środa, 25 lipca 2018

HE-MAN: THE NEW ADVENTURE - Czyli nowa przygoda i jakość.








Po zakończeniu w 1988 roku słynnej serii figurek Masters of the Universe (He-Man), Mattel potrzebowało czegoś nowego i świeżego co idealnie wpasowałoby się w nadchodzące lata 90-te. Mattel nie chciało zniknąć ze sceny tak łatwo ze swoją najbardziej rozchwytywaną serią, postanowili więc walczyć, wskrzeszając przy tym postać He-Mana w zupełnie nowej i zaskakującej odsłonie. W 1989 roku wydali na świat nową serię zabawek, która była minimalistycznie zatytułowana prostym ''He-man''. Figurki charakteryzowały się nieco szczuplejszą, ale nadal muskularną budową oraz masą niesamowitych szczegółów i detali ozdabiających sylwetkę postaci. Metamorfozę przeszło również wyposażenie i ubiór bohaterów, gdzie barbarzyńskie futra, miecze oraz zbroje zostały zastąpione strojami i rynsztunkiem godnym Gwiezdnych Wojen i innych filmów w klimacie Sc-fiction. Każda z figurek posiadała także prosty mechanizm, potocznie nazywany ''akcją specjalną'' która symulowała atak ręką bądź nogą danej figurki. Ponadto figurki tym razem posiadały aż 12 punktów artykulacji, w tym 8 punktów na same nogi, pozwalając na ustawienie naszych bohaterów w naturalne, wojownicze pozy.


Bohaterski He-Man gotowy do walki!

Karatti prezentujący pozę bojową!





 Rok później Mattel wyprodukowało serial animowany pt. '' Nowe przygody He-mana'' na podstawie swojej nowej lini zabawek. Serial opowiada zupełnie nową historię He-mana, który zosta łprzeniesiony ze swojej rodzinnej Eterni w przyszłość, na planetę Primus, by bronić jej
 mieszkańców przed złymi mutantami z Denerbii, jednak w ślad za He-manem podążył jego dawny arcy-wróg  Szkieletor, który zawiera pakt z mutantami w celu wspólnego podbicia wszechświata.  Niestety na Zachodzie figurki ''He-man'' z 1989 roku nie zdobyły  tak dużej popularności jak  klasyczna seria ''Masters of the universe'', a serial liczący sobie zaledwie jeden sezon zniknął z anteny dość szybko. Mattel zawiedzione niewielkim odbiorem nowej odsłony, postanowiło na ten czas złożyć broń i zakończyć odwieczną walkę He-mana ze Szkieletorem, którzy musieli ustąpić pod naporem nowych serii i wymagań młodych pokoleń.


Jednak w Polsce, każde dziecko wówczas marzyło o tych fantastycznych figurkach, nie mając pojęcia o biznesowych kłopotach firmy Mattel. Odwiedzając z rodzicami Pewex , pamiętam do dzisiaj jak zapakowane w ładny i lśniący blister figurki napawały mnie zachwytem. Mattel od zawsze słynęło z niesamowitej jakości swoich produktów, ale dopiero wypuszczając serię figurek He-Man z 1989 roku przeszli samych siebie. Każdy najmniejszy detal figurki czy nawet samego opakowania pokazywał nam, że mamy do czynienia z produktem wysokiej jakości, wyprodukowanym przez drogą markę. Dla dzieciaków w Polsce była to magia, niestety wysoka cena tych zabawek sprawiła, że nie każdy mógł się nimi cieszyć. W sklepach spożywczych pojawiły się za to gumy balonowe z naklejkami, na których prezentowano zdjęcia figurek He-Man, powodując kolejną falę radości, nawet pośród dzieci, które nie mogły sobie pozwolić na figurki z tej serii.


Papierek po gumie balonowej He-Man


Naklejki z gumy balonowych He-Man, pamiętacie? :) Kolekcja naklejek autorki bloga http://kolekcjafigurek.blogspot.com/  Prawda, że imponująca? :)

Naklejki z mojej skromnej kolekcji :)

Postacie figurek dzieliły się na sprawiedliwych i dobrych wojowników o nazwie ''Galactic Protectors'', do których należał również He-Man, oraz na agresywnych i rządnych władzy mutantów nazywanych ''Space Mutants'' do których dołączył przebiegły Szkieletor.






