niedziela, 4 sierpnia 2024

 Dunkin Shockys!

 Czyli klasyczna gra w kości, dzieciaków lat 90-tych :)




    Każdy kto wychował się w latach 90-tych, na pewno miło wspomina ten moment rozkwitu wspaniałości, w którym dane nam było kolekcjonować wszelakie kapsle, tazosy, naklejki oraz figurki dostępne w sklepach spożywczych, jako miły dodatek do gum balonowych i chipsów. Myślę, że zaraz po kapslach Dunkin Caps, oraz tazo Star Wars, jedynym z najważniejszych tego typu fantów sklepu spożywczego, były bez wątpienia figurki Dunkin Shockys, obok których nie dało się po prostu przejść obojętnie.


    Aby przybliżyć wam ten temat, musimy cofnąć się do roku 1995, kiedy to w ostatni tydzień przed letnimi wakacjami, wracając ze szkoły wstąpiłem do miejscowego spożywczaka z zamiarem zakupu kolejnej Kinder Niespodzianki. Mój wzrok spoczął jednak, tym razem nie na czekoladowych jajkach, a na plastikowy koszyk przy ladzie, wypełniony całą gamą różnobarwnych figurek oraz gum balonowych firmy Dunkin. Lotem błyskawicy, od razu zakupiłem kilka sztuk, szybko zapominając o Kinder Ubarashum. Z początku myślałem, że to po prostu kolejne figurki do zbierania, jednak miła pani ekspedientka wręczyła mi przy kasie również gratis w postaci broszurowego katalogu, zatytułowanego krzykliwym logo Dunkin Shockys! Z broszury oprócz zestawienia wszystkich wzorów i nazw figurek, dowiedziałem się również, że figurki mogą stanowić element różnorodnych gier towarzyskich, wywodzących się od wiekowej już gry w kości. Na odwrocie tego miłego dla oka katalogu, można było znaleźć instrukcje, wyjaśniające nam zasady poszczególnych gier, w których skład mogły wchodzić gra w zbijanego, kręgle, wrzut do pudełka lub po prostu klasyczna gra w kości, na modłę rozrywki rzymskich legionistów.



     Jako, że nigdy nie lubiłem gier polegających na rywalizacji, postanowiłem wspaniałomyślnie kolekcjonować owe osobliwe i groteskowe z wyglądu figurki, które wówczas bardzo trafiły do mojego, żądnych dziwactw jestestwa.
Z powodu niewielkiego kosztu figurek, szybko udało mi się uzbierać prawie cały komplet, poza najbardziej rozchwytywanym w serii Smokiem, którego podarował mi po jakimś czasie mój ziomek z osiedla, Tomasz.


    Całość serii stanowiło aż 24 figurki, z pośród których największy prym wiodły takie postacie jak Czterooki, Ananas, T-Down oraz wspomniany wyżej już, Smok. Figurki doczekały się również drugiej edycji, jednak z powodu nieciekawych wizualnie wzorów i niskiej jakości tworzywa, nie odniosły one tak wielkiej popularności jak pierwsza i jedyna słuszna seria Dunkin Shockys.
Dzisiaj pewnie pamiętają o tej serii już tylko nieliczni entuzjaści lat 90-tych, ale myślę, że znajdzie się tu trochę retro-maniaków, którzy tak jak ja, wciąż mają w szufladzie skitrany komplet tych wielobarwnych cudaków z odmętów lat swojego dzieciństwa 😉😉😉

Nieciekawe wizualnie Dunkin Shockys z drugiej edycji. 

Jedyne słuszne Dunkin Shockys z pierwszej edycji! :)

    A wy jak wspominacie figurki Dunkin Shockys? Mieliście, zbieraliście, a może was kompletnie ominęły? :)
Napiszcie w komentarzach które z powyższych figurek były wasze ulubione! 😀👍

Dobrego dnia!

Keeper :)



sobota, 27 lipca 2024

 MAŁA AKTUALIZACJA POLSKICH FIGUREK STAR WARS!  

    Czyli kolejny chwali-post udanych łowów ciąg dalszy..






