywkę okraszone gumowymi flakami i sztuczną krwią. Włosi jak nikt inny, potrafili w swoim filmowym dorobku wyczarować niezrównany z niczym klimat oraz prawdziwą grozę. W ich produkcjach od zawsze majaczyło coś realistycznego oraz mistycznego zarazem. Oglądając amerykański Horror, zawsze spodziewam się czystej rozrywki i chociaż widzę na ekranie krew i flaki, mam świadomość, że jest to czyta mistyfikacja. Oglądając z kolei włoskie produkcje, tej pewności już nie mam.

Takim właśnie oto jest film, ''Zombi 2'' z 1979 roku reżyserii niezrównanego Lucia Fulci, który będę dziś z okazji zbliżającego się Halloween omawiać. Czytelników, którzy nie pałają szczególną sympatią do włoskich filmów grozy, bardzo przepraszam.  Obiecałem sobie, że wcześniej czy później wypowiem się i w tym temacie, jako, że jest to jedna z ważniejszych partii mojego życia oraz pasji. A nuż kogoś zachęcę do obejrzenia i pokochania włoskiego kina w którym zazwyczaj gustują głównie koneserzy kinowej grozy.

Fabuła filmu rozpoczyna się z chwilą gdy do zatoki Hudson przybija z pozoru pozbawiony załogi, dryfujący po morzu jacht. Policjanci wchodząc na pokład zbadać sprawę, szybko jednak zostają zaatakowani przez opuchłą maszkarę przypominającą człowieka. Potwór powalony kilkoma strzałami policyjnego rewolweru, znika w odmętach oceanu. Osobliwa sytuacja wstrząsa do głębi całą Ameryką. Niebawem okazuje się, że opuszczony jacht należy do słynnego naukowca, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął gdzieś na Karaibach. Jego córka Anne Bowles wraz ze wścibskim aczkolwiek sympatycznym dziennikarzem Peterem Westem, postanawia dowiedzieć się co się z stało z jej ojcem. Trop prowadzi na odległą, tropikalną wyspę. Razem z dwójką poznanych młodych ludzi, Brianem i Susen, czym prędzej wyruszają na ekspedycję rozwikłać tajemnicę. Tymczasem na Antylach, niejaki profesor Menard prowadzi eksperymenty oraz walkę z tajemniczą chorobą, która dziesiątkuje tubylców i reanimuje ich zwłoki w łaknące świeżej krwi żywe trupy. 


    Za nic nie mogę się zgodzić z powszechną opinią, że przedstawiona fabuła filmu, jest zwyczajnie słaba. Dla mnie już sama podróż bohaterów na Karaiby, gdzie aż się roi od legend na temat magii VooDoo oraz Zombie, oddaje niesamowity klimat całej historii. Z pozoru dziurawy scenariusz, został przerobiony w reżyserii Fulciego w typową dla jego dzieł mieszankę wizjonerskich czy wręcz magicznych scen, tworząc w całokształcie atmosferę sennego koszmaru. Warto tu nadmienić o słynnej scenie podwodnej walki zombie z rekinem, która zadziwia i porusza za każdym razem. Lucio Fulci wycisnął  z podanego mu na tacy scenariusza najlepsze soki, a czerpiąc garściami ze ''Świtu Żywych Trupów'' Romero czy nawet takich klasyków jak ''Wędrowałam z Zombie'' czy ''Biały Zombie'', wykreował dzieło, które na stałe zapisało się w kanonie gatunku, jako kultowe. 

