niedziela, 11 września 2022


 MOJA KOLEKCJA POLSKICH FIGUREK STAR WARS! :)

CZ. I



Cz. 1 - Figurki STAR WARS seria ''ruchoma''.


    Jak dobrze wiecie moi mili, od kilku lat z dużym hakiem kolekcjonuję unikatowe figurki Star Wars polskiej produkcji z przełomu lat 80-tych i 90-tych. Postanowiłem, że w końcu podzielę się z wami moją kolekcją na łamach tego bloga, żeby każdy mógł zobaczyć co już posiadam w swoich zbiorach. Post ten pojawi się w dwóch częściach, dzieląc się na serie figurek ''ruchomych'' (czyli figurki z ruchomymi kończynami) oraz ''nieruchomych'' (czyli figurki odlane z jednolitej formy, zwane potocznie ''gumiakami'' czy też ''kioskowcami''). Co jakiś czas będę również aktualizował ten post dorzucając do niego nowe zbiory, gdyż radość zbierania tych figurek nie ma u mnie końca, pomimo, że przy każdej nowej mówię sobie ''to już ostatnia, basta!'' :))) 

Trochę historii...


    Figurki które poniżej zaprezentuję, są tak naprawdę polskimi podróbkami, czy jak kto woli bardziej fachowym językiem bootlegami, słynnej serii figurek Star Wars od Kenner z początku lat 80-tych. Za powstanie tych małych arcydzieł sztuki odpowiedzialny był, prężnie działający w latach 80-tych, zakład rzemieślnicy ''Elektrospółdzielnia'', którego siedziba mieściła się w Gdyni. W latach 90-tych na drodze narastających w Polsce zmian oraz restrykcji,  zakład przemianował się na EVANPLAST i zasłynął z produkcji całej gamy figurek popularnych wówczas serii znanych z bajek oraz komiksów. Pracując bez ustanku, dzień i noc, nasza słynna manufaktura błyskawicznie zaczęła kiełkować w tak popularne serie jak G.I. Joe, Ninja Turtles, Power Rangers, RoboCop, Batman, Spider-Man, figurki Disneya oraz całą paletę cudów na kiju, jaką tylko każde post-komunistyczne dziecko mogło sobie wówczas wymarzyć. Pomimo tak licznych serii na swoich dumnych barkach, producent jednak ani na chwilę nie zapomniał  o swoim prawdziwym dziedzictwie w postaci figurek Star Wars, które również doczekały się swojej drugiej edycji w latach 90-tych obfitując w żywe i ładne kolory, jak również poprawioną jakość tworzywa. Figurki Star Wars z partii ruchomej, były również obrane przez producenta w całkiem ładny dodatek w postaci sprzedaży ludzików w  kolorowym opakowaniu z motywem Gwiezdnych Wojen. Blister na przestrzeli lat, potrafił zmienić swoją szatę graficzną oraz formę nie raz i nie dwa, a co więcej i myślę, że na duży plus, w żadnym znanym przypadku nie był to plagiat oryginalnych opakowań Kennera, lecz własna twórczość polskiego producenta.

Przykłady polskich opakowań figurek Star Wars.
Zdjęcia zaczerpnięte ze strony Starwarsy - wirtualne muzeum Star Wars ( Gwiezdne wojny )


A więc do dzieła! Zapraszam wszystkich do obejrzenia mojej kolekcji polskich figurek Star Wars z serii ruchomej! :)



Darth Vader
Jedyny słuszny spadkobierca Sithów i dzierżyciel potęgi Ciemniej Strony Mocy!



Stormtrooper (G1)
Stormtrooper (G1)
Klasyczny siepacz Imperium! :)


Boba Fett (G3)
Z nim się nie zadziera!

 
Zuckuss (G3)
Po częstochowsku, na bogato odziany w złoto :)


Zuckuss (G1)
Ten Zuckuss wybrał metaliczną zieleń, bynajmniej nie dlatego
by oddać hołd Partii Zielonych.


                                                
Prune Face
Zielono mi! Ten ludzik obrał stylówkę lat 90-tych.

Weequay
Mrozi spojrzeniem niczym Clint Eastwood! :-))

Barada
Pysk co prawda niewyjściowy, ale za to jaka charyzma! :-)



ATAT Commander
Ten szary, smutny pan dowodzi jedną z największych Maszyn Kroczących!