Osobiście uważam, że figurki z bandy mutantów są wykonane dużo bardziej szczegółowo  niż pozytywni bohaterowie, być może wynika to z faktu, że bohaterowie rodzaju ludzkiego nie mieli tak zrogowaciałej i pokrytej łuskami skóry co Kosmiczne Mutanty, których zbroje zdobiły również skazy i wgniecenia po wystrzałach laserowych, co było oczywiście ich dużym atutem, mając na uwadze pełną szczegółowość figurek :)
 
Nie licząc He-Mana i Szkieletora w skład moich ulubionych Galaktycznych Obrońców wchodził Vizar, Hydron oraz Nocturna, których charakteryzowała wspaniała kolorystyka oraz interesujący wygląd. Kosmiczni mutanci urzekli mnie Karattim, Lizorrem, Hoovem oraz niesamowitym Optikkiem i są to po dziś dzień moje ulubione figurki z tej linii zabawek. Serie ''New Adventures of He-Man'' cechował niesamowity klimat, ukazując całkiem nowy, odrębny świat i zagrożenie z którym nagle zetknął się He-Man. Mattel widząc, że ich pierwsza seria figurek Masters of the Universe powoli przestaje być popularna, zrezygnowało ze starych legend o Eternii i postanowiło stworzyć coś zaskakującego, chcąc pozyskać nowe, młode pokolenia, ciekawym i nowoczesnym pomysłem w klimacie Sc-fiction. Jednak to co miało być sukcesem firmy, stało się ślepą uliczką. Mattel nie dostrzegło w porę, że sama koncepcja postaci He-Mana przestaje być brana na poważnie i po niedużych, czterech seriach figurek, postanowiło przerwać produkcję.
Jednak dla mnie, jak i dla wielu innych kolekcjonerów figurek, seria He-Man z 1989 roku na zawsze pozostanie magicznym wspomnieniem z lat dzieciństwa. Chociaż na Zachodzie mało kto ją pamięta, to dla polskich kolekcjonerów nadal pozostaje bardzo ważna, jako symbol niezapomnianych marzeń i świetnej zabawy. Nie jest to do końca linia zabawek, z której chciałbym mieć w 100% każdą figurkę, bowiem niektóre z nich były infantylne, cechując się nie do końca przemyślanym projektem twórców. Na szczęście nieudanych projektów było bardzo mało, a seria wciąż mocno się broni naprawdę dopracowanymi w każdym calu figurkami, na których widok raduje się serce każdego kolekcjonera. Myślę, że cały urok tej serii polega na tym że każda z figurek posiada swój własny niepowtarzalny charakter i oryginalność, czego próżno szukać przy dzisiejszych produkcjach zabawek dla dzieci, gdzie liczy się ilość, a nie jakość.

Nazwa He-Man to dzisiaj dla mnie słowo klucz ku nostalgicznej podróży w przeszłość, którą chętnie wspominam, radując się, że miałem okazję dorastać w naprawdę fajnych czasach z których jestem szczerze dumny :) A wy jak wspominacie odwieczną walkę He-Mana ze Szkieletorem? Mieliście swoje ulubione figurki? :)

Pozdrawiam!

Keeper :)

Galeria mojej kolekcji figurek z serii New Adventure of He-Man:


Banda czworga! Czyli od lewej: Optikk, Hoove, Lizorr oraz Karatti :))
Ich przywódca, Szkieletor! Ale czy aby na pewno? W każdym razie arcy-wróg He-Mana :)))

Moja wybrakowana kolekcja Galaktycznych Obrońców - He-Man gdzie jesteś?? :(
Tutaj! Czyżby ktoś wzywał pomocy? :))


czwartek, 19 lipca 2018

MAŁE PRZYJEMNOŚCI CZĘŚĆ 2 : GUMY BALONOWE :)





W latach naszej beztroskiej młodości chyba wszyscy odczuwaliśmy silną potrzebę kolekcjonowania rozmaitych naklejek, aby później móc wysmarować nimi drzwi od szafy na ubrania, pamiętniki czy nawet radio-odtwarzacze i inne sprzęty domowe. Naklejki były łatwo dostępne w każdej miejskiej księgarni i sklepach papierniczych, a wybór wzorów był nieskończony i ciągnął się niczym guma do życia. No właśnie, prawdziwy szał naklejkowy zaczął się gdy do sklepów spożywczych trafiły gumy balonowe, które oprócz chwilowych walorów smakowych, skrywały pod opakowaniem naklejki z postaciami ze znanych kreskówek, filmów, komiksów, a nawet zabawek. Żeby tego było mało Panie w spożywczaku wydawały nam album do którego mogliśmy wklejać nasze naklejki, a po zebraniu całego kompletu można było wylosować niesamowite fanty, w postaci kolorowego telewizora, walkmana, czy nawet Fiata 126p, jednak większość naszych naklejek i tak nigdy nie trafiało do tych albumów, znajdując swoje przeznaczenie w zupełnie innych, niepowołanych miejscach  ;) 


Album na naklejki gum balonowych Gremlins 2



W nasze ręce wpadały rozmaite serie gum balonowych takie jak ALF, Turbo Power, G.I. Joe, Gremlins 2, Wojownicze Żółwie Ninja, Transformers, Power Rangers, Knight Rider, Barbie czy nawet He-man. 
Dużą popularnością cieszyły się też gumy z serii Turbo Super czy Dunkin Caps, w których naklejki zostały zastąpione kolekcjonerskimi obrazkami samochodów oraz kapslami do grania. Nie można też zapomnieć o prekursorze tego obrazkowego szaleństwa, a mianowicie o kultowej gumie Donald, która oferowała nam mini komiksy z postaciami Disneya.