Na duże brawa zasługuje charakteryzacja żywych trupów, którą zawdzięczamy Giannetto de Rosii. Włoski spec od charakteryzacji poszedł o krok dalej niż, Tom Savini w Świcie Żywych Trupów z 1978 roku. Zamiast szarej farby i przejaskrawionej, słabo wyglądającej sztucznej krwi Saviniego, De Rossi stworzył kreacje zombie jakiej jeszcze w świecie kina nie było. Żywe trupy włoskiego charakteryzatora, wyglądały niczym stare i wysuszone, podgniłe ludzkie szczątki, pokryte od stup do głów piachem oraz popiołem, jakby dopiero co wypełzły z grobów. Natomiast jego absolutną wisienką na torcie, były prawdziwe dżdżownice, w pełni oddające realność gnijącego trupa z wijącymi się zaciekle robalami w oczodole lub pośród żeber korpusu. To robiło wrażenie, stawiając tym samym kamień milowy w gatunku Zombie Movies na długie lata. Produkcja Fulciego obfitowała również, wręcz w szereg brutalnych scen przy których nawet najwytrwalszy zawodnik odwracał wzrok, zasłaniając ręką oczy. Do takich ujęć bez wątpienia należy słynna ''scena z okiem''. Każdy kto widział film, wie o czym mówię, a ciekawskich zachęcam do zapoznania się z tematem. Realność tej sceny, powaliła wówczas na łopatki, nawet najbardziej dopieszczone efekty specjalnie rodem z Ameryki. Nie udałoby się to z pewnością bez świetnej gry aktorskiej Olgi Karlatos, która bardzo realistycznie oraz wiarygodnie oddała panikę, bezgranicznych strach i grozę, jaka wynikała z danej sytuacji. Rzecz nie do powtórzenia od artystycznej strony, a co więcej prawdziwy majstersztyk w swej dziedzinie.

Anne, Peter, Brian i Susan, czyli czwórka sympatycznych bohaterów
 na wyspie Zombie.

    W żadnym wypadku nie można zapomnieć również o fenomenalnej muzyce, która towarzyszy nam już od pierwszych chwil seansu. Za jej aranżacje odpowiedzialny był słynny kompozytor Fulciego, niejaki Fabio Frizzi. Ścieżka dźwiękowa do filmu Zombi 2 już po pierwszym seansie, długo nie dawała nam o sobie zapomnieć, wciąż rozbrzmiewając nawet po latach w naszych głowach ,w makabrycznym tonie pochodu żywych trupów. Do filmu zostało zaangażowane, rozpoznawalne już dzisiaj grono aktorskie w postaci zjawiskowej i zarazem czarującej Tissy Farrow (znaną z takich filmów jak Ludożerca czy Ostatni Łowca) oraz Iana McCulloha (Zombie Holocaust, Skażenie), Richarda Johnsona (Wyspa Ludzi Ryb, Wielki Krokodyl) i kultowego Ala Clivera, którego mogliśmy podziwiać później w licznym włoskim kinie post-apokaliptycznym. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Zombi 2 Lucia Fulci we Włoszech był całkiem chytrze reklamowany jako bezpośredni sequel Świtu Żywych Trupów Georga Romera z 1978 roku. Włoska wersja Świtu Żywych Trupów była emitowana w kinach pod tytułem ''Zombi'' stąd  numerek ''2'' w dziele Fulciego ''Zombi 2'' :) Szerzej na świecie produkcja była znana również jako Zombie Flesh Eaters. 

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych zombi kina grozy, w pełni zasługiwał
by zasłynąć również na kinowym plakacie!

    Po raz pierwszy zetknąłem się z tym filmem gdzieś u startu drugiej klasy liceum. Mając już za sobą całą serię filmów o tematyce zombie i oczywiście będąc dobrze rozeznanym w tym gatunku fanem horroru, myślałem, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A jednak! Zombi 2 Lucia Fulciego zaserwował mi zupełnie nowy wymiar rozrywki, rzucając mnie prosto na kolana. Od tamtej pory wiedziałem, że jest dużo więcej do odkrycia w tym gatunku filmowym, niż się spodziewałem, a włoskie kino trafiło do mnie mocniej niż amerykańskie, rozkochując mnie w sobie na długie lata. Lucio Fulci, znany często również jako reżyser do wynajęcia, będąc bezapelacyjnym mistrzem kina włoskiej grozy wyprodukował za swego życia wiele wspaniałych dzieł, do których śmiało można zaliczyć taki pozycje jak ''Hotel Siedmiu Bram'' (The Beyond), ''Miasto Żywej Śmierci'' (City of the Living Dead) oraz ''Dom przy Cmentarzu'' (The House by the Cemetery). Jednak tytuł do którego najczęściej lubiłem wracać, zwłaszcza w upiorną noc Halloween, to właśnie nie inaczej jak ''Zombi 2'', który już zawsze będę uważał za najbardziej dopracowane dzieło mistrza Lucia Fulci.