    Nadszedł czas na małą aktualizację polskich figurek Star Wars, które w ostatnim czasie dołączyły do mojej kolekcji. Jakieś dwa lata temu prezentowałem wam znaczną cześć moich zbiorów z tej fenomenalnej serii bootlegów, więc jakby ktoś z was moi mili, zapragnął ponownie odświeżyć temat, zapraszam do kliknięcia w link poniżej, który zabierze was w kosmiczną podróż niczym sam Sokół Milenium, wprost do tego starawego już wpisu na temat polskich figurek Star Wars z prezentacją mojej kolekcji figurek: 


    Nie chce was po raz wtóry zanudzać historią, skąd i w jaki sposób nabyłem owe figurki. Wspomnę tylko chybcikiem, że większość tych wspaniałości pochodzi z wymiany figurkami z innymi dobrze mi znanymi w tym półświatku kolekcjonerami Star Wars. Moje dwa ostatnie nabytki to dla mnie nie lada chluba! Pierwszy z nich to Nien Numb, który trafił mi się w stanie nowym z zerowym procentem zadrapań oraz innych uszkodzeń. Mam niestety pecha do tej figurki, zwykle trafiały mi się  uszkodzone lub brudne na modłę piwniczych wykopków partie, tym razem jednak trafił mi się egzemplarz, który można włożyć z dumą prosto do gabloty! :) Drugi nabytek w tym miesiącu, to zwiadowca Imperium Biker Scout, którego wręcz kaskaderskie wyczyny na ścigaczu mogliśmy podziwiać w filmie Powrót Jedi, jak również w ostatnio modnym serialu Mandalorian. Od samego początku mojego kolekcjonowania figurek Star Wars, zwiadowca ten był na mojej skromnej liście ''must have'' , jednak długo nie dane było mi go dostać, aż do teraz. Wiąże się z tym ciekawa historia, bowiem jak wieść niesie, większość zwiadowców trafia bezpowrotnie do kolekcjonerów z USA, w tym jak się okazało jeden z nich posiada ich, uwaga! - w liczbie 100 sztuk! Nic dziwnego, że nie ma ich od dawna w obiegu polskiego rynku, skoro taka liczba leży gdzieś zapomniana hen daleko za morzem. Nie oceniam, sam zbieram czasami duble, ale piecze mnie, że znaczna część polskiego dorobku kulturowego, bezpowrotnie ginie poza granicami naszego kraju, nie dając szansy do pozyskania ich przez prawowitych spadkobierców, jakimi są bez wątpienia polscy kolekcjonerzy. - Powiedziałem swoje!
Biker Scout w komplecie z blasterem.

    Ale miałem was nie zanudzać, o czym zapomniałem, więc przejdę od razu do przyjemniejszej części wpisu, jakim jest bez wątpienia galeria zdjęć moich ostatnich zdobyczy z serii Star Wars.




Nien Numb
Kolejny kosmiczny Gremlin w mojej kolekcji, tym razem
 w stanie nowym
!


Biker Scout
Zwiadowca melduje się do zwiadów!

Lando
Jedyny taki :))

Zuckuss
Ten oto dżentelmen, miłuje ponad wszystko klub
Partii Zielonych.


Rebel Hoth Soldier
Ubiegał się o rolę Luka Skywalkera,
lecz nie zdążył :))


ATST Driver
Poważny człowiek na poważnym stanowisku!


Stormtrooper
Gotowy na rozkaz!




ATAT Commander
Załoga maszyny kroczącej może i ucieknie, lecz on pozostanie!


Prune Face
Pierwsza generacja - kuternoga, ale jest! :)))

Tak oto i prezentuje się galeria moich zdobyczy z ostatniego czasu, aczkolwiek, to jeszcze nie koniec niespodzianek, bowiem oprócz figurek, udało mi się również dostać trochę nowego wyposażenia, pośród którego można zaobserwować trudny dziś do zdobycia blaster dla Biker Scouta. Bronie tak samo jak figurki, są wykonane z gumy. Czasami można się natknąć na nie w różnych zestawach zabawek, odróżniając je od oryginalnych barwą oraz jakością tworzywa. Uważam to za prawdziwy cud, że do dzisiaj znaczna część z nich przetrwała porządki, przeprowadzki oraz remonty i uchowała się niektórych domostwach. Zwykle takie małe elementy gubiły się pierwsze podczas zabawy w domu lub na dworze. Siedzę w tym hobby już bardzo długo, a co jakiś czas udaje mi się hurtowo pozyskać niezbędne dla moich figurek wyposażenie, które ktoś kitrał przez 30 lat w pudełku po margarynie tudzież lodach Algida. Miło wiedzieć, że są ludzie, którzy w dzieciństwie dobrze pilnowali swoich drogocennych skarbów, nie pozwalając nigdy by wciągnął je domowy odkurzacz, czy pokryły bezdenne piaski piaskownicy :)
Kilka nowych sztuk broni, które zasiliły mój arsenał
figurek Star Wars.