 Gumy balonowe naszego dzieciństwa były pełne magii, nic więc dziwnego, że zachowały się w naszych wspomnieniach jako jeden z ważniejszych elementów tamtego okresu. Każdy z nas mógł  znaleźć pośród nich coś odpowiedniego dla siebie, bo choć smak był krótkotrwały to na mnogość serii nikt nie mógł narzekać. A wy jak wspominacie naklejki i obrazki z waszych ulubionych gum balonowych? Mam nadzieję, że podzielicie się ze mną jakie były wasze ulubione gumy i które naklejki najchętniej zbieraliście :)  Zapraszam więc do obejrzenia obszernej galerii kultowych gum balonowych, by choć na chwilę odbyć magiczną podróż do beztroskich lat naszego dzieciństwa...

Pozdrawiam!

Keeper :-)



















niedziela, 3 czerwca 2018



Witam! :)


Wszystkich, którzy obserwują mój blog zapraszam na Facebooka,  gdzie od wielu miesięcy rozwijam Rolkę Wspomnień troszkę na większą skalę. Piszę tam przeróżne posty odnośnie filmów, kreskówek, zabawek, gier video, a także o wielu innych rzeczach, które miło wspominamy z okresu dzieciństwa i nie tylko. Wstawiam też ciekawe dodatki w postaci własnych rysunków ze znanymi postaciami z seriali animowanych. A oto adres:

https://www.facebook.com/rolkawspomnien/  




Na pewno zastanawialiście się gdzie zniknąłem z artykułami ;) Nie wyparowałem, nadal działam i piszę! Miałem chwile zwątpienia w pewnym momencie, brak czasu i ogólne zmęczenie materiału, ale coś mnie tknęło, włożyłem cała energię w Rolkę na Facebooku i opłaciło się!  Pisząc tego posta, myślę o was wszystkich, którzy byliście ze mną na blogu i chętnie czytaliście moje artykuły, za co z całego serca wam dziękuję. Jeżeli nadal chcecie być ze mną zapraszam na moją stronę :) Do blogowania jeszcze tu powrócę, mam w planach napisać kilka nowych artykułów i rozwinąć mój blog w różny sposób, żeby było więcej zabawy dla nas wszystkich ;)



Do zobaczenia znowu!

Pozdrawiam :)

Keeper




niedziela, 25 czerwca 2017

CONTRA - CZYLI POLOWANIE NA ROBALE W 8 BITACH..




Kartridż z grą Contra na konsole PEGASUS.



W latach 80, bardzo modne były filmy o Obcych, pożerających ludzi gdzieś na zapomnianej stacji kosmicznej. Popularne też było kino akcji z komandosami w roli głównej, rozprawiających się z terrorystami, którzy zagrażali niewinnym ludziom i pokojowi na świecie.  Niejaka japońska firma Konami, słynąca z produkcji gier video, wpadła na pomysł żeby połączyć te dwa różne gatunki i zrobić na ich podstawie grę.  W taki oto sposób narodziła się legendarna Contra. Fabuła była prosta, ale klimatyczna; na Ziemi rozbija się meteoryt, w którym to przywędrowały różne monstra z kosmosu. Organizacja terrorystyczna, o tajemniczej nazwie Red Falcon, postanowiła połączyć siły z Obcymi, aby wspólnie podbić Ziemie i przejąć panowanie nad Światem. Przeciwko najeźdźcom do walki wyrusza dwóch komandosów; Bill Rizer i Lance Bea, którzy zostają zesłani na fikcyjną wyspę Galugę, na której to odbędzie się ostateczna rozgrywka o Ziemię. Tak oto wygląda zarys fabularny naszej gry. Powiecie, że nudy? Nic podobnego, bo natychmiast po odpaleniu Contry czeka was ciężka przeprawa, podczas której, zapewniam was, nie będzie czasu na dłubanie w nosie.




Każdy, kto miał Pegasusa gdzieś na początku lat 90, na pewno zetknął się na wstępie między innymi z grą Contra, dzięki słynnej i uwielbianej składance 168 in 1 dołączonej do pudełka z konsolą.  Po odpaleniu gry, na ekranie ukazało się nam duże, ozdobione żywymi kolorami logo, oraz wizerunek dwóch komandosów,  do złudzenia podobnych do Rambo i  majora Dutcha z Predatora. Warto zaznaczyć, że twórcy gry bardzo inspirowali się, przede wszystkim filmami z serii Aliens (a dokładnie Obcy: 8 pasażer Nostromo oraz Obcy: Decydujące Starcie) W Contrze aż roi się od motywów, które mieliśmy okazje zobaczyć w obu częściach Obcego, na ekranach kin lub kasetach VHS.

