niedziela, 19 kwietnia 2020

SMERFY

Czyli niebiescy przyjaciele naszego dzieciństwa! :)




Dawno, dawno temu, za górami-dolinami, jak to zwykle w bajkach bywa, o krok wioski leżał las, nieco dalej mroczne bagna, gdzie złą sławę ponury zamek miejsce ma i jak już się domyślacie, tam gdzie pląsa zły czarownik, który często-gęsto rzecze tak - ''Achh! Jak ja nie cierpię tych Smerfów''! - Gorzko wykrzyczał ku niebiosom Gargamel, drąc ostatki włosia z głowy. Aczkolwiek będąc dziećmi zgoła absolutnie inaczej podchodziliśmy do tematu naszych zabarwionych na niebiesko przyjaciół, niż złowrogi czarownik Garguś, co rusz dławiący się własną śliną, jadem i zgryzotą, zapewne też po dzień dzisiejszy, jeśli nadal dycha gdzieś w alternatywnym świecie. Większość pośród was, którzy tak jak ja należą do tego z grubsza, mocno wymarłego już gatunku, z pewnością doskonale pamięta jak na przełomie lat 80-90-tych telewizja polska ku pomocy swojej mocy, próbowała barwić nasz ówczesny szary świat ogromem fenomenalnych animowanych bajek, ochoczo generowanych przez rodzimy Semafor, jak i liczne zagraniczne studia filmowe zachodu oraz wschodu. Co prawda nie był  to jeszcze czas dla moich ukochanych Wojowniczych Żółwi Ninja, aby zawitały na ekranach polskiej telewizji, aczkolwiek pośród szerokiej gamy dostępnego wówczas repertuaru, każdy z nas mógł wybrać dla siebie coś równie odpowiedniego. Poprzez Wodnika Szuwarka, Reksia, Rumcajsa Rozbójnika, Przygód kilka wróbla Ćwirka, Pszczółkę Maję, płaczka Misia Koralgola, umaszczone tęczą Wuzzle, Kacze Opowieści czy nawet wspaniałego w całej swej okazałości He-mana i Władców Wszechświata, wyłonił się jednak jeszcze jeden serial animowany, tym razem belgijsko-amerykańskiej produkcji pt. ''Smerfy'', który co by tu nie mówić, rzucił na kolana większość post-komunistycznego pokolenia.


Smerfy swój rozśpiewany i pełen chichotu debiut na ekranach polskich telewizorów, rozpoczęły już w 1987 roku za sprawą, nieocienionego jak zwykle wówczas TVP1, które nieprzerwanie emitowało serial aż do 1999 roku, udostępniając dzięki wciąż rosnącej popularności, kolejną emisję ponownie w 2005 roku. Serial pierwotnie został wyprodukowany w 1981 na podstawie popularnej belgijskiej serii komiksowej ''Les Schtroumpfs'' autorstwa nieocenionego mistrza Peyo, który w kooperacji z amerykańskim studiem Hanna-Barbera, postanowił przenieść naszych niebieskich przyjemniaczków na ekrany TV, co zakończyło się też bezapelacyjnym sukcesem na światową skalę, pozyskując rzeszę wiernych fanów, po dziś dzień. Akcja serialu rozgrywa się gdzieś w bliżej nieokreślonych mrokach średniowiecza, opowiadając o przygodach malutkich niczym skrzaty, niebieskoskórych stworków, mieszkających w ukrytej pośród gęstwin lasu, równie niewielkiej wiosce. Żyjące w zgodzie z naturą, uczynne i miłujące pokój Smerfy, cały czas jednak muszą się mieć na baczności przed groźbą ze strony złego czarnoksiężnika Gargamela, który wraz ze swoim kotem Klakierem, od niepamiętnych czasów bezskutecznie poluje na Smerfy, chcąc przyrządzić z nich zupę oraz zamienić w złoto, wykorzystując magiczne właściwości tych stworzeń. Za sprawą Papy Smerfa, przywódcy oraz mentora wszystkich Smerfów, pałającego się również magią i alchemią, zły Gargamel zwykle wpada w srogie tarapaty, by Smerfy mogły dalej się cieszyć dostatnim i uczciwym życiem pełnym wesołych perypetii. 
Oprócz telewizyjnego serialu oraz fenomenalnej serii komiksowej, która w 1991 roku znalazła
Kto czytał za dzieciaka łapka w górę! :)
również swoje stałe miejsce w naszym rodzimym kiosku Ruchu, Smerfy zadebiutowały również w świecie gier video, bawiąc wszystkich pośród tak znamiennych konsol jak Atari 2600, NES, Game Boy classic, Super Nintendo, a także Sega Mega Drive czy  Sony Playstation.
Duże brawa należą się również dla niemieckiej firmy Schleich która już od 1965 roku mocno pochłonięta byłą produkcją kolekcjonerskich figurek Smerfów, tworząc cały czas bez ustanku zupełnie nowe serie, pod każdą maścią i postacią, aż do dnia dzisiejszego. Oczywiście musiałby się zdarzyć cud, żeby nie podchwycili tego tematu również polscy producenci lewych zabawek, klepiąc w piwnicach własne podjebki niebieskoskórych stworków, co prawda dużo brzydszych i tańszych w wykonaniu od niemieckich oryginałów, ale zawsze miło
wspominanych! :)