Kultowe dzieła mistrza włoskiej grozy, Lucia Fulci!

A wy jak wspominacie makabryczną wyprawę na wyspę pełną zombie? :)

Udanego Halloween!

Keeper :)



niedziela, 31 października 2021

Frankenstein: The Monster Returns

Czyli unikatowa gra na Pegasusa w klimacie Halloween!



 

Tym razem z okazji tak mocno wyczekiwanego przez wszystkich święta Halloween, postanowiłem wrzucić na ruszt kolejny upiorny tytuł, prosto ze stajni gier konsoli Pegasus, który bawiąc czy frustrując, na stałe znalazł ciepłe miejsce w mej pamięci. Frankenstein: the Monster Returns, bo o nim właśnie mowa, chociaż mocno dzisiaj już przez graczy zapomniany, zasłużył na solidnie przetarcie z kurzu, by ponownie powstał w okowach mroku święta duchów i potworów, jako jedna z najbardziej nietuzinkowych gier w klimacie klasycznej grozy i horroru. Produkcja, która czerpiąc garściami z tak słynnych i kultowych powieści jak ''Frankenstein'' Mary Shelley czy ''Dracula'' Brama Stockera, już od pierwszych swoich chwil zabiera nas w podróż do mrocznego świata średniowiecza, zamieszkałego pośród gotyckich zamków, lasów i rozdroży, przez dzikie bestie i potwory z piekła rodem. Fabuła opowiada o tym jak Monstrum dr. Frankensteina ponownie powstaje z grobu, jednak tym razem obdarzone potężną mocą czarnej magii. Potwór szybko zjednując sobie nadnaturalną armię, złożoną z potworów oraz nieumarłych, wyrusza na podbój owianej mgłą krainy, paląc i niszcząc do gołej ziemi, okoliczne wioski oraz miasta. Jakby tego było mało, bezlitosne Monstrum porywa bezbronną dziewczynę Emilly, by posiąść ją za żonę w swojej złowrogiej twierdzy. Tym czasem spod gruzów zniszczonego miasteczka, powstaje młody wojownik, który nie czekając aż zło rozpleni się na cały świat, podąża w ślad za Potworem, by wymierzyć krwawą zemstę i uratować z łap bestii piękną Emilly.


Chociaż w swoim domu Pegasusa miałem już od 1991 roku, z tą bez mała unikatową grą spotkałem się dopiero 4 lata pózniej, przesiadując u kolegi z bloku obok, który co dopiero wrócił z wakacyjnych wojaży z nowym nabytkiem. Fantami przywiezionymi z wakacji, okazała się nowa wówczas na rynku odnoga Pegasusa, konsola Mortal Kombat oraz kilka gier w tym również wspomniany Frankenstein. Gra już od pierwszych swoich chwil rzuciła mnie na kolana i chociaż w moim odczuciu, bynajmniej nie przez kiepskie wykonanie pada nowej konsoli, gra wydawała się nieco toporna w wykonaniu to jednak klimat jaki z sobą niosła, pozwolił mi przymknąć oko na różne niedogodności. Pośród ponurej i pełnej grozy atmosfery, gracz wędrował poprzez multum różnorodnych lokacji, zaczynając od opętanej złą siłą wioski, złowrogich bagien oraz lasów, a kończąc na pełnej pułapek twierdzy szalonego dr. Frankensteina.