1. Biker Scout
2. Zuckuss
3. ATAT Driver
4. Stormtrooper



    To już chyba na tyle moi drodzy, mam nadzieję, że miło wam się oglądało galerię moich nowych figurek, które mimo swojej prostoty, potrafią myślę ucieszyć niejedno oko fana tego znakomitego uniwersum jakim jest właśnie Star Wars.

Jak mawiał Hulk Hogan; Zażywajcie witaminy, czytajcie książki, a ponad wszystko zbierajcie figurki! :))



Niech MOC będzie z nami!

Pozdrawia was ciepło jak zwykle wasz
Keeper


MAY THE FORCE BE WITH YOU!



niedziela, 21 lipca 2024

 CAPTAIN FUTURE - Czyli kultowe figurki z PRL-u :)



Załoga stawia się na mostku! :)

    Tym razem chciałbym się wam pochwalić moją kolekcją polskich figurek z serii Captain Future z przełomu lat 80 i 90-tych. Figurki zostały wspaniałomyślnie wyklepane dzięki poznańskiej manufakturze WARTA, znanej z tak kultowych serii jak Muppety, Smerfy, Flinstonowie czy nawet Star Wars. Pierwotnie figurki Captain Future były produkowane przez niemiecki Schleich w 1980 roku, którego wspaniałe wyroby mocno odbiegały kolorystycznie od miłych naszym sercom krajowych podróbek. Seria liczyła tylko pięć postaci, w których skład wchodził Captain Future, Joan Randall, Johnny Kirk, Otho oraz Grag. Zaraz zaraz, ale kto to u licha jest Captain Future, zapytacie? Mianowicie nie inaczej, seria figurek powstała na bazie wiekowego już anime z 1978 roku na modłę Star Trek oraz Gwiazdych Wojen. Fabuła serialu opowiada o przygodach Curtisa Newton, znanego także jako Kapitan Przyszłość, który przemierzając wraz z załogą kosmos, walczy ze złem buszującym w skolonizowanym przez ludzkość układzie słonecznym. Z powodu braku emisji serialu w polskiej telewizji, niewielu z nas wówczas wiedziało kim są owe czarujące postacie widniejące zza witryny kiosku Ruchu. Niektórzy cwani sprzedawcy, chytrze opychali te figurki pod nazwą Załoga G, bazując na popularności bardziej znanego polskim dzieciom serialu. Jak donoszą wieści ze świata, serial rzekomo był dostępny na pirackich kasetach VHS, tzw. "bazarówkach" dostępnych do kupienia na wszelakich giełdach towarowych. Warto wspomnieć, że samo anime oryginalnie bazowało na amerykańskich powieściach sc-fiction, autorstwa Edmonda Hamiltona, publikowanych w pulpowych magazynach na przełomie lat 1940-1944. 
Figurki Captain Future znikły z polskich półek handlowych tak szybko jak się pojawiły, stanowiąc obecnie jedną z najbardziej unikatowych oraz nietuzinkowych serii kolekcjonerskich. 

Poznajmy imiona naszych bohaterów! :)




Oryginały zestaw figurek Captain Future od Schleich.


    Myślę, że figurki Captain Future to dzisiaj już zapomniany relikt czasów PRL, o którym pamiętają już tylko nieliczni koneserzy oraz entuzjaści starych dobrych czasów, jednocześnie stanowiąc interesującą ciekawostkę dla wszystkich pozostałych.

Inne warianty kolorystyczne figurek Captain Future.

Jeszcze jeden zestaw naszej załogi w innej aranżacji..