Figurki Smerfów pochodzące z mojej kolekcji :)

Figurki i gry video czyli moje Smerfowe szaleństwo!! :))

Smerfy to dla mnie jedna z ważniejszych serii mojego dzieciństwa, która na tle licznych opowieści o krasnoludkach i skrzatach wyróżniała się dość niesztampowym pomysłem, bawiąc mnie z ekranu telewizora barwną animacją i ogromem nieszablonowych postaci, których, zarówno po dobrej, jak i tej złej stronie, nie dało się nie lubić. Nie inaczej, był to wówczas serial dla którego nawet całe osiedle, jak na komendę przerywało ogrom podwórkowych zabaw, ciesząc się wspólną emisją, tak wyczekiwanej od rana wieczorynki. Smerfy zachwycały oraz cieszyły, zarówno dzieci, jak i dorosłych, co dowodzi wręcz o wspaniałości tego serialu oraz jego potężnej sile przebicia, wpadającej z rozmachem prosto do ludzkich serc. Bo chyba każdy z nas marzył chociaż przez chwilę, by znaleźć się pośród magicznej wioski Smerfów..
A wy jak wspominacie swoją pierwszą przygodę z niebieskimi bohaterami waszego dzieciństwa? :)



Smerfnego dnia!

Keeper :)

niedziela, 12 kwietnia 2020





Życzenia Wielkanocne! :)




Moi kochani, z okazji świąt Wielkanocy życzę wam wszystkim spędzenia tego czasu w miłej rodzinnej i spokojnej atmosferze, zwłaszcza bez strachu i wszechobecnych zmartwień, by razem z bliskimi oraz przyjaciółmi cieszyć się tym wyjątkowym dniem w promieniach uroczej wiosny! :) Wysyłam również wam w ten czas niefortunnej sytuacji, obejmującej całe nasze wolne uniwersum, dużo siły, odwagi oraz wszechpotężnej mocy, by pomogły wam przegnać rodzące się negatywne myśli oraz przezwyciężyć wszelkie zło! Na potęgę Posępnego Czerepu!! Mocy przybywaj!! :)



Dobrego dnia! :)

Keeper





niedziela, 22 marca 2020



WOJOWNICY NINJA W KIOSKOWYM WYDANIU.

   CZYLI KAŻDY MA JAKIEGOŚ BZIKA! :)




W latach mojej zwariowanej, aczkolwiek często-gęsto mile wspominanej wczesnej młodości, wielokrotnie spotykałem wśród moich zacnych rówieśników lub też plus-minus u młodszych czy też starszych dzieciaków przeróżne zajawki, zainteresowania tudzież hobby, a wszystko jakby pod dyktando słynnej wówczas telewizyjnej piosenki ''Każdy ma jakiegoś bzika''. Jak sugerowała nam owa telerankowa nuta, bzika miałem, więc i ja, a do tego niejednego, szalejąc gdzieś na przemian pomiędzy Zamkiem Posępnego Czerepu, nowojorskimi kanałami pełnych Wojowniczych Mutantów czy też na linii frontu G.I. Joe, kopiąc gadzie tyłki oprychom Cobry. Jednak co najważniejsze, moja największa dziecięca miłość, jaką były bezapelacyjnie od pradziejów Wojownicze Żółwie Ninja, wzmocniła również moje ogromne zainteresowanie tematyką mistycznej sztuki ninjutsu, która już w owym czasie mocno promowana była pośród wspaniałości kultury rozrywkowej, często-gęsto pod postacią gier video, komiksów oraz filmów akcji dostępnych na kasetach VHS. Wówczas nie posiadając jeszcze w tej dziedzinie fachowej lektury pod ręką, nie miałem zielonego pojęcia, że obraz wojowników Ninja tak chętnie sprzedawany na szeroką skalę przez zagraniczne mass-media był, wręcz aż do suchej nitki, niewiarygodnie przerysowany.

