niedziela, 7 czerwca 2020

DOOM II (1994) - Czyli polowanie na robale komputerowego świata lat 90-tych :)





Za rogiem ponurego korytarza mój czujny słuch górskiego lamparta, wychwycił wrogie warknięcia i pomruki dochodzące gdzieś z najciemniejszej głębi tego pozbawionego żywej duszy, wojskowego kompleksu. Idą po mnie! Pomyślałem przeładowując broń, aczkolwiek tylko w mojej wyobraźni, bowiem w 1994 roku systemy gier FPS jeszcze nie dysponowały aż tak wysublimowanym kunsztem technicznym oraz polotem jak obecnie. Zanim wypiłem bodajże łyk czarnej herbaty, rozjaśniającej myślenie i poprawiłem palce na klawiaturze, zza winkla raptownie wyskoczyła na mnie pierońska banda maszkaronów, potencjalnie z piekła rodem!

Ta groteskowa abominacja wszystkiego co do tej pory znałem, najwyraźniej nie miała zamiaru pierdzielić się w tańcu. Zombie-marines, uzbrojone w ciężkie spluwy oraz demoniczne Impy plujące ognistymi kulami, wiodły główny prym w tej imprezie lotu nad kukułczym gniazdem. Niemal natychmiast poczęstowałem delikwentów ołowiem z mojej, jak zwykle z resztą niezawodnej dwu-rurki, co też błyskawicznie sprowadziło każdego z nich do parteru, bez zadawania zbędnych pytań. Aczkolwiek pośród jęku agonii konających bestii usłyszałem coś jeszcze! Odgłos stąpania mechanicznego kopyta był coraz bliżej, powodując bez mała nawet drganie herbaty stojącej na biurku, tuż przed moim nosem. Nie dało się tego ukryć, nawet przed samym sobą. Zimny pot zrosił moje czoło. W moją stronę kroczył z wolna, nie kto inny jak sam Cyber-Demon, główny sponsor tej potańcówki.


- Przybyłem by was zabić! - Rzuciłem przed siebie dziarsko.
- Przybył by nas zabić! - Poskarżyły się na wpół-żywe demony.
- %#@*&!$##!!! - Zaryczał bez kitu rozwścieczony Cyber-Demon.

Tak właśnie i nie inaczej, rozpoczęła się moja pierwsza przygoda z grą stricte komputerową pt. DOOM II, ogrywając ją w 1994 roku na jakimś randomowym zapisie stanu gry mojego starszego kuzyna. Kto rok wcześniej szczęśliwie raczył się rozgrywką pierwszego DOOM'a, również wyprodukowanego za sprawą niezłomnego ID Software, wiedział, że teraz może być tylko i wyłącznie lepiej!

Tym razem nasz osławiony, bezimienny marines, wszechstronnie znany w półświatku fanów gier komputerowych jako ''Koleś z Dooma'', po wykopaniu krwiożerczych obcych z orbity Marsa, powracając szczęśliwie na Ziemię, ochoczo rozmyślał o zaszczytach oraz chwale w blasku fleszy aparatów! Aczkolwiek lotem błyskawicy dotarł również do niego druzgocący fakt, że coś tu jednak podziało się nie tak jak trzeba, bowiem jak okiem sięgnąć, ziemski krajobraz przeistoczył się nagle w jedno wielkie gruzowisko. No i klops! Zdjęcie na nowej okładce TIMES'a oraz kolacja przy świecach z jedną z top-modelek raczej też będą musiały zaczekać. Nie inaczej, bowiem przybyłe z innego wymiaru demony wraz z galaktycznymi najeźdźcami, ponownie zjednoczyły się w zbrodni, by tym razem najechać i splądrować całe ziemskie uniwersum. Koleś z Doom'a.. ekhm, tzn. nasz dzielny marines, nie czekając aż Ziemia zostanie doszczętnie zniszczona, powtórnie więc chwyta za ciężką artylerię i bierze sprawy w swoje ręce. Tym razem jego głównym celem staje się statek obcych, który postanawia wykraść by wraz z grupą ocalałych ziemian poszukać nowego miejsca do odbudowania zniszczonej przez obcych cywilizacji.


