niedziela, 21 lipca 2024

 CAPTAIN FUTURE - Czyli kultowe figurki z PRL-u :)



Załoga stawia się na mostku! :)

    Tym razem chciałbym się wam pochwalić moją kolekcją polskich figurek z serii Captain Future z przełomu lat 80 i 90-tych. Figurki zostały wspaniałomyślnie wyklepane dzięki poznańskiej manufakturze WARTA, znanej z tak kultowych serii jak Muppety, Smerfy, Flinstonowie czy nawet Star Wars. Pierwotnie figurki Captain Future były produkowane przez niemiecki Schleich w 1980 roku, którego wspaniałe wyroby mocno odbiegały kolorystycznie od miłych naszym sercom krajowych podróbek. Seria liczyła tylko pięć postaci, w których skład wchodził Captain Future, Joan Randall, Johnny Kirk, Otho oraz Grag. Zaraz zaraz, ale kto to u licha jest Captain Future, zapytacie? Mianowicie nie inaczej, seria figurek powstała na bazie wiekowego już anime z 1978 roku na modłę Star Trek oraz Gwiazdych Wojen. Fabuła serialu opowiada o przygodach Curtisa Newton, znanego także jako Kapitan Przyszłość, który przemierzając wraz z załogą kosmos, walczy ze złem buszującym w skolonizowanym przez ludzkość układzie słonecznym. Z powodu braku emisji serialu w polskiej telewizji, niewielu z nas wówczas wiedziało kim są owe czarujące postacie widniejące zza witryny kiosku Ruchu. Niektórzy cwani sprzedawcy, chytrze opychali te figurki pod nazwą Załoga G, bazując na popularności bardziej znanego polskim dzieciom serialu. Jak donoszą wieści ze świata, serial rzekomo był dostępny na pirackich kasetach VHS, tzw. "bazarówkach" dostępnych do kupienia na wszelakich giełdach towarowych. Warto wspomnieć, że samo anime oryginalnie bazowało na amerykańskich powieściach sc-fiction, autorstwa Edmonda Hamiltona, publikowanych w pulpowych magazynach na przełomie lat 1940-1944. 
Figurki Captain Future znikły z polskich półek handlowych tak szybko jak się pojawiły, stanowiąc obecnie jedną z najbardziej unikatowych oraz nietuzinkowych serii kolekcjonerskich. 

Poznajmy imiona naszych bohaterów! :)




Oryginały zestaw figurek Captain Future od Schleich.


    Myślę, że figurki Captain Future to dzisiaj już zapomniany relikt czasów PRL, o którym pamiętają już tylko nieliczni koneserzy oraz entuzjaści starych dobrych czasów, jednocześnie stanowiąc interesującą ciekawostkę dla wszystkich pozostałych.

Inne warianty kolorystyczne figurek Captain Future.

Jeszcze jeden zestaw naszej załogi w innej aranżacji..



A wy jak wspominacie polskie figurki Kapitana Przyszłości? Mieliście, zbieraliście? 

Do następnego!

KEEPER :)



niedziela, 19 maja 2024

 SAMURAI ZOMBIE NATION - Czyli kultowa osobliwość konsoli Pegasus :)



    Mamy rok 1993. Któregoś wakacyjnego dnia wracam co sił do domu, dzierżąc w dłoni nowo zakupioną na targu grę Pegasus. Mając do wyboru szereg różnobarwnych dyskietek na co sobotnim straganie, mój czujny wzrok górskiego lamparta padł tym razem na krzyczący głośno do mojego jestestwa tylko jeden tytuł - Samurai Zombie Nation! Czy można było obojętnie przejść, obok zestawu tak dobrze współgrających że sobą słów? Nie wydaje mi się. Od razu więc z portmonetki zdobnej w logo Żółwi Ninja, wyjąłem całe 10 zł, które drżącą ręką podałem podejrzanie wąsatemu sprzedawcy z dalekiego wschodu. Wróciłem do domu i od razu odpaliłem dużo obiecującą mi grę, gdzie łypał na mnie z etykiety łysy typ na modłę Kodżaka, plujący na budynki mieszkalne promieniami lasera. Po bokach tej zjawiskowej grafiki zauważyłem również statki kosmiczne i obcego insektoida, więc co mogło i tym razem pójść nie tak, wydając szybkim gestem to marne 10 zł za które mogłem w zamian kupić Contre Force albo Ghostbusters 2 ? Włączyła się gra i zapadła cisza. Moim skołowanym oczom, ukazało się niczym senny koszmar, mroczne, wiejące grozą intro wprowadzające mnie w fabułę gry. Historia Samurai Zombie Nation zabrała mnie w podróż, aż do 1999 roku kiedy to na pustyni w Nevadzie rozbija się meteoryt, transportujący na Ziemię groźnego obcego znanego jako Darc Seed. Obcy nie czekając na miłe powitanie ziemian, natychmiastowo przemienia niemal całą populację Stanów Zjednoczonych w posłuszne jego rozkazom hordy zombie. Żeby tego było mało, swoją potężną mocą telekinezy, obcy zawładnął szeregiem śmiercionośnych maszyn i broni w tym słynnym samurajskim mieczem Shura. Dowiadując się o tym duch potężnego samuraja Namakubi, pod postacią wielkiej głowy nietrwożnie leci do Stanów Zjednoczonych by uratować ludzkość przed plagą zombie i odzyskać święty miecz wojowników z parszywych łap Darc Seed'a, posyłając go prosto do piekła.