Po każdym ukończonym etapie gry, czekała nas walka z  bossami oraz ich mniejszymi odpowiednikami w których skład wchodziły tak słynne  i dobrze znane z mitów oraz legend kreatury jak smok, Medusa, Merman, skrzydlaty demon, wilkołak, Dracula a nawet Śmierć. Co ciekawe, po pokonaniu niektórych przeciwników, pojawia się okno dialogowe w którym dziękują naszemu bohaterowi za ratunek, wyjaśniając swoją agresję złym wpływem Czarnej Magii, co czyni ich charakter dość nieszablonowy, niż z początku można było się wydawać. Jak widać niesione zawiścią Monstrum dr. Frankensteina, potrafiło zasiać zamęt, nie tylko w świecie ludzi, ale i potworów, dokładając nam do całej historii fabularne drugie dno.

 

Jak widać potwory nie zawsze są tym, czym nam się
wydają być..


Warto zaznaczyć, że gra posiadała również system passwordów, które pozwalały nam wrócić do ostatniego ukończonego etapu rozgrywki. Był to niewątpliwie ogromny plus tej produkcji, jednak same kody składając się z cyklu 12 randomowych liter i symboli, których nie sposób było zapamiętać, zmuszały gracza do mozolnego wpisywania ich w kajet.

Do walki ze stojącą na drodze hordą maszkaronów nasz dzielny wojownik, miał naprawdę niewiele do zaoferowania, posługując się zaledwie skromną maczugą oraz mieczem, które dało się jednorazowo ulepszyć do formy miotania pociskami. Gra przypominając nieco klimat słynnej Castlevanii, aż się prosiła o cały wachlarz rozmaitych broni do zwalczania potworów, jednak z niewiadomych przyczyn, twórcy tej produkcji postawili na srogi minimalizm, który dość niefortunnie odbił się zarówno na odbiorze technicznym, jak i wizualnym samej gry. Poza standardowym wyposażeniem, postać posiadała również umiejętność podwójnego skoku, kosztem siły bojowej, co też nie za wiele nas wspomagało podczas atakowania wrogich jednostek latających.

Ten bez mała unikatowy tytuł, został popełniony już w 1991 roku za sprawą słynnej na całym świecie japońskiej korporacji BANDAI, znanej w Polsce bardziej z produkcji figurek Power Rangers niż z gier video. 

Chociaż Frankenstein: The Monsters Returns nie obył się bez licznych i dość widocznych dla oka wad, to jednak uważam, że w całej swej okazałości zasługuje na solidną uwagę, nie tylko ze względu na klimat pełen grozy, upiorną muzykę czy interesującą oprawę graficzną, ale również i przede wszystkim dlatego, że szukać można ze świecą w ręku podobnych produkcji tematycznych, pośród 8-bitowych gier konsoli Pegasus.

A wy jak wspominacie niesławny powrót przerażającego monstrum Frankensteina?


 Udanego Halloween!

Keeper :)

Witchcraft!! :)



niedziela, 27 października 2019

CZAS NA SEANS: Noc Żywych Trupów (1968-1990)