 Gra oferowała rozgrywkę dla dwóch graczy jednocześnie.  Miało to swoje plusy i minusy. Gra dla dwóch osób zawsze dawała więcej radości i nieco ułatwiała rozgrywkę. Jednak z drugiej strony,  gracze musieli się mocno zsynchronizować ze sobą, żeby jeden drugiego nie pozabijał. Starzy wyjadacze wiedzą o co chodzi. Gra dla pojedynczego gracza była nieco luźniejsza, gdyż mógł się skupić tylko na sobie, nie martwiąc się, że zaraz zabije się towarzysza przesunięciem ekranu, bo zamarudził w marszu. Co bardzo często się zdarzało.. ;)




Na duża uwagę zasługuje też fakt, że gra oprócz klasycznego widoku z boku, oferowała też dwa etapy z widokiem zza pleców. Było to bardzo nowatorskie i oryginalne rozwiązanie. Tego typu urozmaicenia wprowadzały trochę świeżości do gatunku.
Na graczy czekało aż 8 zróżnicowanych i niebezpiecznych etapów, a pod koniec każdego z nich walka z potężnym bosem. Gra zabierała nas w podróż poprzez dżungle, podziemne bazy,  zaśnieżone tereny, surowe fabryki oraz w głębiny legowiska Obcych
.


Na każdym z poziomów czekali na nas też przeciwnicy, mający do dyspozycji karabiny, granaty i wyrzutnie rakiet. Nasi komandosi, Bill i Lance także w tym nie ustępowali. Grę zaczynali z podstawowym karabinem, który mogli uzbroić, dzięki latającym od czasu do czasu kapsułom. Należało je zestrzelić i zabrać symbol orzełka, który z nich wypadł. Każdy z orzełków, a było ich 7 rodzai, był oznaczony literą opisującą co zawiera;

M - karabin maszynowy. Szybka i sprawna broń.

L - laser, który nigdy nie cieszył się zbyt dużą popularnością. Broń była co  prawda mocna, ale bardzo wolna i nie strzelała szybkimi seriami. Nie dotykać i czekać aż zniknie! Chyba, że komuś zależy na szybkim GAME OVER..

F - miotacz ognia.To samo co w przypadku wyżej, wolne i krótkie serie. Bardzo niepraktyczna broń. Trzymać się jak najbardziej z dala od tego ustrojstwa ;)

S - karabin ze strzałem rozproszonym, tak zwany Spray Gun. Najbardziej pożądana przez wszystkich broń, która umożliwiała szybkie ukończenie gry. Potrafi zestrzelić kilku wrogów na raz. Broń rekomendowana przez fachowców :))

R - ulepszenie broni. 

B - nieśmiertelność, co prawda na krótką chwilę, ale zawsze coś. 

Był też orzeł bez oznaczenia, który niszczył wszystkich przeciwników na ekranie. Odlotowa zabawka! :)



Jak widać, twórcy gry często czerpali inspiracje z filmu Aliens.


Poziom gry, był oczywiście trudny i wymagał solidnego potrenowania. W tamtych czasach, gry były wyzwaniem. Każdy kto przeszedł Contre, zyskiwał szacunek na podwórku lub w szkole. To nie to samo co teraz, wtedy nie było emulatorów na PC, stanu gry nie dało się zapisać. Trzeba było siedzieć te bite 40-60 min przed odbiornikiem TV, psując sobie wzrok, żeby przejść całą grę. Pewnie dlatego teraz noszę okulary.


Co prawda istniały jakieś kody, ale kto w Polsce o nich wtedy słyszał? Grę wspominam bardzo dobrze, inspirowała mnie i pobudzała wyobraźnie. Contra, jak na tamte czasy, miała bardzo ładną, żywą i kolorową grafikę. Widać, że twórcy starali się wycisnąć z tych 8 bitów ile potrafili. Na uznanie zasługuje też kapitalna muzyka, która nam przygrywała podczas gry i na długo zapadła w pamięć. Gry od Konami zawsze słynęły ze świetnej i dopracowanej muzyki, i w tym przypadku nie zawiedli.

Myślę, że grę mogę polecić każdemu fanowi gier akcji i strzelanek, a także wszystkim, którzy kochają wracać do przeszłości i wspominać stare dobre czasy gier video, które zasługują na szacunek po dziś dzień.

Pozdrawiam!

Keeper


Powrót zwycięskich bohaterów do domu..
THE END..
?





środa, 15 lutego 2017


Z ODMĘTÓW BIBLIOTECZKI: CONAN BARBARZYŃCA - ''CZARNA SERIA'' PIK.