DOOM II, pomimo wielu zalet, wybitnie nie wyróżniał się zbytnio od swego poprzednika, nadal mieliśmy ten sam system rozgrywki wałęsania się po klaustrofobicznych korytarzach, zbierania kolorowych kluczy z punktu A do punku B i łojenie przy tym  tyłków wrogim maszkarom. Nasz bohater tym razem został jednak wyposażony w nową broń, w postaci kultowego już dzisiaj obrzyna, znanego w grze jako ''Super Shotgun'', który pobierając z magazynku dwa naboje jednocześnie, kosił wszystko na swojej drodze z podwójną mocą. Wspominając o maszkarach, bezimienny żołnierz piechoty morskiej tym razem będzie musiał się zmierzyć z podwójna porcją mięsa do bicia, bowiem twórcy gry postawili wprowadzić do rozgrywki bogaty wachlarz dodatkowych potworów, które całkiem zgrabnie się wkomponowały w całokształt całego uniwersum.

Chłopcy z ferajny :))

Warto wspomnieć, że produkcja doczekała się również wielu zaskakujących reedycji. Zaczynając klasycznie od PC MS-DOS'a, seria DOOM zaliczyła również na przestrzeni dziesiątków lat takie platformy jak Mac OS, SNES, PlayStation, Sega Saturn, Game Boy Advance, Xbox 360 a nawet Playstation 3 oraz Nintendo Switch!
To co najmocniej zapamiętałem z całej serii to nie tylko hordy inspirujących mnie przeciwników czy diablo-mroczny klimat towarzyszący nam na każdym kroku rozgrywki, ale również niesamowicie-fenomenalna ścieżka dźwiękowa, która przeskakując z platformy na platformę, wyróżniała się unikatowym stylem, bądź też całkowicie nową aranżacją, bujając się często-gęsto pomiędzy elektronicznym Thrash Metalem, a klimatycznym Ambientem.
DOOM II to absolutnie jeden z pierwszych FPS'ów z którymi miałem do czynienia już za małolata, a ogrywając go permanentnie w kółko, próbowałem swoich sił na każdym dostępnym poziomie trudności. Na przestrzeni lat bez mała wielce zachłyśnięty tą fenomenalną produkcją, miałem również wyjątkowe szczęście poznać inne twory tego soczystego w każdym cały gatunku gier ''strzelanin doomo-podobnych'' w których skład wchodziły tak gorące tytuły jak Duke Nukem, Hexen, Heretic, Blood, Quake czy nawet Alien Trilogy.

''I must kill the demons!''
Pomimo tego całego morza owocnych FPS'ów dostępnych na polskim rynku, reklamowanych na szeroką skalę w każdym czasopiśmie poświęconym grom komputerowym, wciąż jednak myślami wracałem do starej, aczkolwiek jarej, serii DOOM, szukając cały czas okazji, żeby powtórnie zapolować na robale pośród mrocznych korytarzy marsjańskiej bazy czy też opuszczonych wojskowych hangarów. Ponownie więc przeładowałem rozgrzaną całodobowym prażeniem śrutówkę, słysząc dobiegające gdzieś z oddali groźne powarkiwanie demonów i stukot mechanicznych odnóży. Otworzyłem więc najbliższe wrota jednym z magnetycznych kluczy, po czym pewnym krokiem wkroczyłem w ciemność, pozwalając ponieść się kolejnej fali niebezpiecznych przygód wirtualnego świata grozy, jaki niósł ze sobą DOOM..
A wy jak wspominacie swoją pierwszą misję żołnierza piechoty morskiej przeciwko piekielnym agresorom galaktycznych rubieży?



Dobrego dnia! :)

Keeper

niedziela, 17 maja 2020

MOJE KOMIKSOWE PHOTO-STORY ''STAR WARS'' I OSTATNIE BOOTLEGOWE NABYTKI :)