Nie byłbym zupełnie sobą, gdybym tuż przed samym Halloween, nie wspomniał o bodajże chociaż jednej przełomowej produkcji spośród całej wielobarwnej gamy arcy-kultowych, znanych i kochanych filmów grozy, uwieńczający w niebanalny sposób ten wyjątkowy dzień ekscentryczno-upiornej balangi, pełnej wirtuozerskiej grozy, niniejszej z grubsza, diablo-bazyliszkowej śmietanki. Gdy większość z tej, a jakże osobliwo-zjawiskowej ferajny, o północy czynić będzie perwersyjne pląsy tudzież kąsy w takt, rozumie się, wielce absorbującej nuty, jaką bezsprzecznie jest Thriller, w wykonaniu Michaela Jacksona, moja skromna osoba, iście po nerdowosku, rozpłaszczy się, aż do stanu ciekłego, dokumentnie całą swoją istotą, prosto na wygodnej kanapie, karmiąc raz, za razem, spragniony spektakularności magnetowid, całą serią kaset VHS, spod szyldu soczystej awangardy, jaką jest bez wątpienia filmowy świat Horroru. Tradycyjnie, jak co roku, ciesząc swój arcy-wnikliwy, aczkolwiek krótkowzroczny wzrok okularnika, bezecno-pikantnym szeregiem filmów grozy, specjalnie na ten dzień, regulaminowo wyselekcjonowanych, postanowiłem wziąć pod lupę jedną z tych, a i owszem, szacownych produkcji od których w pierwszej kolejności, rozpocząłem pełną gęsiej skórki tudzież młodzieńczej ciekawości, przygodę ze światem Horroru. Wsiadając do tego symbolicznego wagonika, Tunelu Strachu chorzowskiego lunaparku, który zapewne, wciąż mknie frasobliwie, pośród moich myśli, poprzez zardzewiałe, post-komunistyczne szyny kultury rozrywkowej, często-gęsto mijałem po drodze kultowe dzieła filmowej grozy, które po raz pierwszy objawiły mi się pod postacią makabrycznej Muchy Cronenberga, Koszmaru z Ulicy Wiązów, nieprzebranych serii Piątku 13-ego, przezabawnych Crittersów, Martwego Zła czy nawet opasłego Aligatora pod ulicami Chicago.

Jednak produkcja, która wówczas najmocniej wydrapała na mnie piętno swojej grozy, zgoła przedstawiła mi się absolutnie nieszablonowo, formie czarno-białej produkcji pt. ''Noc Żywych Trupów'' z 1968 roku, autorstwa tak wybitnego mistrza nad arcy-mistrze, jak sam, we własnej osobie, George Andrew Romero. Tytuł chociaż odniósł bezapelacyjny sukces w dniach swego spektakularnego debiutu, równie mocno burzył jak i szokował, nawet miłośników samego gatunku. Romero bowiem, odchodząc w swej produkcji od przewidywalnej klasyki, postawił solidny kamień milowy w świecie filmowej grozy, prezentując na ekranach ówczesnych kin zupełnie nową, przełomową epokę w dziejach klasycznego Horroru. Oprócz rozrywki na wysokim poziomie strachu, obfitujące w nigdy wcześniej nie ukazywane, krwawe i brutalne sceny, w jego, a jakże arcy-wybitnym dziele, wprawne oko dostrzec również mogło, pewną dozę karykaturalnego profilu społeczeństwa, czy też politycznej władzy, wraz z całym ogromem, ukrytych głębszych myśli, co czyniło jego dorobek w świecie horroru, nad wyraz ambitnym. Co więcej, Romero zaangażował w roli głównego bohatera, czarnoskórego aktora, co też nigdy nie miało wcześniej miejsca w świecie klasyki ogólno-filmowej, wywołując w Ameryce lat 60-tych, powszechną kontrowersję i nie lada zamieszanie. Fabuła filmu rozpoczynająca się w pierwszych chwilach dosyć spokojnie, ukazuje scenę podróży dwojga rodzeństwa, Barbary i Johnna, zmierzających w odwiedziny na grób swojego ojca. Na miejscu, Johnny w niestosownie dziecinny sposób, przez cały czas próbuje nastraszyć opowieściami o duchach, swoją wiecznie poważną i wystraszoną siostrę, jednak już po chwili, kłótnię rodzeństwa przerywa osobliwie kroczący w ich kierunku, zupełnie obcy mężczyzna. Delikwent okazując się nagle, ożywionymi w niewytłumaczalny sposób, ludzkimi zwłokami, już przy pierwszym kontakcie z bohaterami, bierze sobie na cel ataku, sparaliżowaną ze strachu Barbarę. W obronie siostry, natychmiast staje Johnny, jednak po krótkiej szamotaninie, ginie z rąk napastnika, uderzając głowa o nagrobek. Zrozpaczona Barbara, w panice rzuca się do ucieczki, jednak spragniony mięsa zombie, natrętnie rusza jej śladem. Wyczerpana kobieta wkrótce znajduje schronienie w postaci, jak się zdaje, opuszczonego domu, jednak jej radość nie trwa długo, gdy dostrzega kolejnych zombie wałęsających się po okolicy. Na pomoc przybywa jednak Ben, czarno-skóry mężczyzna, o niezwykłej charyzmie. Razem z Barbarą, oraz kilkoma nowo-spotkanymi bohaterami, decyduje się na radykalny ruch pozostania w domu, który od tej chwili stanie się ich bastionem, w obronie przed plagą żywych trupów, których wkrótce przybędzie znacznie więcej.