Deathstar Gunner
Z rozkazu Imperium zniszczył wiele pięknych planet!

                                   
Han Solo (Hoth)
Zimno to się ubrał :))

Luke Skywalker (Pilot)
Prawdziwy bohater! Zniszczył Gwiazdę Śmierci na której mieszkało tyle samo niewinnych cywilów, inżynierów i robotników co Szturmowców! Brawo Luke! :))


Nien Numb
Uroczy gremlin z kosmosu :))


Snowtrooper (Hoth)
Znany też w półświatku przestępczym Imperium jako Sopel :)


TIE Fighter Pilot
(G1)
Takie turkusowe akcenty to nie w kij dmuchał!

TIE Fighter Pilot
Kolejny Imperialny pilot w mojej kolekcji,
 który zgłosił się by oddać życie za Lorda Vadera!

Darth Vader (G3)
Ta czerwona plama na płytce klatko-piersiowej to nie krwawiące serce, lecz niepewna ręka
i zbyt gruby pędzel jednego z chałupników Evanplastu.



Darth Vader (G3)
Kolejny Lord Vader we własnej osobie w mojej kolekcji. Istny atak klonów! :))



   
....i kolejny Dart Vader (G3)
W alternatywnej rzeczywistości, stracił ramię w bitwie na miecze świetle 
z Obi-Wan Kenobim, zwanym też Benem Kenobim :-)




Trochę historii ciąg dalszy.. 

Czyli kilka słów o wyposażeniu.


Każde szanujące się ludziki powinny posiadać broń! :-)


    Figurki, figurkami, ale czym byłyby te małe miniaturki bez odpowiedniego wyposażenia w swoich łapkach? W przeciwieństwie do polskich bootlegów G.I. Joe czy innych  bohaterów kojarzonych bardziej w latach 90-tych, polskie figurki Star Wars z serii ruchomej, były sprzedawane w blistrach bez akcesorium. Nigdy nie zapomnę jak w 1991 roku, kolega odpakował przy mnie bootleg polskiego Hana Solo i jakie było moje ogromne rozczarowanie gdy okazało się, że blister zawierał tylko i wyłącznie samą figurkę! Wyposażenie jednak można było dokupić osobno, pakowane w oddzielny blister zawierający mix  broni dla naszych ludzików. Warto dodać, że edycja paczki z bronią z lat 90-tych, oprócz akcesorii przynależnych do Star Wars, zawierała również wyposażenie dla polskich bootlegów G.I. Joe, w postaci kuszy oraz miecza dla wojowników ninja, jak również rozmaitych karabinów dla komandosów Joe oraz najemników Cobry. Broń najczęściej była wykonana z typowej czarnej polskiej gumy, aczkolwiek czasami na swojej drodze do szczęścia, można było spotkać również sort broni w kolorze zielonym, a nawet niebieskim i czerwonym. Żeby było śmieszniej w 1998 roku Evanplast często dorzucał wyposażenie z serii  G.I. Joe oraz Star Wars do blistrów z bootlegami Batmana, Spider-Mana czy nawet Power Rangers. Powiecie: ''Ale jak to?! Batman z karabinem od Zuckussa z Gwiezdnych Wojen oraz  Spider-Man z kuszą od Storm Shadow z G.I. Joe? Przecież to się kupy nie trzyma!'' No cóż moi mili... To tylko u nas! Tylko w Polsce! :))) 

Zdjęcie z bootlegiem popularnego w latach 90-tych ''Catmana'' 
zostało zapożyczone ze strony: 
Home - ******* Polish Toys Collector Site ******* (webs.com)



    Powracając jednak na ziemię, by skupić się już na samej broni Star Wars, poniżej pragnę wam zaprezentować część wyposażenia z mojej kolekcji bootlegów oraz ich przynależność do oryginalnych postaci tego uniwersum.



1. Droid IG-88
2. Szturmowiec
3. Żołnierz Rebelii 
4. Zuckuss
5. Kierowca maszyny kroczącej typu ATAT
6. Boba Fett
7. Han Solo i Luke Skywalker Pilot
8. Miecz świetlny Jedi.

Zwarty i gotowy!