Jako, że ostatnio postanowiłem z deka trochę odpocząć od moich kolosalnych tekstów związanych z magicznymi wspomnieniami rozrywki lat naszego dzieciństwa, postanowiłem popstrykać trochę klimatycznych fotek gumowym figurkom z mojej przepastnej kolekcji osobliwości lat PRL-u. Podczas tego wielce ekscytującego zajęcia, ni z gruchy, ni z pietruchy, zaświtał nagle w mej makówce pewien infantylny pomysł sklecenia z nowo-powstałych fotografii, planszy komiksowej okraszonej humorem na miarę lat 90-tych. Mało kto dziś pamięta, że jeszcze na początku lat 2000 bardzo modne były w sieci tzw. ''Photo Story'', czyli pełne kosmatego humoru plansze komiksowe tworzone przy pomocy zdjęć rozmaitych zabawek, figurek, lalek czy nawet klocków LEGO. Z pewnością w sieci nie raz i dwa, natknęliście się na pozostałości tej nietuzinkowej sztuki, gdzie główny prym wiodły zabawne historyjki z uniwersum Wojowniczych Żółwi Ninja czy Super Hero Marvela. Do stworzenia własnej planszy komiksowej zainspirował mnie nie inaczej jak ten oto zjawiskowy blog, kolekcjonerki z prawdziwego zdarzenia, Eweliny znanej w półświatku organizacji komiksowo-bootlegowej jako Komixiara vel Evil-Lynn, czołowa przywódczyni Gwiezdnego Patrolu, ajatollaha rock'n rolla! -> http://kolekcjafigurek.blogspot.com/ gdzie oprócz swawolnych opisów gumowych zabawek z odmętów PRL-u, jak i również przydatnych poradników na temat figurek w skali 1/6, możecie się również natknąć właśnie na takie komiksowe paski. Zachęcam wszystkich, do tworzenia własnych komiksów w takim oto guście, by ta paskowo-planszowa tradycja kolekcjonerów figurek z całego świata, nigdy nie zaginęła w odmętach czasu oraz internetu ;) Przy okazji pisania tego tekstu, bezczelnie się pochwalę również moimi ostatnimi nabytkami w postaci polskiej produkcji unikatowych już dzisiaj, gumowych podjebek takich serii jak Muppety, Star Wars czy nawet Wojownicze Żółwie Ninja.

Attack of the Polish bootlegs! :))

Gumowy pamperek Darth Vader, jako dzieło Elektrospółdzielni z Gdyni to obecnie arcy-rzadka już zdobycz, zwłaszcza z upaćkanym na czerwono świetlnym mieczem, który tak dumnie dzierży w łapie. Aczkolwiek nasz czołowy ulubieniec, rezolutny Mikey, chociaż pochodzi z dużo bardziej dostępnej serii polskich bootlegów, również całkiem nieźle się tutaj broni trzeba przyznać! Unikatowy kolorek bandany o słoneczno-żółtej barwie to w żadnym bądź razie nie w kij dmuchał, co w jego przypadku paint-deco tych elementów przeważnie występowało w gustownej pomarańczowo-soczystej barwie. Wkraczając na temat PRL-owskich pokrako-ulepków takich jak Muppety, możemy dostrzec odrobinę finezji polskich ''artystów', którzy zapewne klepali na kolanie te bidulki gdzieś po obskurnych, hutniczych kanciapach, tudzież komórkach (bynajmniej nie telefonicznych). Żaba Kermit, panna Piggy oraz miś Fozzie, chociaż od dziś będą straszyć ludzi swym opętańczym spojrzeniem prosto z mojego regału, to jednak w latach naszego dzieciństwa nikomu nie przeszkadzał ich pełen obfitej groteski image, ciesząc każdego z nas swym nieodpartym urokiem i kolorytem barw.



Zatem moi kochani, zapraszam wszystkich dzisiaj gorąco do przykrótkiej lektury, a jakże debiutanckiej planszy mojego autorstwa, komiksowej z serii Photo-Story! Niech Moc PRL-owskiej gumy będzie z nami!


P.S. Komiks w oryginalnej rozdzielczości dostępny jest tutaj ->

 https://www.fotosik.pl/zdjecie/pelne/322212972b7307c0

Dobrego dnia!

Keeper :)

niedziela, 19 kwietnia 2020

SMERFY

Czyli niebiescy przyjaciele naszego dzieciństwa! :)