Łykałem wszystko jak młody pelikan, rejestrując prosto do swej mózgownicy, jak leci każdy najmniejszy szczegół na ich temat, co rusz wertując z niemałym zapałem strony komiksu G.I. Joe czy też oglądając z rozdziawioną paszczęką filmy akcji z Chuckiem Norrisem lub Sho Kosugi w roli głównej. Na przełomie pamiętnych lat 80-90-tych wojownicy Ninja byli niemal wszędzie, jednak nikt się tego nie spodziewał, że wylądują również w  całej swej okazałości za wystawą kiosków Ruchu, pod postacią gumowych czy też plastikowych figurek polskiej produkcji, zwanych dzisiaj przez tzw ''znawców tematu'' plastikowym barachłem, które w moim osobistym odczuciu, wciąż wzbudza nie lada sentyment. Zanim natknąłem się na Wojowników Cienia w wyżej wspomnianych sentymentalno-polskich budach zwanych kioskami, po raz pierwszy moje czujne oczy szpiega z krainy Deszczowców, wypatrzyły ich gdzieś w 1992 roku w miejscowym sklepie spożywczym, upchniętych skrupulatnie w wielkim słoju razem z gumami Turbo oraz serią polskich figurek He-Man i Władcy Wszechświata. Każdą z figurek wojowników Ninja, dostępnych w czterech różnych wzorach, charakteryzowała dynamiczna poza oraz odmienność posiadanego wyposażenia w postaci katany, sai oraz kija. Figurki były odlewane z czarnej, białej lub też z rzadka przeziernej gumy, nieznacznie barwione farbkami, bądź też w ogóle, aczkolwiek co by tu nie mówić radowały moje oczy pod każdą możliwą postacią, ciesząc się moim zainteresowaniem przez bardzo długie lata! 


Niedługo potem natknąłem się u kolegi z bloku obok na zupełnie inną serię, aczkolwiek również interesującą w postaci plastikowych wojowników Ninja z podstawkami na modłę klasycznych żołnierzyków, tym razem chińskiej produkcji, ładnie zapakowanych w woreczek z etykietką pt. ''Master of Ninja''. Figurki podzielone były na tzw. ''złych i dobrych'' czyli czarne i białe barwy, charakteryzując się przy tym szeroką gamą wzorów i dynamiczną pozą każdej z nich. 




Po gumowo-plastikowych osobliwościach działu dziecięcego, oczywiście przyszła również kolej na filmy akcji, gdzie produkcje takie jak ''Ninja 2: Zemsta Ninja'', ''Prośba o Śmierć'' czy ''Ośmiokąt'' bezsprzecznie równały się dla mnie wówczas z synonimem dobrego filmu spod szyldu ninjutsu. Wirtualny świat gier komputerowych również nie pozostawał w tyle jeśli chodzi o tą mistyczną dziedzinę, ukazując mi wojowników cienia w tak słynnych seriach jak ''Last Ninja'' na komputer Commodore 64 czy też ''Ninja Ryukenden'' na konsolę Pegasus, ale to już moi kochani, historia na zupełnie inną okazję...



Ninja od zawsze stanowili dla mnie magiczne słowo, klucz który otwiera bramy mego umysłu, serca oraz duszy. Podziwiałem ich z nieopisanym zachwytem w filmach, komiksach oraz grach video, czytając o nich książki i słuchając pilnie każdej nowej wiadomości, jaką na ich temat zdołałem tylko usłyszeć. Nigdy nie zapomnę jak na koloniach zamaskowany skryłem się w szafie pokoju dziewczyn, czekając tak długo, aż wrócą bym mógł je podstępnie nastraszyć, raptownie wyskakując z szaleńczym okrzykiem ''hajaa!'' na ustach, co też mi się z resztą bezapelacyjnie udało, dostając na wychodne od koleżanek, nieopisane wyzwiska. Tak, każdy ma jakiegoś bzika, mam i ja, a moim są Ninja i nie ma dnia żebym nie myślał o tych średniowiecznych komandosach kraju kwitnącej wiśni. Byli ze mną przez całe moje dzieciństwo, są i nadal, wspierając mnie w duchowych decyzjach i walce o przetrwanie w tym szalonym świecie. Bo każdy z nas potrzebuje w życiu jakiegoś przewodnika.
A wy jak wspominacie wojowników cienia barwnie promowanych przez mass-media lat minionych? :) 

Część mojej skromnej kolekcji gier video o Ninja :)


''Zbudź pszczołę, a zwróci się ona przeciw Tobie z siłą smoka''

Dobrego dnia!