    Jednak w dzieciństwie miało kto z nas umiał te bronie dopasować do swych prawowitych właścicieli, nie mając rozeznania w temacie poprzez brak oryginalnych figurek Kennera na polskim rynku. Co bardziej sprytni figurkowicze, wspomagali się filmową trylogią Gwiezdnych Wojen, podpatrując na dużym ekranie kina czy telewizora, kto jaką bronią władał. Dla mnie jednak było to wówczas wszystko obojętne i mało też, który z moich kolegów się tym przejmował, wkładając katanę do łap Mika z Żółwi Ninja czy kuszę do rąk Hit n Runa z G.I. Joe. Nieograniczona niczym, moc dziecięcej wyobraźni, zawsze wygrywała ze sztywnymi zasadami narzuconymi przez producenta danej zabawki. Dlatego właśnie, nam polskim dzieciom lat 80 i 90 tak bardzo przypasowały bootlegi Evanplastu, który nigdy nie narzucał nam jak mamy się bawić, dając nam wolną rękę i pole do popisu w wymyślaniu własnych standardów, fabuły i całego uniwersum tego figurkowego świata.

Słynny łowca nagród Boba Fett i jego nieoceniony
w każdym starciu blaster! :)

Dobry, Zły i Brzydki czyli uzbrojeni i niebezpieczni!


    Zaczynając kolekcję polskich figurek Star Wars ani przez moment nie sądziłem, że wsiąknę w to hobby niczym śliwka w kompot. Co więcej, od tamtej pory przestały się dla mnie liczyć też inne serie, które wówczas zbierałem. Na samym początku miałem kupić tylko Lorda Vadera i na tym poprzestać. Jednak tak się nie stało! Nawet nie zdążyłem dobrze nacieszyć się nową figurką, a już szukałem następnych, porwany przez niewidzialną siłę, zapewne z kosmosu jak mniemam. Niewinne z pozoru hobby, nagle stało się trudnym do wyleczenia nałogiem z którym nigdy wcześniej nie miałem okazji się zderzyć. Zbieranie polskich bootlegów, było dla mnie tym, czym był zapach napalmu o poranku dla amerykańskich żołnierzy w Wietnamie. Nutka magii, którą zrozumieją tylko psychole i koneserzy. Unikatowość oraz deficyt tych figurek na polskim rynku, tym bardziej napędzał mnie do polowania i notorycznych obserwacji znanych mi źródeł, z których mógłbym pozyskać nowe bootlegi do kolekcji.

Lord Vader w towarzystwie Dee Jaya i TARGAT'a
z serii polskich bootlegów G.I. Joe aka Action Force.
Prawda, że ładnie razem się komponują? Z tego właśnie tytułu, niektórzy sprzedawcy
mylnie biorą bootlegi G.I. Joe za serię Star War
s.


Jednak zanim rozpocząłem ową kolekcję figurek Star Wars, moje oczy były i wręcz są nadal zwrócone  w stronę polskich bootlegów G.I. Joe znanych też  w półświatku jako Action Force. Ale to już historia na zupełnie inną okazję. Tym czasem kończę część pierwszą mojej kolekcji polskich figurek Star Wars i zabieram się za tworzenie drugiej w której przedstawię figurki z serii ''nieruchomej'', gdzie będzie też o wiele, wiele więcej kolorowych ludzików do oglądania! :)))

Zatem moi mili...
Niech MOC będzie z wami! :) 


MAY THE FORCE BE WITH YOU!



Dobrego dnia!

Keeper :-)





niedziela, 28 sierpnia 2022

 FIGURKOWY CHWALI-POST LATA 2022 :) 






Przyszło lato i od razu większy wysyp fantów się objawił na miejscowych giełdach staroci oraz ogłoszeniach internetowych. Co za tym idzie z dumą prezentuję moje najnowsze figurkowe zbiory! :) Do mojej kolekcji z serii polskich bootlegów Star Wars, tym razem dołączył długo przeze mnie poszukiwany, słynny łowca nagród Boba Fett, droid R2D2, Weequay oraz bardzo rzadki okaz Prune Face'a w dość nietypowym i unikatowym paint-deco, żółci, zieleni oraz purpury. Pytając o opinie fachowca w tej dziedzinie, dowiedziałem się, że w tym momencie tylko kilka osób na całą Polskę posiada go w swoich zbiorach! To się nazywa zdobycz! :) Jako ciekawostkę, dorzucam polski bootleg Spider-Mana, znanego bliżej w półświatku jako Medusa-Man. Zwykle barwiony w klasyczne czerwono-niebieskie akcenty, tym razem trafiła mi się srebrno-czarna gratka o pomarańczowych oczach. Cuda się jednak zdarzają! Nie przestawajcie w nie wierzyć moi mili! ;) 

Polskie figurki Star Wars 3 generacji z lat 90-tych.