Dawno, dawno temu, za górami-dolinami, jak to zwykle w bajkach bywa, o krok wioski leżał las, nieco dalej mroczne bagna, gdzie złą sławę ponury zamek miejsce ma i jak już się domyślacie, tam gdzie pląsa zły czarownik, który często-gęsto rzecze tak - ''Achh! Jak ja nie cierpię tych Smerfów''! - Gorzko wykrzyczał ku niebiosom Gargamel, drąc ostatki włosia z głowy. Aczkolwiek będąc dziećmi zgoła absolutnie inaczej podchodziliśmy do tematu naszych zabarwionych na niebiesko przyjaciół, niż złowrogi czarownik Garguś, co rusz dławiący się własną śliną, jadem i zgryzotą, zapewne też po dzień dzisiejszy, jeśli nadal dycha gdzieś w alternatywnym świecie. Większość pośród was, którzy tak jak ja należą do tego z grubsza, mocno wymarłego już gatunku, z pewnością doskonale pamięta jak na przełomie lat 80-90-tych telewizja polska ku pomocy swojej mocy, próbowała barwić nasz ówczesny szary świat ogromem fenomenalnych animowanych bajek, ochoczo generowanych przez rodzimy Semafor, jak i liczne zagraniczne studia filmowe zachodu oraz wschodu. Co prawda nie był  to jeszcze czas dla moich ukochanych Wojowniczych Żółwi Ninja, aby zawitały na ekranach polskiej telewizji, aczkolwiek pośród szerokiej gamy dostępnego wówczas repertuaru, każdy z nas mógł wybrać dla siebie coś równie odpowiedniego. Poprzez Wodnika Szuwarka, Reksia, Rumcajsa Rozbójnika, Przygód kilka wróbla Ćwirka, Pszczółkę Maję, płaczka Misia Koralgola, umaszczone tęczą Wuzzle, Kacze Opowieści czy nawet wspaniałego w całej swej okazałości He-mana i Władców Wszechświata, wyłonił się jednak jeszcze jeden serial animowany, tym razem belgijsko-amerykańskiej produkcji pt. ''Smerfy'', który co by tu nie mówić, rzucił na kolana większość post-komunistycznego pokolenia.


Smerfy swój rozśpiewany i pełen chichotu debiut na ekranach polskich telewizorów, rozpoczęły już w 1987 roku za sprawą, nieocienionego jak zwykle wówczas TVP1, które nieprzerwanie emitowało serial aż do 1999 roku, udostępniając dzięki wciąż rosnącej popularności, kolejną emisję ponownie w 2005 roku. Serial pierwotnie został wyprodukowany w 1981 na podstawie popularnej belgijskiej serii komiksowej ''Les Schtroumpfs'' autorstwa nieocenionego mistrza Peyo, który w kooperacji z amerykańskim studiem Hanna-Barbera, postanowił przenieść naszych niebieskich przyjemniaczków na ekrany TV, co zakończyło się też bezapelacyjnym sukcesem na światową skalę, pozyskując rzeszę wiernych fanów, po dziś dzień. Akcja serialu rozgrywa się gdzieś w bliżej nieokreślonych mrokach średniowiecza, opowiadając o przygodach malutkich niczym skrzaty, niebieskoskórych stworków, mieszkających w ukrytej pośród gęstwin lasu, równie niewielkiej wiosce. Żyjące w zgodzie z naturą, uczynne i miłujące pokój Smerfy, cały czas jednak muszą się mieć na baczności przed groźbą ze strony złego czarnoksiężnika Gargamela, który wraz ze swoim kotem Klakierem, od niepamiętnych czasów bezskutecznie poluje na Smerfy, chcąc przyrządzić z nich zupę oraz zamienić w złoto, wykorzystując magiczne właściwości tych stworzeń. Za sprawą Papy Smerfa, przywódcy oraz mentora wszystkich Smerfów, pałającego się również magią i alchemią, zły Gargamel zwykle wpada w srogie tarapaty, by Smerfy mogły dalej się cieszyć dostatnim i uczciwym życiem pełnym wesołych perypetii. 
Oprócz telewizyjnego serialu oraz fenomenalnej serii komiksowej, która w 1991 roku znalazła
Kto czytał za dzieciaka łapka w górę! :)
również swoje stałe miejsce w naszym rodzimym kiosku Ruchu, Smerfy zadebiutowały również w świecie gier video, bawiąc wszystkich pośród tak znamiennych konsol jak Atari 2600, NES, Game Boy classic, Super Nintendo, a także Sega Mega Drive czy  Sony Playstation.
Duże brawa należą się również dla niemieckiej firmy Schleich która już od 1965 roku mocno pochłonięta byłą produkcją kolekcjonerskich figurek Smerfów, tworząc cały czas bez ustanku zupełnie nowe serie, pod każdą maścią i postacią, aż do dnia dzisiejszego. Oczywiście musiałby się zdarzyć cud, żeby nie podchwycili tego tematu również polscy producenci lewych zabawek, klepiąc w piwnicach własne podjebki niebieskoskórych stworków, co prawda dużo brzydszych i tańszych w wykonaniu od niemieckich oryginałów, ale zawsze miło
wspominanych! :)