A teraz może coś, co wielu z was pewnie uzna za nudy, odbiegając nieco od kreskówek, filmów czy zabawek. Tak, tak, moi mili, będzie to temat o książkach. Kocham czytać i prędzej czy później wziąłbym pod lupę jeden z moich ulubionych tytułów, tkwiących niestrudzenie w czeluściach mojej przepastnej biblioteczki. Odkąd pamiętam czytałem różne książki; w szkole podstawowej były to ''Muminki'' Tove Jansson czy ''Hobbit'' J.R.R. Tolkiena. W liceum, zaczytywałem się w horrorach Stephena Kinga i H.P. Lovecrafta. Przeważnie krążyłem wokół przygody - horroru - fantasy, czytając osobno autorów, którzy reprezentowali te grupy. Jednak tylko jeden pisarz potrafił stworzyć świat, który zawierał w sobie wszystkie te gatunki. Mowa oczywiście o znakomitym i znamiennym Robercie Ervinie Howardzie!

Twórcy Conana Barbarzyńcy, ale i nie tylko. Urodzony w 1906 r. Howard, pisał powieści już od najmłodszych lat. Z pod jego pióra, wyszły opowiadania o Kullu z Antlantydy, Solomonie Kane - łowcy wampirów i demonów, Bran Mak Mornie i wiele, wiele innych nie związanych z fantasy czy horrorem. Jednak najbardziej zasłynął z opowiadań o Conanie Barbarzyńcy. Na podstawie Conana powstały liczne komiksy, książki oraz nawet nakręcono kilka filmów. Ta najbardziej słynna i rozpoznawalna postać R. Howarda, wywarła na mnie naprawdę duże wrażenie. Dla wielu ludzi Conan to zwykły, tępy rębajła. Postać, która w ogóle nie myśli, a jego życiowym celem, poza zabijaniem, jest zarywanie dzierlatek w karczmie i upijanie się do nie przytomności. Owszem, Conan to kochał, bo był prostym mężczyzną, ale zaczytując się w opowiadaniach o jego losach, możemy dostrzec głębie w jego postaci. Conan był prawdziwy, kochał życie i potrafił śmiać się całego serca. W przeciwieństwie do ludów z cywilizowanych miast, kierował się kodeksem i bądź co bądź miał swoje poczucie moralności. Był bystry i umiał znaleźć słabe punkty w ludziach, którzy myśleli, że są lepsi od niego. Szybko przejmował kontrolę i władzę. Conan potrafił być dobrym przyjacielem i troskliwym mężczyzną; był obrońcą kobiet oraz słabszych. Pomimo swojego szorstkiego charakteru i gburowatości był w głębi serca ciepły i życzliwy. Jak widzimy, postać Conana jest wielowarstwowa i z każdym przeczytanym opowiadaniem dowiadujemy się o nim czegoś nowego, o ile czytamy opowiadania chronologicznie, ułożone przez dwóch pisarzy Lin Cartera i Lyona Sprague de Campa, którzy podjęli się tego zadania, by zredagować i uzupełnić wszystkie opowiadania o Conanie Barbarzyńcy napisane przez Roberta Howarda. W Polsce w latach 90 za sprawą wydawnictwa PIK, oraz dwóch wymienionych wyżej panów, mieliśmy szansę poznać i śledzić losy Conana, ułożone chronologicznie od jego młodych lat gdy przybył  z mroźnej północy do cywilizowanych krajów, gdzie parał
się złodziejstwem aż do jego sędziwego wieku, kiedy to został władcą i królem Akwilonii.

Wydawnictwo PIK wydało 9 tomów z przygodami Conana, autorstwa R.Howarda, nazwanych później przez fanów ''Czarną serią''. Książki cechowały czarna, twarda oprawa, okryta obwolutą tego samego koloru. Na okładce każdego tomu widniały miniatury klimatycznych obrazów Franka Frazetty, przedstawiających Conana w różnych sytuacjach, niekoniecznie związanych z zawartością treści.

To właśnie te okładki, sprawiły, że zwróciłem uwagę na to wydanie. Uważam, że jest to najlepsze wydanie książek o Conanie Barbarzyńcy, jakie mieliśmy szanse dostać w polskich księgarniach na przestrzeni lat. Warto zwrócić uwagę na to, że strony są wszyte w brzeg okładki, dzięki czemu książki są trwałe i trzymają się naprawdę dobrze nawet po 25 latach. Jedynie na minus zasługuje obwoluta książek, która jest bardzo podatna na zniszczenia i nie przetrwała niestety próby czasu. W środku tomów, na stronie tytułowej każdego z opowiadań znajdziemy oryginalną, czarno-białą ilustrację polskiego artysty, Zbigniewa Mielnika,
który także opracował i narysował mapę ''Krajów Hyboryjskich''. Możemy ją znaleźć na wewnętrznych stronach okładek. Mapka jest czytelna i świetnie oddaje fikcyjny świat R. Howarda, po którym wędrował Conan. W późniejszych tomach ilustracje rysowali już inni artyści, ale mapa Pana Zbigniewa została w serii aż do 9 tomu.