Keeper


niedziela, 16 lutego 2020

KICK MASTER 

Czyli 8-bitowy Mistrz Kopniaków konsoli Pegasus! :)






Z pewnością znajdą się pośród was miłośnicy gier klasycznych mordo-klepów, turniejowych walk czy też potocznie zwanych, bijatyk chodzonych, gdzie w ciemnych zaułkach wielkich metropolii, często-gęsto obijaliśmy z zapałem rozmaitych gałganów tudzież ananasów, co rusz wymieniając w rytmie wrażeń i emocji, popękane joye lub pady naszych komputerów czy też telewizyjnych gier video. A gdyby tak zrównać mistyczną kategorię sztuki kopanej z gatunkiem rasowego fantasy, które klarownie objawiając się nam w wirtualnym świecie Pegasusa, pod postacią tak zacnych produkcji jak Castlevania, Holy Diver czy też Faxanadu, mogłoby przeobrazić się w jedno i niepowtarzalne, w całej swej okazałości unikatowe combo? Bądź co bądź, w latach 90-tych pasjonaci konsoli Pegasus, nie musieli jednak długo czekać by ten oto zamysł ujrzał światło dzienne, bowiem pośród bazarowych stoisk wypełnionych zazwyczaj elektronicznym szajso-badziewiem z dalekiego wchodu, nagle zaczęła krążyć owiana legendą gra, pt. ''Kick Master''.

Z produkcją zetknąłem się gdzieś po 1994 roku, kiedy to buszując na ruskim stoisku, po brzegi wypełnionym grami Pegasus, natrafiłem na dość osobliwą dyskietkę opisaną jako ''Kick Master'', prezentującą krzykliwie na etykiecie filmową Maskę z Jimem Carreyem w roli głównej. Nie zastanawiając się ani minuty dłużej, od razu chapnąłem ten oto zjawiskowy kartridż, mając dokumentną nadzieję na rozrywkę w 8-bitach ze szczerzącym zębiska bohaterem. Jednak wyobraźcie sobie jakie było moje wielkie rozczarowanie gdy zamiast odzianego w żółty garnitur zielono-twarzowca z wielkim młotem, na ekranie ukazało mi się zgoła zupełnie coś innego niż oczekiwałem. Mimo całej tej farsy związanej z bazarowo-pegasusowym ''jajkiem-niespodzianką'', jako wielki fan wszelkich potworów, bestii tudzież wojowników, niemal natychmiast podłapałem klimat gry, która zabrała mnie w daleką podróż poprzez mroczny świat fantasy, zamieszkany przez z piekła rodem maszkarony, jędrne frele i nieznających strachu mężnych wojów! 

Fabuła gry rozpoczyna się z chwilą ataku złowrogiej czarownicy Belzed na spokojne królestwo Lowrel, która przy pomocy czarnej magii oraz swych demonicznych siepaczy, zamierza podbić i zniewolić cały świat, siejąc gdzie popadnie mrok, chaos i zniszczenie. Podczas ataku, sztandarowy zamek zostaje doszczętnie spalony, a królewska para zamordowana. Z życiem uchodzi jedynie ich córka, księżniczka Silphee, która niedługo po tym, sama zostaje uprowadzona przez jedną ze skrzydlatych bestii Belzed. Ze zgliszczy zamku, usianych gęsto ciałami bohaterskich wojowników, wydostaje się tylko dwoje śmiałków, rycerz Macren wraz ze swoim młodszym bratem Thonolanem. Dwaj bracia niemal natychmiast ruszają na ratunek księżniczce, jednak drogę szybko zagradza im armia zdegenerowanych bestii na usługach nikczemnej wiedźmy. Podczas walki, śmiertelnie zostaje ugodzony Macren, który w ostatnich tchnieniach swego życia, prosi swojego młodszego brata aby pomścił jego śmierć i uratował Silphee. Thonolan, jako mistrz magii oraz sztuk walki, specjalizujący się szerokim wachlarzem umiejętnych kopniaków, znany również w szeregach wrogów jako Kick Master, nie mając już nic do stracenia, wyrusza na spotkanie swego przeznaczenia, po krwawą zemstę i ratunek białogłowej. 