Figurki Smerfów pochodzące z mojej kolekcji :)

Figurki i gry video czyli moje Smerfowe szaleństwo!! :))

Smerfy to dla mnie jedna z ważniejszych serii mojego dzieciństwa, która na tle licznych opowieści o krasnoludkach i skrzatach wyróżniała się dość niesztampowym pomysłem, bawiąc mnie z ekranu telewizora barwną animacją i ogromem nieszablonowych postaci, których, zarówno po dobrej, jak i tej złej stronie, nie dało się nie lubić. Nie inaczej, był to wówczas serial dla którego nawet całe osiedle, jak na komendę przerywało ogrom podwórkowych zabaw, ciesząc się wspólną emisją, tak wyczekiwanej od rana wieczorynki. Smerfy zachwycały oraz cieszyły, zarówno dzieci, jak i dorosłych, co dowodzi wręcz o wspaniałości tego serialu oraz jego potężnej sile przebicia, wpadającej z rozmachem prosto do ludzkich serc. Bo chyba każdy z nas marzył chociaż przez chwilę, by znaleźć się pośród magicznej wioski Smerfów..
A wy jak wspominacie swoją pierwszą przygodę z niebieskimi bohaterami waszego dzieciństwa? :)



Smerfnego dnia!

Keeper :)

niedziela, 12 kwietnia 2020





Życzenia Wielkanocne! :)




Moi kochani, z okazji świąt Wielkanocy życzę wam wszystkim spędzenia tego czasu w miłej rodzinnej i spokojnej atmosferze, zwłaszcza bez strachu i wszechobecnych zmartwień, by razem z bliskimi oraz przyjaciółmi cieszyć się tym wyjątkowym dniem w promieniach uroczej wiosny! :) Wysyłam również wam w ten czas niefortunnej sytuacji, obejmującej całe nasze wolne uniwersum, dużo siły, odwagi oraz wszechpotężnej mocy, by pomogły wam przegnać rodzące się negatywne myśli oraz przezwyciężyć wszelkie zło! Na potęgę Posępnego Czerepu!! Mocy przybywaj!! :)



Dobrego dnia! :)

Keeper





niedziela, 22 marca 2020



WOJOWNICY NINJA W KIOSKOWYM WYDANIU.

   CZYLI KAŻDY MA JAKIEGOŚ BZIKA! :)




W latach mojej zwariowanej, aczkolwiek często-gęsto mile wspominanej wczesnej młodości, wielokrotnie spotykałem wśród moich zacnych rówieśników lub też plus-minus u młodszych czy też starszych dzieciaków przeróżne zajawki, zainteresowania tudzież hobby, a wszystko jakby pod dyktando słynnej wówczas telewizyjnej piosenki ''Każdy ma jakiegoś bzika''. Jak sugerowała nam owa telerankowa nuta, bzika miałem, więc i ja, a do tego niejednego, szalejąc gdzieś na przemian pomiędzy Zamkiem Posępnego Czerepu, nowojorskimi kanałami pełnych Wojowniczych Mutantów czy też na linii frontu G.I. Joe, kopiąc gadzie tyłki oprychom Cobry. Jednak co najważniejsze, moja największa dziecięca miłość, jaką były bezapelacyjnie od pradziejów Wojownicze Żółwie Ninja, wzmocniła również moje ogromne zainteresowanie tematyką mistycznej sztuki ninjutsu, która już w owym czasie mocno promowana była pośród wspaniałości kultury rozrywkowej, często-gęsto pod postacią gier video, komiksów oraz filmów akcji dostępnych na kasetach VHS. Wówczas nie posiadając jeszcze w tej dziedzinie fachowej lektury pod ręką, nie miałem zielonego pojęcia, że obraz wojowników Ninja tak chętnie sprzedawany na szeroką skalę przez zagraniczne mass-media był, wręcz aż do suchej nitki, niewiarygodnie przerysowany.