Warto zaznaczyć, że tytuł doczekał się wielu fenomenalnych kontynuacji zawartych w słynnej 
''Trylogii Romero'' oraz wyśmienitego remaku z 1990 roku, w wykonaniu Toma Saviniego, wybitnego charakteryzatora i speca od efektów specjalnych, wielu kultowych filmów grozy. Savini w dużej mierze kopiując, aż do suchej nitki dzieło Romero, postanowił jednak, iście po swojemu, znacznie doprawić tą zupę z zielonego trupa, wrzucając do filmowego kotła, kilka małych,
aczkolwiek dość znaczących składników, nadających całej tej produkcji niebywałego smaku!


W filmie Saviniego przeciwnie do pierwowzoru Romero, akcja przybrała większej wartkości, a bohaterowie w skutek doznanego szoku, przechodzili zaskakująco-duchową przemianę. To własnie, nie kto inny, jak sama Barbara skradła Benowi główna rolę, przeistaczając się z wiecznie zastraszonej, szarej myszki, w bohaterską wojowniczkę, nastawioną na przeżycie za wszelką cenę, co dało dość feministyczny wyraz tej postaci oraz pozytywny oddźwięk w świecie krytyki.
Dla mnie ''Noc Żywych Trupów'' to bezapelacyjnie kultowy już tytuł, w sam raz na klimatyczny, Halloweenowy wieczór pośród domowego zacisza, ciesząc swoje oczy wielce wyborną ucztą grozy w ponury czas jesienno-nostalgicznej pory. Uważam, że obie produkcje w wykonaniu Romero jak i Saviniego, zarazem tak podobne, jak i odmienne od siebie, analogicznie, trzymają ten sam fenomenalnie równy poziom, zapisując się na stałe w świecie kinematografii, jako wyznacznik idealnego filmu grozy w czołówce, a jakże nieszablonowej serii, jaką jest bez wątpienia podkategoria Zombie Movies! :)

A wy jak wspominacie bastion grupki śmiałków, naprzeciw kroczącym lękom nocnej grozy? ;)






Udanego Halloween! :))

Keeper

Ku pamięci:





niedziela, 20 października 2019

CASTLEVANIA - Czyli jak miło spędzić Halloween z konsolą PEGASUS! :)