Myślę, że Kick Master to tytuł w całej swej okazałości, absolutnie niebanalny, bowiem na pierwszy rzut oka, może i mamy tutaj do czynienia z klasyczną platformówką fantasy, wręcz na modłę kultowej Castlevanii, jednak im dłużej zagrywaliśmy się, pchając naszego bohatera w ogień bitwy, tym co raz mocniej nasilały nam się zupełnie nowe rozmaitości, często gęsto w postaci akcentów, szczególnie bliskim grom RPG, które będąc bardzo rzadko spotykane w świecie gier platformowych, czyniły tą produkcję pośród tego gatunku wielce unikatową.

Nasz bohater z biegiem postępowania rozgrywki, zdobywał kolejne punkty doświadczenia, pozyskując w ten sposób co następny level nowe umiejętności walki, potrzebną do rzucania czarów, większą ilość punktów many oraz znacznie przedłużony pasek życiowej energii, co czyniło go przeciwnikiem godnym nawet najgroźniejszych siepaczy w całej grze. Jednak na tym się urozmaicenia tej wyjątkowej, jak widać produkcji, nie kończyły, bowiem pokonując na swej drodze różnorodne monstra, zdobywaliśmy losowe przedmioty, które mogły naszą postać zarówno rozwijać, leczyć, jak i też ranić. Podczas wędrówki, nasz bohater mógł się również zaopatrzyć w obszerną bibliotekę czarów, znajdując podczas wędrówki porzucone skrzynie bądź też pokonując specjalnych przeciwników.  Warto też nadmienić miły dla świadomości gracza fakt w postaci wbudowanego w program systemu passwordów, które odblokowane pod koniec każdego z etapów gry, pozwalały w pełni spokoju ducha, zawsze i wszędzie powrócić do ostatnio rozgrywanej lokacji, co rusz serwującej nam bez mała, a jakże solidnego łupnia.
Za produkcje tego, a i owszem zaskakująco dobrego tytułu, odpowiedzialna była japońska firma TAITO, znana w latach 70-tych z dużo prostszych w budowie, aczkolwiek mocno kultowych dzisiaj już gier w postaci Space Invaders, Bubble Bobble, Arkanoid czy Elevator Action, jak i też, cofając się w czasie jeszcze wcześniej, z importu znakomitej wódki! :)) Myślę, że należą się tutaj bezapelacyjnie duże brawa dla programistów TAITO, bo chociaż pałając się dawniej kunsztem prostolinijnych gier salonowych arcadówek, wkraczając z niemałym impetem w lata 90-te, potrafili wykrzesać zupełnie nowy styl swoich produkcji, stawiając kamień milowy w historii swojej firmy w postaci fenomenalnego tytułu, jakim bez wątpienia jest właśnie Kick Master.
Dla mnie już zawsze będzie to bezapelacyjnie, jeden z arcy-flagowych tytułów konsoli Pegasus, który w latach swej debiutanckiej znakomitości potrafił, wręcz aż do suchej nitki wycisnąć z siebie najlepsze soki, prezentując prawdziwy kunszt systemu, 8-bitowego szaleństwa gier Nintendo.
A wy jak wspominacie krucjatę Mistrza Kopniaków przeciwko złowrogim siłom czarownicy Belzed? ;)

Keeper :)


środa, 1 stycznia 2020

HAPPY NEW YEAR 2020!! :))





Mała edycja info z wczorajszego facebook'owego wpisu, co prawda wczoraj już nie zdążyłem tutaj ustawić życzeń, ale to co życzyłem ludziom tam, życzę też i tutaj, zatem wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2020 moi kochani!! :) 

Moi mili, oto i nadeszła długo wyczekiwana chwila! Już niebawem hucznie przywitamy, zupełnie zaskakujący Nowy Rok, więc z tej, a jakże wyjątkowo-niebywałej okazji chciałbym życzyć Wam oraz waszym bliskim, wspaniałego i udanego Sylwestra, jak i również przede wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku 2020! 🤗🥳🤩🤡🤠💥🌟💥 Dużo zdrowia, radości, moc uśmiechu, smacznej pizzy oraz permanentnego szczęścia dla nas wszystkich, przez cały nowy rok życzę!! 😊🤗 Jak widzicie, Mike już zdecydował co będzie robił w noc Sylwestrową, a jaki jest wasz wybór filmowych seansów na ten wyjątkowy wieczór?  🐢🍕🍟🌭🍔
Miłej zabawy i do zobaczenia w pełnym niespodzianek, fantastycznym nowym Roku! Niech nam się darzy!! 