A wy jak wspominacie polskie figurki Kapitana Przyszłości? Mieliście, zbieraliście? 

Do następnego!

KEEPER :)



niedziela, 19 maja 2024

 SAMURAI ZOMBIE NATION - Czyli kultowa osobliwość konsoli Pegasus :)



    Mamy rok 1993. Któregoś wakacyjnego dnia wracam co sił do domu, dzierżąc w dłoni nowo zakupioną na targu grę Pegasus. Mając do wyboru szereg różnobarwnych dyskietek na co sobotnim straganie, mój czujny wzrok górskiego lamparta padł tym razem na krzyczący głośno do mojego jestestwa tylko jeden tytuł - Samurai Zombie Nation! Czy można było obojętnie przejść, obok zestawu tak dobrze współgrających że sobą słów? Nie wydaje mi się. Od razu więc z portmonetki zdobnej w logo Żółwi Ninja, wyjąłem całe 10 zł, które drżącą ręką podałem podejrzanie wąsatemu sprzedawcy z dalekiego wschodu. Wróciłem do domu i od razu odpaliłem dużo obiecującą mi grę, gdzie łypał na mnie z etykiety łysy typ na modłę Kodżaka, plujący na budynki mieszkalne promieniami lasera. Po bokach tej zjawiskowej grafiki zauważyłem również statki kosmiczne i obcego insektoida, więc co mogło i tym razem pójść nie tak, wydając szybkim gestem to marne 10 zł za które mogłem w zamian kupić Contre Force albo Ghostbusters 2 ? Włączyła się gra i zapadła cisza. Moim skołowanym oczom, ukazało się niczym senny koszmar, mroczne, wiejące grozą intro wprowadzające mnie w fabułę gry. Historia Samurai Zombie Nation zabrała mnie w podróż, aż do 1999 roku kiedy to na pustyni w Nevadzie rozbija się meteoryt, transportujący na Ziemię groźnego obcego znanego jako Darc Seed. Obcy nie czekając na miłe powitanie ziemian, natychmiastowo przemienia niemal całą populację Stanów Zjednoczonych w posłuszne jego rozkazom hordy zombie. Żeby tego było mało, swoją potężną mocą telekinezy, obcy zawładnął szeregiem śmiercionośnych maszyn i broni w tym słynnym samurajskim mieczem Shura. Dowiadując się o tym duch potężnego samuraja Namakubi, pod postacią wielkiej głowy nietrwożnie leci do Stanów Zjednoczonych by uratować ludzkość przed plagą zombie i odzyskać święty miecz wojowników z parszywych łap Darc Seed'a, posyłając go prosto do piekła.


Ten groźny typ, łypiący do nas z etykiety gry, to nie Kodżak, tylko 
słynny samuraj Namakubi :))


    Sama rozgrywka to nic innego jak klasyczna strzelanka w rzucie horyzontalnym, na modłę takich klasyków jak Macross, Gradius czy niezapomniany Life Force. Jako gracz cały czas sterujemy lecącym do przodu Namakubim, opluwając kulami ognia wrogie pojazdy, zombie i inne monstra, na które dodatkowo można zrzucić też ognisty wymiot. Namakubi potrafi niszczyć też budynki oraz różne struktury, ratując przy okazji zwykłych obywateli, za co dostaje dodatkowy upgrade siły ognia. Nasz osobliwy bohater posiada też pasek życia, składający się z ośmiu miniaturek głów Namakubi, widocznych w dole ekranu. Po 2-3 oberwanych ciosach, zamiast główki pojawia się czaszka, a gdy będzie ich osiem, nasz bohater przegrywa, a gra zostaje skończona. Pasek życia można naturalnie też odnawiać w trakcie rozgrywki, niszcząc budynki i inne struktury. Oprócz paska energii, gracz ma do dyspozycji również aż sześć kontynuacji, które powiększają się o jeden po każdym ukończonym etapie, kończąc maksymalnie na dziewięciu. Jakby tego jeszcze było nam mało, przed rozgrywką gracz dostaje opcję wyboru poziomu trudności gry - easy oraz hard, jak również możliwość rozpoczęcia przygody od dowolnej planszy. Naszym celem jest ukończenie wszystkich czterech etapów gry, które ostatecznie otworzą nam przejście do sekretnej piątej mapy, kończąc naszą rozgrywkę na finałowej walce z Darc Seedem włącznie.
    Graficznie tytuł prezentuje się zwykle w burych i granatowych barwach, co fenomenalnie oddaje klimat chylącego się ku upadkowi świata, dozując nam jednocześnie przez cała grę, od początku do końca potęgujące uczucie niepokoju oraz grozy. Sam projekt głównego bohatera może wydawać się, aż nadto groteskowy, jednak jako strzelanka, gra sprawdza się wyśmienicie, wciągając miłośników gatunku na długie godziny dobrej zabawy.