Oddając tradycyjnie pewną dozę nastrojowej nuty, powoli zbliżającego się ku nam Halloween, święta strzyg, upiorów tudzież duchów, niczym szaleńczo opętany dr. Frankenstein, postanowiłem spośród całej tej gamy wielopoziomowej fety grozy i terroru, wziąć na warsztat jeden z arcy-kultowych tytułów, które, co by tu nie mówić, permanentnie zapisały się w historii kultury rozrywkowej, jako wyznacznik i wręcz swego rodzaju, klarowny hołd dla tak znamiennego gatunku, jakim jest bez wątpienia, znany i lubiany, klasyczny świat Horroru. Zanim Jason Voorhees i Freddy Krueger, często-gęsto straszyli nas, już od najmłodszych lat z ekranów odbiorników TV, główny prym w tym jakże mistycznym świecie grozy, wiodły nieco mniej skomplikowane straszaki-pokraki, tudzież gumowe stwory-potwory, aczkolwiek emanujące dużo większą dawką soczystego klimatu oraz niezrównaną charyzmą, niż niejeden komputerowy stwór CGI z obecnego kina grozy, które nieudolnie wciąż próbuje za takie uchodzić. Kto z nas w dzieciństwie nie fascynował się arcy-słynną ferajną osobliwości, w której skład wchodziły takie zjawiskowe osobistości jak Wilkołak, Mumia, Potwór z Czarnej Laguny, Zombie, Monstrum Frankensteina, Garbus czy nawet sam we własnej osobie, szczerzący do nas w grymasie kły, hrabia Drakula! Oczywiście, jak to zwykle w tego typu bajkach bywa, każda potwora znajdzie swego amatora, tak więc i nasi milusińscy zyskali całe morze, filmowych, jak i literackich antagonistów w postaci obrońców wdów i sierot, jakimi bez wątpienia byli dr. Abraham Van Helsing czy też niestrudzony purytanin Salomon Kane. A gdyby tak przenieść ten cały klasyczny literacko-filmowy świat Horroru wprost do uniwersum gier video, a co więcej już na samym początku debiutu, tego a i owszem, wielce zaskakującego pomysłu, upchnąć całość w mocy 8-bitów, wraz ogromem absolutnej grozy sianej przez Drakulę przy wtórze jego zdegenerowanych sługusów? Myślę, że w żadnym bądź razie, nie trzeba się nad tym głowić, bowiem już w 1986 roku, obdarzeni niebywałym polotem oraz fenomenalną wyobraźnią, japońscy projektanci i programiści, sławetnej korporacji Konami, wydobyli z odmętów mroków, wprost na światło dzienne, arcy-klejnot pośród gier video, w postaci tak zgrabnej produkcji jak ''Castlevania'', która już u zarania dni swej premiery, odniosła bezapelacyjny sukces, ciesząc się niezrównaną popularnością przez bardzo długie lata, aż do dnia dzisiejszego. Tytuł pierwotnie został wydany w latach 80-tych wprost na ekskluzywne platformy domowego zacisza, gdzie pierwsze skrzypce grały tak znamienne konsole jak Nintendo Famicom oraz Nintendo Entertainment System (NES) skierowane głównie na rynek japoński, amerykański a także zachodnio-europejski.
Aczkolwiek po raz pierwszy, miałem zaszczyt zapoznać się z tym, a jakże zacnym tytułem dopiero w 1993 roku, kiedy to wróciwszy z letnio-wakacyjnych wojaży, kolega z bloku obok, zaprezentował mi swoją najnowszą zdobycz w postaci dyskietki z grą na konsolę Pegasus. Na pełnej osobliwości etykiecie kartridża, zatytułowanego jako ''Devil Town'', eksponował się dość hardy, zapewne w obyciu jak i wyglądzie, sumiasto-wąsaty śmiałek, obejmując piękną niewiastę, na tle majaczącego hen w oddali, ponurego zamczyska. Po czasie udało mi się jednak zdobyć własną kasetę z tym zacnym tytułem, aczkolwiek z właściwym już motywem na etykiecie, gdzie słynny pogromca wampirów dzierżąc bat w garści, stał dziarsko u podnóża złowrogiej twierdzy. Po natychmiastowym odpaleniu gry na konsoli Pegasus BS-500AS, potocznie zwanej Terminatorem, którym chełpił się tak mój zacny kolega, moim oczom ukazało się obszerne tytułowe logo oraz klimatyczna cut-scenka wprowadzająca graczy w ponury, opanowany przez potwory, świat Castlevanii. Historia rozpoczyna się w 1691 roku, kiedy to ludzka rasa śmiertelników, zamieszkująca, tętniące życiem wioski i miasteczka, zdążyła już zapomnieć o potworach, bestiach oraz nieumarłych grasujących niegdyś po mglistych wrzosowiskach oraz mrocznych kniejach. Co więcej w swojej pełnej spokoju, rutynowej sielance, zapomnieli również o pewnej mrocznej legendzie, która traktując o co stu letnim powrocie hrabiego Drakuli do świata żyjących, znowu zaczęła powoli przybierać dość realny wymiar. Jakże by inaczej, nie trwało to długo, gdy ponownie sam we własnej osobie, władca wichru, nocy i wszelkiego plugastwa, postanowił zagnieździć się w swym złowrogim zamczysku, by siać grozę i spustoszenie, przywołując pod swe progi monstra z piekła rodem. Wyzwanie szybko jednak rzuca mu pewien niechybny śmiałek; niezłomny bohater uzbrojony w legendarny bat, Simon Belmont z rodu Belmontów, sławnych pogromców wampirów! Simon nie czekając, na pierwszy ruch swego arcy-zaprzysięgłego wroga, postanawia zmierzyć się z żądnym krwi Drakulą, pośród tajemnych komnat wampirzego siedliszcza.