Cowabunga!!! 🐢🐢🐢🐢

Keeper 



niedziela, 29 grudnia 2019

Home Alone 2: 

Czyli ''Kevin sam w Nowym Jorku'' w 8-bitach konsoli Pegasus! :) 




Święta, święta i po świętach, aczkolwiek idąc za ciosem świąteczno-urokliwych wspominek z początku lat 90-tych, dotyczących między innymi, tak bardzo ważnej dla mnie, jak i też myślę, dla wielu spośród was, konsoli Pegasus, chybcikiem nasunął mi się na myśl, a jakże jeszcze jeden z niewybrednych tytułów na tą, wielce znakomitą w całej swej okazałości, konsolę telewizyjną, będący zarazem, stricte podporządkowany magicznej nucie ducha Świąt Bożego Narodzenia. Z pewnością większość z was, zdążyło już zaliczyć za swojego żywota, więcej niz 100 czy 200 razy, świąteczno-kultowe produkcje, jakimi są bez najmniejszego cienia wątpliwości, ''Kevin sam w domu'' oraz ''Kevin sam w Nowym Jorku'', do tego stopnia, że racząc się tym znakomitym seansem w obecnym czasie, możemy zostać postawieni przed faktem skurczu żołądka, tudzież wyjechania świątecznego lunchu z naszych ust prosto na świeżo wytrzepany z kurzu dywan babci.

Niemniej, moi kochani, tym razem możecie się czuć, ależ jak najbardziej bezpieczni, bowiem tego roku pominę, zapewne ku waszej uciesze, grubszą paplanino-gawędę odnośnie tej, wręcz na potęgę uwielbianej przez wszystkich, filmowej serii Kevina Samego w Domu, biorąc zarazem na warsztat grę Pegasus, pt. ''Home Alone 2'', ściśle na podstawie świąteczno-telewizyjnego hitu jakim bez wątpienia jest, był i będzie, ''Kevin sam w Nowym Jorku''.
Z tytułem zetknąłem się gdzieś w okolicach 1992 roku, kiedy ponownie mój pełen mitów oraz łgarstwa, kolega z bloku obok, sprzedał mi historię, jak to zupełnie niebywałym sposobem, wszedł w posiadanie gry pt. ''Kevin 2'', która pod względem grafiki przypomina prawdziwy film akcji, pełen brawurowych pościgów tudzież ucieczek, a co więcej wszystko mając miejsce w nawiedzonym hotelu o opętanych walizkach, odkurzaczach i latających bezzębnych staruszkach. Oczywiście muszę wam lotem błyskawicy tutaj wszystko naprostować, bowiem sama gra, jak zapewne się domyślacie, miała klasyczną 8-bitową grafikę gier Nintendo, co też z filmową jakością nie miało absolutnie nic wspólnego. Wspomniany przez kolegę opętany hotel również nie miał racji bytu, aczkolwiek latające walizki czy też mordercze odkurzacze, często-gęsto objawiały się nam podczas rozgrywki, pod postacią, a jakże popisowej inwencji twórczej samych autorów gry, chętnie okraszających swoją produkcję nieco komiksowo-absurdalnym humorem.


Za popełnienie tej zbrodni w półświatku gier video, odpowiedzialna była firma THQ, która z okazji światowej premiery filmu Home Alone 2, wyrażała wielkie nadzieje wzbogacenia swojej kiesy, kosztem popularności kinowej produkcji. Jednak jak to rzadko w życiu bywa, aby gry na podstawie filmowych hitów były chociaż minimalnie trochę zjadliwe i tutaj się srogo nie zawiedliśmy, dostając, zapewne klepaną gdzieś w piwnicy na kolanie przez studentów pierwszego roku programowania, klasycznie słabą i wręcz, aż do szpiku kości niedopracowaną produkcję.