    Warto wspomnieć, że gra ukazała się po raz pierwszy na rynku japońskim w 1990 roku, różniąc się kilkoma znaczącymi szczegółami od bliżej znanej fanom Pegasusa, wersji amerykańskiej. Zamiast głowy samuraja Namakubi, występuje ogromna maska Tengu, bóstwa wojowników Ninja, a gracz musi zdobyć zdolność plucia ogniem, podczas gdy w wersji amerykańskiej zdolność ta występuje od razu. Ostateczny boss Darc Seed, pierwotnie nosił miano Eva. Inne różnice polegają na dużych zmianach graficznych oraz designu jednego z bossów pod postacią Statuy Wolności.



    Samurai Zombi Nation to dla mnie już klasyka, za dzieciaka produkcja wydawała mi się mroczna, niepokojąca i napawająca mnie grozą. Świat pogrążony w chaosie i rozpaczy to w świecie gier norma, ale bohater o kształcie ogromnej szpetnej głowy to już unikat na skalę światową i nie sposób o nim zapomnieć, a już na pewno przejść obok niego obojętnie!
A wy jak wspominacie lot samuraja Namakubi, po zwycięstwo i wolność dla świata? :))

Dobrego dnia!

Keeper :)




niedziela, 3 marca 2024

 ATTERA - Czyli zapomniana gra fantasy na konsolę Pegasus! :)



 Dawno nie było nic o giereczkach, a że nie wypada w żadnym razie pomijać tematu konsoli Pegasus, postanowiłem po raz kolejny i nie ostatni wziąć na warsztat jedną z gier, które noszę ciągle w pamięci oraz sercu. Było lato 1993 roku, kiedy to zaprosił mnie do siebie kolega z bloku obok na przetestowanie jego nowej konsoli Pegasus MT-555DX. Pokazując mi szereg wspaniałych gier, których wcześniej na tą konsolę nie znałem, mój wzrok spoczął jednak na skromnym, aczkolwiek niewątpliwie interesującym kartridżu podpisanym równie ciekawie co tajemniczo, tytułem ''Attera''.

PEGASUS MT-555DX z 1993 roku - czy ktoś go jeszcze pamięta? :)

 Oprócz wyżej wspomnianego tytułu, na etykiecie wówczas tzw. ''dyskietki'' widniał obrazek rodem z filmu Heroic Fantasy pt. ''Czerwona Sonja'', przedstawiając dwie rudo-włose wojowniczki, ze szkaradnym smokiem w tle. Kochając tego typu wspaniałości już od wczesnych lat młodości, od razu wyniuchałem, że będzie to wyjątkowa gra. Wcale się też nie pomyliłem, bowiem gdy razem z kumplem odpaliliśmy tytuł na konsoli, już od pierwszych chwil rozgrywki pochłonął mnie na długie godziny. Co prawda gra nie nazywała się wcale Attera, a Athena jak też szybko zasugerował nam ekran tytułowy produkcji. Fabuła opowiada nam upartej wojowniczej księżniczce Athenie, zamieszkującej niebiańskie Królestwo Zwycięstwa. Jednak pewnego wspaniałego dnia, dziewczyna myszkując chytrze po zamku, niefortunnie otwiera w podziemiach pałacu ''drzwi, których nigdy nie należy otwierać'' i trafia do magicznego Świata Fantasy, zdominowanego przez złego cesarza Dantego. Athena szybko odkrywa, że nowo poznany świat jest siedliskiem potworów oraz siepaczy wrogiego imperatora. Nie czekając, aż bestie ją pochwycą, postanawia się uzbroić i wypowiedzieć walkę złym siłom cesarza, by na nowo zapanował pokój w Świecie Fantasy, a ona sama mogła w końcu powrócić do domu w Niebiańskim Królestwie.