Medusa-Man czyli polska podróbka
 Spider-Mana od Evanplastu :)


Polski droid R2D2

R2D2 oraz C3PO znowu razem :)


Z cyklu ogłoszeń parafialnych, chciałbym was również poinformować, że przygotowuję na swoim blogu giga-post, będącym prezentacją całej mojej kolekcji polskich figurek Star Wars. Wpis ten będzie podzielony na dwie części, pod postacią serii ''ruchomej'' (figurki z ruchomymi kończynami) oraz ''nieruchomej'' (figurki nieruchome, odlane z jednej stabilnej formy, zwanych potocznie ''gumiakami'' lub ''kioskowcami''). Często-gęsto ogrom entuzjastów zabawek PRL-u jak również lat 90-tych, pyta mnie o moją kolekcję figurek Star Wars, więc aby za każdym razem nie robić zdjęć ''na szybko'', postanowiłem zrobić jeden stały post prezentujący moje figurki, które pozyskałem na przestrzeni lat. Moje małe wirtualne muzeum będzie dostępne głównie na starym blogu, aczkolwiek jak post będzie gotowy podeślę tutaj oczywiście link z adresem :) 
A czy wy również tego lata zebraliście jakieś ciekawe okazy do kolekcji? :)

Dobrego dnia! 

Keeper :)


Niech Moc będzie z Wami! :)





niedziela, 24 lipca 2022

 AMAGON - Czyli 8-bitowy kicz wakacyjną porą :))




    Wszyscy co śledzą moją stronę już od dłuższego czasu, wiedzą, że nigdy-przenigdy nie mieszam z błotem żadnej gry na konsolę Pegasus, znajdując w wielu przypadkach z nimi związane, same superlatywy i ciekawostki. Jednak na ten czas muszę ogłosić, że nadszedł właśnie ten sądny dzień linczu, na który wielu z was tak pewnie czekało. Aby przybliżać wam ową pełną frustracji historię, musimy sie cofnąć aż do 1992 roku, kiedy to podczas letnich wakacji, pełen entuzjazmu oraz zapału ruszyłem butnie na co-weekendowy targ z zamiarem kupna zupełnie nowej i ciekawej dla oka giereczki. Na miejscu, lotem błyskawicy zostałem namówiony przez chytrego a jakże, handlarza z wąsem, do zakupu gry pt. ''Amagon''. Tytuł gry mówił mi niewiele, a tak naprawdę nie mówił mi nic, natomiast cwany sprzedawca za sprawą siły przebicia i barwnej prezentacji samej gry, sprawił, że natychmiast wyjąłem z portmonetki całe 8 zł i z miejsca dokonałem zakupu. Ani przez chwilę nawet nie poczułem, że to złowieszczy podstęp szpiega z krainy Deszczowców! Na etykiecie karta widniał bowiem, jak też mniemałem, niestrudzony łowca przygód z karabinem M-16, ostrzeliwując zaciekle robo-rycerza oraz spodki UFO. Jakby tego było mało, w tle ryczał wściekle, przerażający Tyranozaurus Rex, jeden z moich ulubionych wówczas mito-zaurów. 