Łykałem wszystko jak młody pelikan, rejestrując prosto do swej mózgownicy, jak leci każdy najmniejszy szczegół na ich temat, co rusz wertując z niemałym zapałem strony komiksu G.I. Joe czy też oglądając z rozdziawioną paszczęką filmy akcji z Chuckiem Norrisem lub Sho Kosugi w roli głównej. Na przełomie pamiętnych lat 80-90-tych wojownicy Ninja byli niemal wszędzie, jednak nikt się tego nie spodziewał, że wylądują również w  całej swej okazałości za wystawą kiosków Ruchu, pod postacią gumowych czy też plastikowych figurek polskiej produkcji, zwanych dzisiaj przez tzw ''znawców tematu'' plastikowym barachłem, które w moim osobistym odczuciu, wciąż wzbudza nie lada sentyment. Zanim natknąłem się na Wojowników Cienia w wyżej wspomnianych sentymentalno-polskich budach zwanych kioskami, po raz pierwszy moje czujne oczy szpiega z krainy Deszczowców, wypatrzyły ich gdzieś w 1992 roku w miejscowym sklepie spożywczym, upchniętych skrupulatnie w wielkim słoju razem z gumami Turbo oraz serią polskich figurek He-Man i Władcy Wszechświata. Każdą z figurek wojowników Ninja, dostępnych w czterech różnych wzorach, charakteryzowała dynamiczna poza oraz odmienność posiadanego wyposażenia w postaci katany, sai oraz kija. Figurki były odlewane z czarnej, białej lub też z rzadka przeziernej gumy, nieznacznie barwione farbkami, bądź też w ogóle, aczkolwiek co by tu nie mówić radowały moje oczy pod każdą możliwą postacią, ciesząc się moim zainteresowaniem przez bardzo długie lata! 


Niedługo potem natknąłem się u kolegi z bloku obok na zupełnie inną serię, aczkolwiek również interesującą w postaci plastikowych wojowników Ninja z podstawkami na modłę klasycznych żołnierzyków, tym razem chińskiej produkcji, ładnie zapakowanych w woreczek z etykietką pt. ''Master of Ninja''. Figurki podzielone były na tzw. ''złych i dobrych'' czyli czarne i białe barwy, charakteryzując się przy tym szeroką gamą wzorów i dynamiczną pozą każdej z nich. 




Po gumowo-plastikowych osobliwościach działu dziecięcego, oczywiście przyszła również kolej na filmy akcji, gdzie produkcje takie jak ''Ninja 2: Zemsta Ninja'', ''Prośba o Śmierć'' czy ''Ośmiokąt'' bezsprzecznie równały się dla mnie wówczas z synonimem dobrego filmu spod szyldu ninjutsu. Wirtualny świat gier komputerowych również nie pozostawał w tyle jeśli chodzi o tą mistyczną dziedzinę, ukazując mi wojowników cienia w tak słynnych seriach jak ''Last Ninja'' na komputer Commodore 64 czy też ''Ninja Ryukenden'' na konsolę Pegasus, ale to już moi kochani, historia na zupełnie inną okazję...



Ninja od zawsze stanowili dla mnie magiczne słowo, klucz który otwiera bramy mego umysłu, serca oraz duszy. Podziwiałem ich z nieopisanym zachwytem w filmach, komiksach oraz grach video, czytając o nich książki i słuchając pilnie każdej nowej wiadomości, jaką na ich temat zdołałem tylko usłyszeć. Nigdy nie zapomnę jak na koloniach zamaskowany skryłem się w szafie pokoju dziewczyn, czekając tak długo, aż wrócą bym mógł je podstępnie nastraszyć, raptownie wyskakując z szaleńczym okrzykiem ''hajaa!'' na ustach, co też mi się z resztą bezapelacyjnie udało, dostając na wychodne od koleżanek, nieopisane wyzwiska. Tak, każdy ma jakiegoś bzika, mam i ja, a moim są Ninja i nie ma dnia żebym nie myślał o tych średniowiecznych komandosach kraju kwitnącej wiśni. Byli ze mną przez całe moje dzieciństwo, są i nadal, wspierając mnie w duchowych decyzjach i walce o przetrwanie w tym szalonym świecie. Bo każdy z nas potrzebuje w życiu jakiegoś przewodnika.
A wy jak wspominacie wojowników cienia barwnie promowanych przez mass-media lat minionych? :) 

Część mojej skromnej kolekcji gier video o Ninja :)


''Zbudź pszczołę, a zwróci się ona przeciw Tobie z siłą smoka''

Dobrego dnia!