  Po wylądowaniu na wrogim terytorium, nasza bohaterka ma z początku do dyspozycji tylko atak kopnięcia, ale dodatkowo może również wyposażać się, zabierając poległym przeciwnikom broń, zbroje oraz tarcze. Niektóre bronie takie jak młot lub kiścień, pozwalają natychmiastowo kruszyć skalne bloki, co pozwala nam pozyskiwać nie tylko zbroje, ale również magiczne przedmioty, np. takie jak Sandały Merkurego, dzięki którym możemy wykonywać wysokie skoki, czy Skrzydła Pegasusa, umożliwiające latanie. Oprócz klasycznego stylu gier platformowych, ta nietuzinkowa produkcja zawiera również elementy RPG, które znacznie urozmaicają naszą rozgrywkę. Bohaterka musi ukończyć aż 8 światów, gdzie na końcu każdego z nich czeka na nią potężny boss. Aby pokonać swoich oponentów, Athena musi użyć, trzymanych w zanadrzu przeróżnych mitologicznych broni oraz przedmiotów, bez których nie da się też ukończyć rozgrywki. Zanim jednak nasza bohaterka dotrze na kraniec każdego świata, będzie musiała wpierw zmierzyć się na swej drodze z przeróżnymi przeciwnikami. W większości będą to potwory i wojownicy inspirowani mitologią Greków oraz Rzymian, jednak zdarzać się też będą bliżej nieokreślonej formy potworki, rodem z gier fantasy takich jak Legend od Zelda. Każdy z przeciwników ma swoje trzy kolorystyczne odmiany, różniące się poziomem mocy oraz ilością punktów, jakie za nich otrzymamy. Do pokonywania swoich wrogów, Athena ma do dyspozycji cały wachlarz arsenału potężnych broni, pośród których znajdą się maczugi, młoty, kiścienie, miecze oraz łuki, o różnej odmianie i wartości bojowej. Oprócz broni białej nasza uparta wojowniczka, ma możliwość władania także magią, znajdując po drodze magiczne zwoje, książki oraz laski - Także strzeżcie się potwory z piekła rodem! :)


 Gra została wyprodukowana w 1986 roku przez japońską firmę SNK i oprócz wersji arcade doczekała się również ogromu wydań na przeróżne platformy w tym Famicom, NES, Commodore 64, ZX Spectrum, a nawet PlayStation oraz modne ostatnio Nintedno Switch. 

 Warto wiedzieć, że Athena to jedna z pierwszych gier w historii, która otrzymała grywalną postać kobiecą. Popularność gry sprawiła, że nasza bohaterka doczekała się również angażu w szeregu kontynuacji oraz w produkcjach pobocznych, jako ukryta postać w późniejszych bijatykach SNK. 

Oryginalna japońska wersja okładki gry Athena
 na konsolę Famicom z 1987 roku.

 Dla mnie Athena to jeszcze jedna niezapomniana gra mojego dzieciństwa, jednak boleję nad tym, że obecnie pośród polskich graczy konsoli Pegasus, mało kto ją naprawdę pamięta, pozostając tytułem utkwionym jedynie w pamięci nielicznych koneserów. 

A wy jak wspominacie przygody wojowniczej Atheny w walce o pokój i ład na świecie? 

Dobrego dnia!

Keeper :)





niedziela, 18 lutego 2024

 TAJEMNICZA FIGURKA PRL CZYLI ROBOT BAJTEK :)