Czy cokolwiek w tym przypadku, mogło pójść źle? Jednak odpowiedz odnalazłem dopiero w domu, uruchamiając natychmiast grę na mojej przetyranej już konsoli MT-777DX. Ledwie pojawił się ekran tytułowy i od razu spotkał mnie nielichy zawód. Na planszy pojawił się mizerny chłopek-roztropek, o kanciastej anatomii Bolka i Lolka, z rozbitym samolotem w tle, który wyglądał niczym nasmarowany przez 4 letnie dziecko w przedszkolu. Dalej okazało się wcale nie lepiej. Bohater do którego nie zapałałem sympatią już na wstępie, podczas rozgrywki wypadł jeszcze gorzej. Miałem tu do czynienia z krępym typem o kwadratowej szczęce troglodyty, odzianym w jakiś łachmany. M-16 które widniało na etykiecie gry gdzieś wyparowało, z zamiast słynnego karabinu postać niezdarnie dzierżyła w łapach dziwny strzelający ''huko-patyk'', który jak mniemam miał imitować strzelbę. Zewsząd atakowały nas zmutowane grzyby, plujące węże, krabo-pająki oraz irytujące pterodaktyle rozmiarów gołębia. Co prawda gra była szybka i bardzo dynamiczna, ale drażniąca uszy muzyka w tle, wcale a wcale nie pomagała przełknąć tego pasztetu. Co więcej do gry wprowadzono, nie wiem po co, realistyczny element, w postaci ograniczonej amunicji. Gdy zapas naboi się wyczerpał, postać mogła jedynie okładać wrogów kolbą strzelby niczym prymitywną maczugą, co równało się często natychmiastową porażką. Aby dobrze też rozplanować dalszy przebieg rozgrywki, należało skrupulatnie pilnować zapasu amunicji, gdyż jeśli roztrwoniliśmy ją na pierwszej mapie, strzelając sobie w powietrze, to na drugiej zaczynaliśmy już grę bez naboi, które jak można by przypuszczać, powinny się odnowić, a czego też nie robią. Dodatkowo moją frustrację wzmagała wyśmiewająca gracza prześmiewcza melodia, która towarzyszyła nam za każdym razem gdy ginęliśmy, a że ginąłem bardzo często, tenże dżingiel doprowadzał mnie do szewskiej pasji, objawiając się często ciskaniem joya o podłogę!



    
Jednak, żeby nie być aż tak znowu surowym i wrednym dziadem, moją uwagę już wtedy zwróciła ładna i kolorowa grafika, która wraz z wakacyjno-podróżniczym klimatem gry, tworzyła dla mnie podczas letnich wakacji, miły dla oka akcent. Aczkolwiek gra posiadała bardzo słaby design głównego bohatera oraz reszty elementów występujących w grze, które już w młodych latach wydawały mi się słabo zaprojektowane na tle innych gier znanych mi ze stajni konsoli Pegasus. Co ciekawe gra posiadała aż dwie odrębne fabularne historie. W wersji amerykańskiej mieliśmy do czynienia z tytułowym Amagonem, który jako marines rozbił się samolotem na tajemniczej wyspie zamieszkałej przez krwiożercze potwory. Jego głównym celem była ucieczka z wyspy statkiem i pokonanie głównego bossa w postaci wrednego kosmity, którego wygląd myślę może zaciekawić wielu ufo-fanów, ale o tym później. Dzięki aktywacji kluczy Mega-Key, nasz bohater był w stanie zmienić się w potężnego Megagona, co znacznie ułatwiało walkę z potężnymi potworami. Wersja japońska z kolei opowiadała o naukowcu Jacksonie, który wynalazł tabletki Macho Max, za sprawą których transmutował się w muskularnego Macho Mana. Za popełnienie tej produkcji w 1988 roku, odpowiedzialna była firma Aicom, znana z takich słynnych gier jak choćby ''Totally Rad'' czy ''The Astyanax''. Podczas gry nasz bohater pozyskiwał przeróżne sympatyczne znajdźki, w postaci dodatkowej amunicji czy transformacje w Megagona, którą należało wykorzystać do walki z większymi potworami na koniec każdego etapu gry. W przeciwieństwie do standardowej formy bohatera, sam Megagon posiadał już pasek życia, dzięki czemu nie ginął od jednego ciosu, tak jak jego słabsza i mniejsza postać Amagona. 


Tzw. ''Monstrum z Flatwoods'' rzekomo widziane w 1952 roku w USA.