Tytuł przede wszystkim charakteryzował się wielobarwną grafiką, aczkolwiek utrzymaną w dosyć ponurych tonacjach, w sam raz dla podkreślenia mrocznego całokształtu produkcji oraz wręcz fenomenalnie klimatyczną, jak to często-gęsto bywało w przypadku Konami, ścieżką dźwiękową, która na długo potrafiła zapaść graczom w pamięć, stając się zarazem po dziś dzień, jednym z najbardziej rozpoznawalnych podkładów muzycznych w świecie gier video minionych lat. Co więcej, z lokacji na lokację, nasz bohater musiał zmagać się z ogromem licznych pułapek i coraz to potężniejszych potworów zamieszkujących domostwo Drakuli, pośród których, wprawne oczy miłośników Horroru, mogły wypatrzeć monstra z kultowych filmów grozy wytwórni Hammer oraz klasycznej literackiej grozy. W celu zwalczenia wszelkich bestii wałęsających się po złowrogim zamczysku, Belmont został wyposażony w wielopokoleniowy, siermiężny bat swego rodu, który mógł ulec rozbudowie z biegiem postępu rozgrywki, a wędrując przez komnaty, raz za razem, pozyskiwał wyposażenie pomocnicze, objawiające się najczęściej pod postacią krucyfiksu, wody święconej, czaso-wstrzymywacza czy też obusiecznego topora, bądź też noża do rzucania. W ten właśnie, a nie inny sposób, Simon Belmont, piął się uzbrojony po zęby, po kolejno odlicz piętrach w górę zamku, aż do samego leża hrabiego Drakuli. Warto wspomnieć, że tytuł doczekał się licznych kontynuacji, również na tak znamienne konsole jak Sega Mega Drive, SNES, Game Boy Classic, Nintendo 64 a nawet Sony Playstation, aż po konsole nowej generacji obecnych czasów.

Castlevania to dla mnie bezsprzecznie już tytuł ponadczasowy i chociaż obecnie bardziej rozpoznawalny jest w absolutnie nowych next genowych odsłonach, to osobiście dużo cieplej wspominam, własnie te, a jakże by inaczej, debiutująco-kluczowe części, które po raz pierwszy odkryłem na konsoli Pegasus czy też Game Boy Classic. Co więcej, jako wybitnie arcy-zdeklarowany fan klasycznego Horroru, uwielbiam po dziś dzień kroczyć pośród mrocznych komnat, owianego złą sławą, zamku Drakuli, smagając legendarnym batem wszelkiego rodzaju maszkary i upiory, by na koniec całej tej, a jakże pasjonująco-dramatycznej historii, po raz kolejny wyzwolić ludzkość 8-bitowego świata, od jarzma Księcia Ciemności i jego mrocznej świty.
A wy jak wspominacie legendarnego łowcę wampirów, przemierzającego złowrogie siedlisko hrabiego Drakuli?


Dobrego dnia! :)

Keeper