Wybrane Ilustracje ze stron tytułowych.
Niektóre ilustracje Zbigniewa Mielnika budziły grozę i świetnie oddawały Howardowski klimat. Świat stworzony przez autora był połączeniem przygody, fantasy i horroru. Ciężko dzisiaj znaleźć autora książek, który by w tak znakomity sposób połączył te trzy gatunki, tworząc z nich jeden, dzisiaj znany jako ''heroic fantasy''. Nie jest to klasyczne fantasy podchodzące pod baśnie Tolkienowskie; nie znajdziemy tu zniewieściałych elfów czy szlachetnych bohaterów. Heroic Fantasy to gatunek, który powstał przy pomocy ognia i stali. W świecie wykreowanym przez Howarda, mężczyźni są silni, dobrze zbudowani i brutalni. Kobiety piękne i gibkie, a niektóre tak samo twarde jak mężczyźni. Na każdym kroku pośród dżungli, gęstych lasów, gór czy nawet mrocznych zaułków cywilizowanych miast, czyhają na nas niebezpieczeństwa pod postacią prehistorycznych bestii, demonów, dzikich Piktów lub bandytów. Człowiek musi być cały czas czujny i nieufny wobec innych. Klimat jest duszny, ciężki i złowrogi. W oddali słychać skowyt wilków lub upiorów, a miecze błyszczą w świetlne księżyca. Conan często wpada w ponurą zadumę, rozmyślając o tym kogo zabił i co stracił w życiu. Poznajemy prawdę o ludziach i ich słabościach, a kto nie jest dość silny, szybko umiera. A pośród tego wszystkiego, wisienką na torcie są wplecione w linie fabularną mity Cthulhu,  zainspirowane twórczością H.P.Lovecrafta, z którym Howard tak często korespondował. Przedstawiłem to mocno i dobitnie, ale tak właśnie wyglądał świat wyśniony przez mistrza Howarda. Nie mniej dobrze się to czyta i pomimo dusznego klimatu, można wsiąknąć w ten świat na długie zimowe wieczory.
W ''Czarnej serii'' możemy znaleźć też dodatki, pod postacią ciekawie napisanych wstępów, artykułu na temat Ery Hyboryjskiej; wyjaśniającej pochodzenie plemion, ras i krajów, które opisywał Howard oraz listu R.Howarda do P.S. Millera, napisanego trzy miesiące przed śmiercią twórcy Conana Barbarzyńcy. W liście możemy znaleźć trochę wyjaśnień odnośnie samego bohatera a także świata w którym żył.
Opowiadania R.Howarda są nierówne, większość czyta się z zapartym tchem, ale niektóre wręcz nas odpychają i nudzą. Na szczęście tych jest dużo mniej. Na duże brawa zasługują historie opowiadające o czasach, gdy Conan włóczył się jeszcze pośród swoich rodzinnych wzgórz Cymmerii, sąsiadującej z północnymi krainami Asgardem i Vanheimem. Howard stworzył bardzo mało takich opowiadań, a szkoda bo były to jedne z najciekawszych rzeczy jakie napisał.



Po swojej śmierci, twórca Conana Barbarzyńcy miał bardzo dużo naśladowców, którzy próbowali kontynuować historie Cymmeryjczyka. Niektóre były udane, inne mniej, ale wszystkie były z pod znaku ''przeczytać i zapomnieć''. Nie mogły się równać do oryginalnych opowiadań, zawartych w ''Czarnej Serii'', do których po dziś dzień, czasem wracam, by znów znaleźć się pośród zaśnieżonych wzgórz Cymmerii lub za Czarną Rzeką Piktów. Myślę, że tam właśnie trafił Rober Ervin Howard, zostawiając nam na pożegnanie historie spisaną na kartach swoich książek. Niczym drogowskaz i mapę, wskazujące drogę do jego snów.

Myślę, że mogę polecić ''Czarną Serię'' każdemu, kto uważa się za fana Conana Barbarzyńcy oraz samej twórczości R.Howarda. Książki są porządnie wydane, okraszone ciekawymi notatkami i klimatycznymi ilustracjami. Jedyny minus jest taki, że ciężko je dzisiaj dostać, ale warto na nie polować na portalach aukcyjnych czy w miejskich antykwariatach. Dla mnie jest to pozycja obowiązkowa. Cieszę się, że zajmują miejsce w mojej biblioteczce, obok innych ciekawych pozycji, o których może kiedyś opowiem..


Pozdrawiam!

Keeper :-)

czwartek, 1 grudnia 2016


  MASZYNY Z DUSZĄ CZYLI AUTOMATY DO GIER.