Jako ciekawostkę, warto wspomnieć, że projekt głównego bossa w grze został zaczerpnięty z dziedziny ufologii i dotyczył kosmity tzw. ''Monstrum z Flatwoods'', widzianego z 1952 roku w stanie Zachodniej Virginii USA. Nie chcąc tu wychodzić na Smerfa Marudę, uważam gra może się podobać i na pewno ma gdzieś hen w odległej galaktyce swoich wiernych fanów, jednak dla mnie były to najgorzej wydane pieniądze w czasach mojego dzieciństwa. Myślę, że gdyby twórcy bardziej dopieścili niektóre elementy gry oraz zmienili muzykę, byłaby to całkiem przyjemna gierczka, której niestety nie jestem w stanie dzisiaj dobrze zapamiętać, ani pod względem grywalności ani wizualnym. Wciąż jednak żywię nadzieję, że ktoś z was moi mili, pokaże mi tą grę z zupełnie innej perspektywy, żebym i ja mógł ją kiedyś docenić i raz jeszcze ocenić! :) 

A wy jak wspominacie zmagania Amagona na wyspie pełnej potworów?



Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 24 kwietnia 2022

CZAS NA SEANS:

Extreme Dinosaurs czyli Niebezpieczne Dinozaury ze stacji RTL7.




    Czy działo się to 65 milionów lat temu? Skądże znowu moi mili, zadziało się stricte w 1997 roku, kiedy to pewnego pięknego dnia wracając po szkole do domu, rzuciłem plecak w kąt i zasiadając przed telewizorem, szukałem kolejnej głupawej kreskówki, aby oddać się głębokiej medytacji i już do szczętu wypalić sobie mózg telewizyjną papką. Jednak tym razem, zamiast zawzięcie okupować kanał Cartoon Network, niespodziewanie nastawiłem całkiem nową stację RTL7, która szybko postanowiła mi się objawić w zupełnie nowej aranżacji. Zamiast kolejnego żałosnego seansu Woodego Woodpeckera, moim oczom ukazał się ogrom eksplozji, akcji, pościgów w akompaniamencie gadzich pazurów oraz ostrych zębów! To było to na co czekałem, po niesłusznie zakończonych seriach Wojowniczych Żółwi Ninja i Motomyszy z Marsa. To był ten dzień, kiedy nie musiałem słuchać po raz wtóry debilnego śmiechu, świrniętego dzięcioła Woodpeckera! Kto by pomyślał, że ta całkiem świeżo upieczona co stacja, postanowi uraczyć mnie kreskówką dla prawdziwych twardzieli!


    Niebezpieczne Dinozaury (Extreme Dinosaurs) bo o nich właśnie mowa, prezentowały sobą prostą i zarazem wciągającą rozrywkę, która dostarczając każdemu myślę, nielichej frajdy, wprowadziła również do polskiej telewizji nieco świeżości oraz nowej barwy. Akcja serialu rozpoczyna się 65 milionów lat temu, kiedy to na Ziemię przybywa przestępca i przedstawiciel obcej rasy Quadrainianów, Argor Zardok. Zły nikczemnik postanawia stworzyć z zamieszkujących planetę dinozaurów, posłusznych sobie wojowników. Jednak czwórka z nich, przekształcona z tyranozaura, stegozaura, triceratopsa i pteranodona w istoty rozumne, buntuje się przeciwko swemu twórcy, który szybko przegania ich precz. Niezniechęcony fiaskiem pierwszego eksperymentu Argor, tworzy nowych wojowników, powstałych z trzech usłużnych sobie raptorów. Niespodziewanie w ślad za przestępcą, na Ziemię przybywa oddział  Quadrainianów, dowodzony przez charyzmatyczną Chedrę Bodzak. Rozpętuje się zawzięta walka, która doprowadza do zagłady wszystkich dinozaurów i kataklizmu samej planety. Argor ratując się ucieczką, opuszcza Ziemię, a Chedra wraz z grupką czterech dino-wojowników znanych jako T-Bone, Stegz, Bullzeye oraz Spike, zamyka się w kriogenicznej kapsule i zapada w hibernację. Budzą się dopiero we współczesnym świecie, opanowanym przez rasę inteligentnych ssaków - ludzi. Trzy wojownicze raptory, Buźka, Żyleta i Pluj, pozbawione przywództwa Argora, postanawiają działać na własną rękę czy raczej łapę, mając w planach spowodować globalne ocieplenie i doprowadzić Ziemię z powrotem do okresu mezozoiku. W raz z Chedrą, gruba Niebezpiecznych Dinozaurów, nie czekając aż raptory wprowadzą swój chytry plan w rzeczywistość, wyrusza do walki na ratunek ludzi i pokój na świecie. 