Chociaż ostatni etap rozgrywki, w którym mamy tą wyjątkową szansę wyrównać nasze rachunki ze słynną parą parchatych złodziejaszków, jest diablo-łatwy to ukończenia, to jednak sam początek gry sprawia wrażenie, wręcz dokumentnie srogiego zatwardzonka po całonocnej imprezie suto zakrapianej procentowym sokiem wyskokowym, tudzież wszelkiej barwy, maści i rodzaju, glutenowo-pysznym żarełkiem. Do jednego z minusów ''Home Alone 2'' z całą pewnością można też zaliczyć brak logicznego działania systemu gry, bowiem co poniektóre sposoby pokonywania przeszkód czasami działały sprawnie, a czasami wręcz na odwrót, zupełnie jakby z grubsza, nie mające żadnego sensu, reguły gry były wymyślane przez program na poczekaniu, wedle jakiegoś obłąkańczo-oszalałego algorytmu. Aczkolwiek, zawsze będąc uczciwym wobec nawet najbardziej siermiężnych tytułów ze świata gier video, muszę pochwalić wybitnie utalentowanych autorów tej osobliwej produkcji za całkiem niezły kunszt graficzny, zachowanie klimatu filmowego pierwowzoru oraz całkiem poczciwie prezentujące się między etapami gry, miłe dla oka cut-scenki, co w moim osobistym odczuciu, było w tym przypadku zawsze mile widziane! :)
Warto również odnotować znamienny fakt, że tytuł doczekał się także wielu reedycji na komputery PC oraz słynne domowe platformy konsol telewizyjnych, jak i przenośnych w postaci Segi Mega Drive, Game Boy Classic czy nawet Super Nintendo, charakteryzując się przy tym dużo przyjemniejszą dla oka grafiką oraz grywalnością.
Myślę, że Home Alone 2, pomimo paru drobnych wpadek, to dzisiaj już absolutnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych tytułów na konsolę Pegasus, który wciąż ciepło wspominany, zwłaszcza w okresie Świąt Bożego Narodzenia, idealnie wpasował się w całokształt wigilijnej otoczki, jako jeden z kulturalno-rozrywkowych symboli tego, a jakże wspaniałego okresu miłości i pojednania.
A wy jak wspominacie samotną krucjatę Kevina przeciwko dwóm oprychom od mokrej roboty? ;)



Dobrego dnia!

Keeper :)


niedziela, 8 grudnia 2019

Konsola Pegasus od Świętego Mikołaja :) Czyli grudniowe wspominki z nocy 6 grudnia 1991 roku! :)







Sięgając pamięcią, hen daleko w odmęt post-komunistycznej przeszłości wszystkich minionych lat, telewizyjne gry video już u zarania dziejów chwil naszego dorastania, stanowiły jeden z ważniejszych wyznaczników obszernej listy kompletu naszych zainteresowań, którymi mogliśmy, tyle o ile, cieszyć swe serducha pośród gęstych mgieł przemiany, przełomowych lat 90-tych. Chociaż obecnie z nowymi produkcjami jestem już kompletnie na bakier, zarazem czując się przy tym niczym ostatni dinozaur, żeby nie powiedzieć zmurszały piernik, to jednak często-gęsto, jak też bardzo chętnie, wracam myślami do wielu kultowych telewizyjnych wynalazków branży gier video, przy których miałem to wyjątkowe szczęście dorastać. Mój pierwszy kontakt z domową konsolą telewizyjną, objawił się pod postacią Atari 2600, której szczęśliwym posiadaczem był wówczas mój kolega z bloku obok, który też chętnie zapraszał mnie do siebie, racząc szklanką solonych paluszków, butelką cytrusowego Krzysia oraz partyjką gier video, które jak też sam kłamliwie twierdził, były wówczas absolutną nowością, której nikt jeszcze nigdy nie widział! Chociaż te pełne kolorytu, niesamowicie zjawiskowe tytuły spod szyldu Atari, wzbudzały u mnie nie lada emocje, to jednak w głębi serca, wciąż nieustannie marzyłem o grach Nintendo, które z wielką uwagą, raz po raz, wypatrywałem podczas emisji reklam na niemieckich stacjach telewizyjnych, takich jak niezrównane RTL2 czy też Pro7.