Dzisiejszy świat polega na tym, że wszystko co chcemy możemy mieć bez problemu. Nawet nie musimy wychodzić z domu żeby coś kupić. Żyjemy w świecie internetu, w którym dużą rolę spełniają sklepy online oferujące nam wszystko co znajduje się w super-marketach. Wystarczy parę kliknięć w komputerze i wnet nasze zamówienie pojawia się u progu naszych drzwi, dostarczone przez listonosza lub kuriera. Pełen luksus! Ale nie zawsze tak było. Jako dziecko, oglądając zagraniczne reklamy, mogłem jedynie sobie pomarzyć o wszystkich tych wspaniałych zabawkach, wymyślnych słodyczach oraz niesamowitych konsolach do gier video. No właśnie, gry video. Dla młodego człowieka była to wtedy bardzo ważna rzecz. Z resztą do dzisiaj gry cieszą się taką samą popularnością jak w latach 80 i 90. Nic się nie zmieniło, po za jednym. Dzisiaj wszystkie gry są łatwo dostępne, nie są może tanie ale jeżeli mamy pieniądze po prostu idziemy do sklepu i kupujemy, bądź zamawiamy przez internet. Jako młody człowiek żyłem w zupełnie innym świecie. Co prawda mieliśmy dostępne komputery PC, Amiga lub Commodore 64. Dostawaliśmy je pod pretekstem, że niby się przydadzą do nauki a tak naprawdę myślami byliśmy przy grach. Jednak nie tak łatwo można było je dostać, trzeba było się nachodzić po giełdach i nakombinować żeby kupić coś konkretnego. Rodzice też nie byli chętni do kupowania nowych tytułów, zwłaszcza jak wracali ze szkolnej wywiadówki, gdzie dowiedzieli się o kilku pałach i uwagach ;D Na początku lat 90 pojawiła się znamienna konsola do gier video PEGASUS, dzisiaj znana jako piracki NES / Famicom od firmy Nintendo. Konsola obfitowała między innymi w takie tytuły jak Super Mario Bros, Contra, Tetris, Ninja Turtles oraz Castlevania. Gier było multum, kosztowały niedużo i były stosunkowo łatwo dostępne, jeśli wiedziało się gdzie szukać. Przeważnie sprowadzali je Rosjanie, którzy wystawiali się na ryneczkach i giełdach.

Szeroki wybór gier na ryneczku ;)

Gry na Pegasusa można było też kupić w sklepach z elektroniką, gdzie zaufany sprzedawca zawsze dla nas trzymał lepsze tytuły pod ladą ;) Jednak gdy u nas królował Pegasus, w tym samym czasie na zachodzie reklamowali gry 16-bitowe, które były obsługiwane przez konsole SNES i Sega Mega Drive. Cechowały je lepsza jakość, grafika, dźwięk i płynność. Pegasusowe 8-bitówki wypadały blado przy grach nowej generacji. Znowu pojawił się problem; konsole nie były na każdą kieszeń a ich dostępność w Polsce była znikoma. Niespodziewanie wielkim hitem stały się automaty do gier video, które wyrastały jak grzyby po deszczu w każdej knajpie. Można było też spotkać specjalne salony z automatami w postaci namiotów lub wagonów, które były wręcz oblegane na koloniach i wczasach. Salon z maszynami do gier był obowiązkowym punktem do zaliczenia w każde wakacje. Ja osobiście grałem na automatach gdziekolwiek je tylko spotkałem. Nie marnowałem żadnej okazji, zależało mi żeby pograć chociaż 5 minut. Nie posiadałem dużo gier w domu i była to dla mnie świetna alternatywa żeby pograć w gry, które widziałem na zagranicznych reklamach i chociaż w części zrealizować swoje marzenia. Do dzisiaj wspominam małą knajpkę z zapiekankami, która zaopatrzona była w kilka automatów do gier stojącymi pod ścianą. To znamienne miejsce było położone tuż pod szkołą Podstawową. Była to bardzo dobra kwatera do spędzenia czasu na dużej przerwie lub wagarach; podobno najciemniej pod latarnią ;) Pamiętam, że można było tam pograć w Primal Rage oraz w ClayFighter.


Dzięki dostępność tak dużej ilości automatów do gier prawie w każdym miejscu, mogliśmy pograć w mnóstwo świetnych tytułów. Pamiętam, że bardzo często oblegałem automaty z grami Golden Axe, Teenage Mutant Ninja Turtles, Cadillacs and Dinosaurs, Mortal Kombat, Double Dragon oraz Final Fight. Po prostu musiałem zagrać, gdy widziałem któryś z tych tytułów. Wiedziałem, że w domu nie będę miał szansy pograć. Wspomnienia były później bezcenne. A były to czasy kiedy jeszcze nie było emulatorów konsol na PC, z resztą nawet jeśli mielibyśmy do nich dostęp to i tak nie mogły się równać z klimatem i radością z grania jakie dawały automaty do gier. Co prawda poziom trudności gier był mocno wywindowany w górę, aby gracze szybko przegrywali i kupowali kolejne żetony. Biznes musiał się kręcić. Jednak mnie ani innych graczy nigdy ten proceder nie zniechęcił do grania. Niektórzy szybko dochodzili do wprawy grając po kilka godzin dziennie, a bardziej cwani gracze oszukiwali, wrzucając żeton do którego przymocowana była żyłka. Mogli w ten sposób grać przez wiele godzin na jednym żetonie, o ile właściciel lokalu nie spostrzegł co się dzieje. Po dziś dzień trzymam taki żeton, na pamiątkę tych cudownych chwil.