Warto wspomnieć, bohaterowie serialu po raz pierwszy jednak zadebiutowali w serialu Rekiny Wielkiego Miasta (Street Sharks) pod nazwą Dino Vengers, przekształcając się z czasem w oddzielny serial i oficjalny spin-off Rekinów. Kreskówka została zrealizowana na podstawie serii figurek akcji pt. Extreme Dinosaurs od Mattel z 1996 roku. Jednak osobiście najbardziej zapamiętałem mini serię figurek, dostępną tylko do kupienia w restauracjach KFC w 1998 roku. Figurki były wykonane z twardej i solidnej gumy, cechując się wysoką jakością produkcji, stawianą często na równi z wyrobami słynnego Bullyland'u czy Yolandy. Co ciekawe pełen zestaw zawierał tylko czterech głównych bohaterów. Do dzisiaj zachodzę w głowę, czemu KFC nie pokusiło się dodatkowo o figurki antagonistów w postaci trzech wrednych raptorów czy nawet błyskotliwą przyjaciółkę dino-gangu, Chedrę.


Figurki Extreme Dinosaurs prosto od Mattel :)

Niebezpieczne Dinozaury już na zawsze zapamiętam jako synonim dobrej zabawy oraz radykalne gady, które chyżo u progu swojego debiutu, objawiły się nam jako godni następcy Wojowniczych Żółwi Ninja oraz innych mutantów, znanych nam z telewizji szalonych lat 90-tych. Bo to Extreme... Extreme.. Extreme Dinosaurs!! Jaszczury z klasą! ;)

A wy jak wspominacie niebezpieczny gang dino-wojowników?

Bezpiecznego dnia życzę! :)

Keeper


Extreme Dinosaurs i Street Sharks na kasetach VHS


piątek, 24 grudnia 2021

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO  NARODZENIA 2021!!



Moi mili, życzę wam zdrowych, spokojnych i wesołych świąt Bożego Narodzenia! Bardzo wam dziękuję za wsparcie i całą wspólną radość, jaką mogliśmy się cieszyć dzięki waszym i moim wspomnieniom, zapisanym tutaj na Rolce Wspomnień, aż od 2016 roku! Tyle lat razem to nie w kij dmuchał i oby nigdy się to nie zmieniło! :)

Wszystkiego dobrego kochani!

Keeper :)




niedziela, 31 października 2021

Frankenstein: The Monster Returns

Czyli unikatowa gra na Pegasusa w klimacie Halloween!



 

Tym razem z okazji tak mocno wyczekiwanego przez wszystkich święta Halloween, postanowiłem wrzucić na ruszt kolejny upiorny tytuł, prosto ze stajni gier konsoli Pegasus, który bawiąc czy frustrując, na stałe znalazł ciepłe miejsce w mej pamięci. Frankenstein: the Monster Returns, bo o nim właśnie mowa, chociaż mocno dzisiaj już przez graczy zapomniany, zasłużył na solidnie przetarcie z kurzu, by ponownie powstał w okowach mroku święta duchów i potworów, jako jedna z najbardziej nietuzinkowych gier w klimacie klasycznej grozy i horroru. Produkcja, która czerpiąc garściami z tak słynnych i kultowych powieści jak ''Frankenstein'' Mary Shelley czy ''Dracula'' Brama Stockera, już od pierwszych swoich chwil zabiera nas w podróż do mrocznego świata średniowiecza, zamieszkałego pośród gotyckich zamków, lasów i rozdroży, przez dzikie bestie i potwory z piekła rodem. Fabuła opowiada o tym jak Monstrum dr. Frankensteina ponownie powstaje z grobu, jednak tym razem obdarzone potężną mocą czarnej magii. Potwór szybko zjednując sobie nadnaturalną armię, złożoną z potworów oraz nieumarłych, wyrusza na podbój owianej mgłą krainy, paląc i niszcząc do gołej ziemi, okoliczne wioski oraz miasta. Jakby tego było mało, bezlitosne Monstrum porywa bezbronną dziewczynę Emilly, by posiąść ją za żonę w swojej złowrogiej twierdzy. Tym czasem spod gruzów zniszczonego miasteczka, powstaje młody wojownik, który nie czekając aż zło rozpleni się na cały świat, podąża w ślad za Potworem, by wymierzyć krwawą zemstę i uratować z łap bestii piękną Emilly.