    Czymże byłyby filmy, gry video czy powieści w klimacie sc-fiction bez wszelkiej maści cyborgów i robotów? Czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek RoboCopa bez RoboCopa, albo Wojny Gwiezdne bez droidów? Ano nie da się! Nawet w uniwersum serii Wojowniczych Żółwi Ninja pojawił się uroczy robot Fugitoid, no bo czemu nie! Cały przełom lat 80-90-tych, nie mógł się obyć w mass-kulturze, bez żyjących własnym życiem maszyn i chodzących tosterów. Ludzie to kochali już od lat 50-tych i do dzisiaj łakną poskręcanych śrubkami bohaterów, których prawa dotyczące stot z krwi i kości, się nie imają. Tak też się stało w polskim kinie fantastycznym skierowanym dla młodszych odbiorców pod postacią filmu "Pan Kleks w Kosmosie" z 1988 roku. W słynnej i już trzeciej odsłonie tej serii, nie obyło się bowiem bez gadającego komputera oraz klasowego robota do nauki o wdzięcznym imieniu Bajtek. Ale nie o filmie dzisiaj mowa. Sam Bajtek to robot dla wielu koneserów dziś kultowy, a w swej prostocie budowy sączył się z jego obwodów niewątpliwy urok, którym pozyskał rzesze fanów pośród pokoleń dzieci lat 80 i 90-tych. Kto z nas przyznajcie, nie marzył o tym by mieć własnego gadającego robota Bajtka? To marzenie wkrótce się spełniło, aczkolwiek robot nie gadał, nie poruszał się ani tym bardziej nie obliczał skomplikowanych zadań domowych. Manufaktura z Gdyni, Elektrospółdzielnia bowiem uraczyła nas co prawda Robotem Bajtkiem, aczkolwiek w formie mającego zaledwie 6 cm gumowego ludzika. Mimo to gumowe figurki robota Bajka, rozchodziły się jak świeże bułeczki, gdy tylko pojawiło się te kilka nieszczęsnych sztuk w kiosku Ruchu lub sklepie papierniczym. Miniaturka do dzisiaj stanowi obiekt zainteresowania wielu kolekcjonerów i fanów dzikich czasów PRL. 

Robot Bajtek w filmie Pan Kleks w Kosmosie

Robot Bajtek w mojej kolekcji osobliwości :))

    Co więcej Robot Bajtek, nie był typową litą figurką jak choćby poznańskiej produkcji Smerfy czy Muppety, stojące smętnie w szybie kiosku Ruchu, bowiem posiadał części ruchome, w które obejmowały aż 4 punkty artykulacji składając się na głowę, ramiona oraz tułów. Robot Bajtek tak jak inne polskie figurki, posiadał różnorodne warianty kolorystyczne. Obecnie odnotowano odmianę ciemno-zieloną, jasno-zieloną, czarną oraz niebieską. Często przez swoją charakterystykę, mylony był z rojącym się od wszelkiej maści droidów uniwersum Star Wars. Do dzisiaj się zdarza, że jakiś Janusz biznesu wystawia Bajtka na aukcję z podpisem "Gwiezdne Wojny PRL". Cóż, nasz sędziwy Robot Bajtek może być już tylko dumny z siebie, że kojarzony jest z taką kasową marką jak Star Wars. 
Warto wiedzieć, że pomysłodawcą figurek był sam twórca filmu "Pan Kleks w Kosmosie", reżyser Krzysztof Gradowski, który zlecił produkcję figurek manufakturze z Gdyni. Elektrospółdzielnia oprócz Robota Bajtka, wyprodukowała jeszcze samego Pana Kleksa oraz kosmo-ludka znanego bliżej jako Mielośmiacz. O innych postaciach z filmu nic nie wiadomo.

Bajtek jak widać twarz ma niejedną - czyli różne warianty 
kolorystyczne nadesłane przez kolekcjonerów.
(Od lewej do prawej należą do: Mój @rolka_wspomnien, Tomasz Nieweglowski @eternogram12, Łukasz Kulik @made_by_kulo, Archiwum Allegro oraz VHS Hell @vhs.hell)

    Tak oto wygląda pokrótce historia figurki słynnego robota z polskiej kinematografii. Dla wielu smakoszy PRL, Robot Bajtek wciąż pozostaje nielichą zagadką, która utknęła gdzieś w odmętach czasu, z kolei dla innych nawet nigdy nie istniał. Nakład figurek, które weszły na polski rynek był tak diametralnie mały, że nie każdy z nas miał tą szansę Bajtka pozyskać. Natomiast Ci, którzy go wówczas posiadali, mogą dzisiaj czuć się wybrańcami, wyselekcjonowanymi osobiście przez samego Pana Kleksa! :))) 

No to komu piega? :)) 🔴🔵🟡🟢🟣

Dobrego dnia!

Keeper :-)

NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!!