 
Nie musiałem jednak długo czekać, aby ziściły się moje najskrytsze marzenia, bowiem już w 1991 roku, nocą 6 grudnia Święty Mikołaj, podarował mi zupełnie nowiutką, jak też bardzo popularną wówczas konsolę Pegasus MT-777DX, która dumnie prezentując na obszernym pudle, screeny fenomenalnych gier, wspaniałomyślnie zaaplikowała mi radość w sercu na bardzo długie lata. Do dnia dzisiejszego wspominam, tą pełną magii, niezapomnianą noc, podczas której wspólnie z całą rodziną zasiedliśmy przed telewizorem, aby podłączyć po raz pierwszy konsolę, która oferowała tak upragnione przez zemnie gry marki Nintendo. Dzięki dołączonej do zestawu składance z grami, arcy-kultowej już dzisiaj dyskietki ''168 in 1'', na szklanym ekranie naszego telewizora pojawiały się kolejno odlicz, tak zacne tytuły jak Contra, Pinball, Tetris, Popeye, Galaga, Galaxian, F1 Race, Akranoid, Donkey Kong czy Ice Climber. Aczkolwiek, spośród tej długiej i imponującej listy, najmocniej do mojego serca trafiła jednak gra pt. ''Super Mario Bros'', której uniwersum, zaczynając od tej pamiętnej, grudniowej nocy, zawróciło mi w głowie na całe moje życie! Trzeba koniecznie tutaj nadmienić również fakt, upchnięcia w mikołajowej paczce, elektronicznej spluwy ''Light Gun'' firmy Casel, która stricte kompatybilna z konsolą Pegasus, znacząco urozmaicała całokształt zabawy, kładąc trupem wirtualnych kowbojów, tudzież oszalałe kaczki czy tez obleśnych uliczników, oznaczonych na obszernej liście gier, jako Wild Gunman, Hogan's Alley oraz Duck Hunt. Niedługo po tym, za sprawą mojej ukochanej siostry, wszedłem również w posiadanie serii gier video na podstawie Wojowniczych Żółwi Ninja, co też w całej okazałości, aż do suchej nitki, podniosło w mym odczuciu konsolę Pegasus do rangi, a jakże wielowymiarowej rozrywki, niemającej sobie równych!


Warto wspomnieć, że ta, niezwykle zjawiskowa konsola trafiła na polski rynek, za sprawą polskiego biznesmena, pana Marka Jutkiewicza, który początkowo handlując posrebrzanymi paciorkami oraz spodniami z Tajlandii, podpatrzył na dalekim wschodzie dobrze prosperujący biznes, w postaci podróbek konsol telewizyjnych Nintendo, które w owym czasie stawały się niezwykle popularne w wielu krajach bloku wschodniego, gdzie też, jakże by inaczej, główny prym, między innymi wiodła Rosja, oferując swoją siermiężną konsolę ''Dendy'' z logiem sympatycznego słonika w tle. Nie tracąc ani chwili dłużej, pan Marek Jutkiewicz w kooperacji z kolegą po fachu, Dariuszem Wojdygą, powołując do życia, kultową już dzisiaj, spółkę BobMark, w 1991 roku sprowadzili do Polski pierwszy kontener z podjebkami konsoli Nintendo Famicom, której nadali własne logo pod magicznym mianem ''Pegasus''. Konsola jeszcze w tym samym roku, zapełniając zwykle puste półki sklepów elektronicznych, tudzież zasypane śniegiem, obskurne stoiska miejscowych bazarów, stała się wymarzonym prezentem pod choinkę wielu polskich dzieciaków, a jej popularność świeciła bezapelacyjnym triumfem jeszcze przez wiele dobrych lat, powiększając ofertę BobMarku o nowe modele Pegasusa oraz 16 i 32-bitowe konsole SEGA. Chociaż Pegasus na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, przechodził diametralne zmiany pod względem formy, budowy oraz charakteru, powoli zostając zastąpiony przez dużo gorszej jakości chińskie klony 8-bitowego szaleństwa, to jednak nadal potrafi cieszyć nowe pokolenia jak i też, bez mała starych wyjadaczy, dokładnie tak samo jak w dniach swej sukcesywnej premiery. Po dziś dzień, rzesza fanów, nie pozwala odejść tej konsoli w zapomnienie, nadal pielęgnując jej pamięć w dobie konsol nowej generacji, powoli zjadających swój własny ogon, tracąc blask przy urokach 8-bitowego Pegasusa, przy którym wychowywało się całe polskie pokolenie. 


W tamtym, a jakże zaskakująco-radosnym momencie, nie mogłem wymarzyć sobie lepszego prezentu w magiczną noc wędrówki, brodatego dobrodzieja, niosącego poprzez śnieżne zamiecie, radość dzieciom na całym świecie! :) Co więcej, było to dla mnie wydarzenie, wręcz na skalę światową, bowiem w chwili obecnej, nawet zamaszyście drapiąc się po głowie, nie jestem w stanie sobie przypomnieć żadnego z prezentów nastoletnich czasów, aczkolwiek o magicznym podarunku konsoli Pegasus w tą czarodziejską, grudniową noc 1991 roku, będę pamiętał już do końca mego życia! 

A wy jak wspominacie moc świątecznej magii telewizyjnej konsoli Pegasus? :)



Dobrego dnia!

Keeper :-)