Keeper


niedziela, 16 lutego 2020

KICK MASTER 

Czyli 8-bitowy Mistrz Kopniaków konsoli Pegasus! :)






Z pewnością znajdą się pośród was miłośnicy gier klasycznych mordo-klepów, turniejowych walk czy też potocznie zwanych, bijatyk chodzonych, gdzie w ciemnych zaułkach wielkich metropolii, często-gęsto obijaliśmy z zapałem rozmaitych gałganów tudzież ananasów, co rusz wymieniając w rytmie wrażeń i emocji, popękane joye lub pady naszych komputerów czy też telewizyjnych gier video. A gdyby tak zrównać mistyczną kategorię sztuki kopanej z gatunkiem rasowego fantasy, które klarownie objawiając się nam w wirtualnym świecie Pegasusa, pod postacią tak zacnych produkcji jak Castlevania, Holy Diver czy też Faxanadu, mogłoby przeobrazić się w jedno i niepowtarzalne, w całej swej okazałości unikatowe combo? Bądź co bądź, w latach 90-tych pasjonaci konsoli Pegasus, nie musieli jednak długo czekać by ten oto zamysł ujrzał światło dzienne, bowiem pośród bazarowych stoisk wypełnionych zazwyczaj elektronicznym szajso-badziewiem z dalekiego wchodu, nagle zaczęła krążyć owiana legendą gra, pt. ''Kick Master''.

Z produkcją zetknąłem się gdzieś po 1994 roku, kiedy to buszując na ruskim stoisku, po brzegi wypełnionym grami Pegasus, natrafiłem na dość osobliwą dyskietkę opisaną jako ''Kick Master'', prezentującą krzykliwie na etykiecie filmową Maskę z Jimem Carreyem w roli głównej. Nie zastanawiając się ani minuty dłużej, od razu chapnąłem ten oto zjawiskowy kartridż, mając dokumentną nadzieję na rozrywkę w 8-bitach ze szczerzącym zębiska bohaterem. Jednak wyobraźcie sobie jakie było moje wielkie rozczarowanie gdy zamiast odzianego w żółty garnitur zielono-twarzowca z wielkim młotem, na ekranie ukazało mi się zgoła zupełnie coś innego niż oczekiwałem. Mimo całej tej farsy związanej z bazarowo-pegasusowym ''jajkiem-niespodzianką'', jako wielki fan wszelkich potworów, bestii tudzież wojowników, niemal natychmiast podłapałem klimat gry, która zabrała mnie w daleką podróż poprzez mroczny świat fantasy, zamieszkany przez z piekła rodem maszkarony, jędrne frele i nieznających strachu mężnych wojów! 

Fabuła gry rozpoczyna się z chwilą ataku złowrogiej czarownicy Belzed na spokojne królestwo Lowrel, która przy pomocy czarnej magii oraz swych demonicznych siepaczy, zamierza podbić i zniewolić cały świat, siejąc gdzie popadnie mrok, chaos i zniszczenie. Podczas ataku, sztandarowy zamek zostaje doszczętnie spalony, a królewska para zamordowana. Z życiem uchodzi jedynie ich córka, księżniczka Silphee, która niedługo po tym, sama zostaje uprowadzona przez jedną ze skrzydlatych bestii Belzed. Ze zgliszczy zamku, usianych gęsto ciałami bohaterskich wojowników, wydostaje się tylko dwoje śmiałków, rycerz Macren wraz ze swoim młodszym bratem Thonolanem. Dwaj bracia niemal natychmiast ruszają na ratunek księżniczce, jednak drogę szybko zagradza im armia zdegenerowanych bestii na usługach nikczemnej wiedźmy. Podczas walki, śmiertelnie zostaje ugodzony Macren, który w ostatnich tchnieniach swego życia, prosi swojego młodszego brata aby pomścił jego śmierć i uratował Silphee. Thonolan, jako mistrz magii oraz sztuk walki, specjalizujący się szerokim wachlarzem umiejętnych kopniaków, znany również w szeregach wrogów jako Kick Master, nie mając już nic do stracenia, wyrusza na spotkanie swego przeznaczenia, po krwawą zemstę i ratunek białogłowej. 