Miło wspominam czas, który spędziłem grając na automatach. To właśnie tam odkryłem po raz pierwszy Mortal Kombat i wiele innych tytułów. Wielu ludzi uzna ten czas za zmarnowany, bo co można powiedzieć o sterczeniu pod automatem i wpatrywaniu się w ekran. Dla mnie były to magiczne chwile, podczas których rozwijałem swoją wyobraźnie i nie żałuje ani jednej minuty spędzonej w salonie gier. Czas jednak szedł do przodu i moje stare ulubione gry zastępowały maszyny z grami nowej generacji, które mnie już tak bardzo nie ruszały. Gdzieniegdzie można było jeszcze spotkać niedobitki starych maszyn z klasycznymi grami. Jednak wiedziałem, że ich czas nadszedł i niedługo całkowicie znikną. Po pewnym czasie wszystkie automaty do gier przestały być dochodowe. Gdy pojawiły się domowe konsole z grami nowej generacji, ludzie szybko zapomnieli o automatach stojącymi gdzieś w spelunach czy w obskurnym namiocie w Lunaparku. Zaczęto inwestować w domowy sprzęt, który okazał się być bardziej opłacalny i wygodny. Nie ma co się czarować, większość graczy już by nie chciało dzisiaj sterczeć pod maszyną w jakimś publicznym miejscu, skoro można sobie wygodnie usiąść we własnym fotelu i w spokoju zagrać, bez tłumu gapiów dookoła. Chociaż, ostatnio odkryłem, że do sieci kin Cinema City zaczęli wprowadzać ''Game Roomy'' z automatami do gier. Przeważnie są to tylko nowsze bijatyki oraz wyścigi, ale ważne, że jest cokolwiek. Fajnie, że są ludzie, którzy dbają o to, by stare dobre czasy nie poszły całkowicie w zapomnienie. Tak jak napisałem wyżej, większość ludzi uzna to już za przeżytek nie warty uwagi, ale są osoby, które miło ten czas wspominają. Nie było to samolubne granie w swoich czterech kątach, odgrodzone od reszty świata. Oprócz samych automatów i gier, było to też przede wszystkim wyjście z domu i spotkanie się z innymi ludźmi. Przeważnie grało się razem z kolegą lub koleżanką, a czasami dołączył się do nas zupełnie ktoś obcy. Taki rodzaj rozrywki zrzeszał ludzi i pozwalał wspólnie przeżywać te chwile.

Nieodłączny element każdej knajpy lat 90 :)
Jedną z zalet tych maszyn była kolorystyka obudowy. Automaty były barwne i przyciągały wzrok. Na bocznej stronie najczęściej były starannie wykonane grafiki, przedstawiające postacie występujące w grach. Od przodu oprócz podświetlanego loga, było mnóstwo kolorowych rysunków i napisów dotyczących danej gry. Wszystkie te ozdobniki były bardzo efektowne i pozwalały wczuć się w klimat gry, zanim jeszcze wrzuciliśmy żeton do automatu. Pamiętam jak sam oglądałem z pasją każdy element maszyny, szukając na niej różnych szczegółów i smaczków dotyczących samej gry. W przypadku automatu z grą Mortal Kombat były to wszechobecne smoki na obudowie. Jeśli jednak trafiliśmy na automat z grą sportową, taką jak NBM Jam to mogliśmy się spodziewać sprytnie rozrysowanego boiska do koszykówki w miejscu gałki sterowniczej i przycisków. Można powiedzieć, że każda gra miała swoją własną dużą obudowę, która ją odpowiednio ozdabiała i reklamowała. Automaty do gier były zaprojektowane tak, żeby przyciągały uwagę wszystkich ludzi i myślę, że świetnie spełniały swoją rolę w tym zakresie..

Klasyczny automat z grą Mortal Kombat jaki pamiętam...
Maszyny z grami będą przeze mnie zapamiętane, jako jedne z lepszych rozrywek tamtych dni. Szukałem ich wzrokiem w każdym Wesołym Miasteczku. Nie były to bezduszne i tandetne automaty. Te zbudowane z drewna i metalu monstra miały w sobie to coś. Podchodziłem do nich za każdym razem, obojętnie czy miałem żetony czy nie. Przemawiały do mnie niczym żywe istoty i zachęcały do grania. Była to dziwna więź między człowiekiem z krwi i kości a automatem, w którym układy scalone rozgrzane były niczym gorące serce. Brzmi to może trochę abstrakcyjnie, ale myślę, że były to po prostu maszyny z duszą.

Pozdrawiam!

Keeper :)


PS Poniżej mini galeria wybranych automatów przy których spędzałem czas ;)