Chociaż w swoim domu Pegasusa miałem już od 1991 roku, z tą bez mała unikatową grą spotkałem się dopiero 4 lata pózniej, przesiadując u kolegi z bloku obok, który co dopiero wrócił z wakacyjnych wojaży z nowym nabytkiem. Fantami przywiezionymi z wakacji, okazała się nowa wówczas na rynku odnoga Pegasusa, konsola Mortal Kombat oraz kilka gier w tym również wspomniany Frankenstein. Gra już od pierwszych swoich chwil rzuciła mnie na kolana i chociaż w moim odczuciu, bynajmniej nie przez kiepskie wykonanie pada nowej konsoli, gra wydawała się nieco toporna w wykonaniu to jednak klimat jaki z sobą niosła, pozwolił mi przymknąć oko na różne niedogodności. Pośród ponurej i pełnej grozy atmosfery, gracz wędrował poprzez multum różnorodnych lokacji, zaczynając od opętanej złą siłą wioski, złowrogich bagien oraz lasów, a kończąc na pełnej pułapek twierdzy szalonego dr. Frankensteina.


Po każdym ukończonym etapie gry, czekała nas walka z  bossami oraz ich mniejszymi odpowiednikami w których skład wchodziły tak słynne  i dobrze znane z mitów oraz legend kreatury jak smok, Medusa, Merman, skrzydlaty demon, wilkołak, Dracula a nawet Śmierć. Co ciekawe, po pokonaniu niektórych przeciwników, pojawia się okno dialogowe w którym dziękują naszemu bohaterowi za ratunek, wyjaśniając swoją agresję złym wpływem Czarnej Magii, co czyni ich charakter dość nieszablonowy, niż z początku można było się wydawać. Jak widać niesione zawiścią Monstrum dr. Frankensteina, potrafiło zasiać zamęt, nie tylko w świecie ludzi, ale i potworów, dokładając nam do całej historii fabularne drugie dno.

 

Jak widać potwory nie zawsze są tym, czym nam się
wydają być..


Warto zaznaczyć, że gra posiadała również system passwordów, które pozwalały nam wrócić do ostatniego ukończonego etapu rozgrywki. Był to niewątpliwie ogromny plus tej produkcji, jednak same kody składając się z cyklu 12 randomowych liter i symboli, których nie sposób było zapamiętać, zmuszały gracza do mozolnego wpisywania ich w kajet.

Do walki ze stojącą na drodze hordą maszkaronów nasz dzielny wojownik, miał naprawdę niewiele do zaoferowania, posługując się zaledwie skromną maczugą oraz mieczem, które dało się jednorazowo ulepszyć do formy miotania pociskami. Gra przypominając nieco klimat słynnej Castlevanii, aż się prosiła o cały wachlarz rozmaitych broni do zwalczania potworów, jednak z niewiadomych przyczyn, twórcy tej produkcji postawili na srogi minimalizm, który dość niefortunnie odbił się zarówno na odbiorze technicznym, jak i wizualnym samej gry. Poza standardowym wyposażeniem, postać posiadała również umiejętność podwójnego skoku, kosztem siły bojowej, co też nie za wiele nas wspomagało podczas atakowania wrogich jednostek latających.

Ten bez mała unikatowy tytuł, został popełniony już w 1991 roku za sprawą słynnej na całym świecie japońskiej korporacji BANDAI, znanej w Polsce bardziej z produkcji figurek Power Rangers niż z gier video. 

Chociaż Frankenstein: The Monsters Returns nie obył się bez licznych i dość widocznych dla oka wad, to jednak uważam, że w całej swej okazałości zasługuje na solidną uwagę, nie tylko ze względu na klimat pełen grozy, upiorną muzykę czy interesującą oprawę graficzną, ale również i przede wszystkim dlatego, że szukać można ze świecą w ręku podobnych produkcji tematycznych, pośród 8-bitowych gier konsoli Pegasus.

A wy jak wspominacie niesławny powrót przerażającego monstrum Frankensteina?


 Udanego Halloween!

Keeper :)

Witchcraft!! :)