Myślę, że Kick Master to tytuł w całej swej okazałości, absolutnie niebanalny, bowiem na pierwszy rzut oka, może i mamy tutaj do czynienia z klasyczną platformówką fantasy, wręcz na modłę kultowej Castlevanii, jednak im dłużej zagrywaliśmy się, pchając naszego bohatera w ogień bitwy, tym co raz mocniej nasilały nam się zupełnie nowe rozmaitości, często gęsto w postaci akcentów, szczególnie bliskim grom RPG, które będąc bardzo rzadko spotykane w świecie gier platformowych, czyniły tą produkcję pośród tego gatunku wielce unikatową.

Nasz bohater z biegiem postępowania rozgrywki, zdobywał kolejne punkty doświadczenia, pozyskując w ten sposób co następny level nowe umiejętności walki, potrzebną do rzucania czarów, większą ilość punktów many oraz znacznie przedłużony pasek życiowej energii, co czyniło go przeciwnikiem godnym nawet najgroźniejszych siepaczy w całej grze. Jednak na tym się urozmaicenia tej wyjątkowej, jak widać produkcji, nie kończyły, bowiem pokonując na swej drodze różnorodne monstra, zdobywaliśmy losowe przedmioty, które mogły naszą postać zarówno rozwijać, leczyć, jak i też ranić. Podczas wędrówki, nasz bohater mógł się również zaopatrzyć w obszerną bibliotekę czarów, znajdując podczas wędrówki porzucone skrzynie bądź też pokonując specjalnych przeciwników.  Warto też nadmienić miły dla świadomości gracza fakt w postaci wbudowanego w program systemu passwordów, które odblokowane pod koniec każdego z etapów gry, pozwalały w pełni spokoju ducha, zawsze i wszędzie powrócić do ostatnio rozgrywanej lokacji, co rusz serwującej nam bez mała, a jakże solidnego łupnia.
Za produkcje tego, a i owszem zaskakująco dobrego tytułu, odpowiedzialna była japońska firma TAITO, znana w latach 70-tych z dużo prostszych w budowie, aczkolwiek mocno kultowych dzisiaj już gier w postaci Space Invaders, Bubble Bobble, Arkanoid czy Elevator Action, jak i też, cofając się w czasie jeszcze wcześniej, z importu znakomitej wódki! :)) Myślę, że należą się tutaj bezapelacyjnie duże brawa dla programistów TAITO, bo chociaż pałając się dawniej kunsztem prostolinijnych gier salonowych arcadówek, wkraczając z niemałym impetem w lata 90-te, potrafili wykrzesać zupełnie nowy styl swoich produkcji, stawiając kamień milowy w historii swojej firmy w postaci fenomenalnego tytułu, jakim bez wątpienia jest właśnie Kick Master.
Dla mnie już zawsze będzie to bezapelacyjnie, jeden z arcy-flagowych tytułów konsoli Pegasus, który w latach swej debiutanckiej znakomitości potrafił, wręcz aż do suchej nitki wycisnąć z siebie najlepsze soki, prezentując prawdziwy kunszt systemu, 8-bitowego szaleństwa gier Nintendo.
A wy jak wspominacie krucjatę Mistrza Kopniaków przeciwko złowrogim siłom czarownicy Belzed? ;)

Keeper :)


środa, 1 stycznia 2020

HAPPY NEW YEAR 2020!! :))





Mała edycja info z wczorajszego facebook'owego wpisu, co prawda wczoraj już nie zdążyłem tutaj ustawić życzeń, ale to co życzyłem ludziom tam, życzę też i tutaj, zatem wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2020 moi kochani!! :) 

Moi mili, oto i nadeszła długo wyczekiwana chwila! Już niebawem hucznie przywitamy, zupełnie zaskakujący Nowy Rok, więc z tej, a jakże wyjątkowo-niebywałej okazji chciałbym życzyć Wam oraz waszym bliskim, wspaniałego i udanego Sylwestra, jak i również przede wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku 2020! 🤗🥳🤩🤡🤠💥🌟💥 Dużo zdrowia, radości, moc uśmiechu, smacznej pizzy oraz permanentnego szczęścia dla nas wszystkich, przez cały nowy rok życzę!! 😊🤗 Jak widzicie, Mike już zdecydował co będzie robił w noc Sylwestrową, a jaki jest wasz wybór filmowych seansów na ten wyjątkowy wieczór?  🐢🍕🍟🌭🍔
Miłej zabawy i do zobaczenia w pełnym niespodzianek, fantastycznym nowym Roku! Niech nam się darzy!! 

Cowabunga!!! 🐢🐢🐢🐢

Keeper