Ten groźny typ, łypiący do nas z etykiety gry, to nie Kodżak, tylko 
słynny samuraj Namakubi :))


    Sama rozgrywka to nic innego jak klasyczna strzelanka w rzucie horyzontalnym, na modłę takich klasyków jak Macross, Gradius czy niezapomniany Life Force. Jako gracz cały czas sterujemy lecącym do przodu Namakubim, opluwając kulami ognia wrogie pojazdy, zombie i inne monstra, na które dodatkowo można zrzucić też ognisty wymiot. Namakubi potrafi niszczyć też budynki oraz różne struktury, ratując przy okazji zwykłych obywateli, za co dostaje dodatkowy upgrade siły ognia. Nasz osobliwy bohater posiada też pasek życia, składający się z ośmiu miniaturek głów Namakubi, widocznych w dole ekranu. Po 2-3 oberwanych ciosach, zamiast główki pojawia się czaszka, a gdy będzie ich osiem, nasz bohater przegrywa, a gra zostaje skończona. Pasek życia można naturalnie też odnawiać w trakcie rozgrywki, niszcząc budynki i inne struktury. Oprócz paska energii, gracz ma do dyspozycji również aż sześć kontynuacji, które powiększają się o jeden po każdym ukończonym etapie, kończąc maksymalnie na dziewięciu. Jakby tego jeszcze było nam mało, przed rozgrywką gracz dostaje opcję wyboru poziomu trudności gry - easy oraz hard, jak również możliwość rozpoczęcia przygody od dowolnej planszy. Naszym celem jest ukończenie wszystkich czterech etapów gry, które ostatecznie otworzą nam przejście do sekretnej piątej mapy, kończąc naszą rozgrywkę na finałowej walce z Darc Seedem włącznie.
    Graficznie tytuł prezentuje się zwykle w burych i granatowych barwach, co fenomenalnie oddaje klimat chylącego się ku upadkowi świata, dozując nam jednocześnie przez cała grę, od początku do końca potęgujące uczucie niepokoju oraz grozy. Sam projekt głównego bohatera może wydawać się, aż nadto groteskowy, jednak jako strzelanka, gra sprawdza się wyśmienicie, wciągając miłośników gatunku na długie godziny dobrej zabawy.


    Warto wspomnieć, że gra ukazała się po raz pierwszy na rynku japońskim w 1990 roku, różniąc się kilkoma znaczącymi szczegółami od bliżej znanej fanom Pegasusa, wersji amerykańskiej. Zamiast głowy samuraja Namakubi, występuje ogromna maska Tengu, bóstwa wojowników Ninja, a gracz musi zdobyć zdolność plucia ogniem, podczas gdy w wersji amerykańskiej zdolność ta występuje od razu. Ostateczny boss Darc Seed, pierwotnie nosił miano Eva. Inne różnice polegają na dużych zmianach graficznych oraz designu jednego z bossów pod postacią Statuy Wolności.



    Samurai Zombi Nation to dla mnie już klasyka, za dzieciaka produkcja wydawała mi się mroczna, niepokojąca i napawająca mnie grozą. Świat pogrążony w chaosie i rozpaczy to w świecie gier norma, ale bohater o kształcie ogromnej szpetnej głowy to już unikat na skalę światową i nie sposób o nim zapomnieć, a już na pewno przejść obok niego obojętnie!
A wy jak wspominacie lot samuraja Namakubi, po zwycięstwo i wolność dla świata? :))

Dobrego dnia!

Keeper :)




niedziela, 3 marca 2024

 ATTERA - Czyli zapomniana gra fantasy na konsolę Pegasus! :)



 Dawno nie było nic o giereczkach, a że nie wypada w żadnym razie pomijać tematu konsoli Pegasus, postanowiłem po raz kolejny i nie ostatni wziąć na warsztat jedną z gier, które noszę ciągle w pamięci oraz sercu. Było lato 1993 roku, kiedy to zaprosił mnie do siebie kolega z bloku obok na przetestowanie jego nowej konsoli Pegasus MT-555DX. Pokazując mi szereg wspaniałych gier, których wcześniej na tą konsolę nie znałem, mój wzrok spoczął jednak na skromnym, aczkolwiek niewątpliwie interesującym kartridżu podpisanym równie ciekawie co tajemniczo, tytułem ''Attera''.

PEGASUS MT-555DX z 1993 roku - czy ktoś go jeszcze pamięta? :)

 Oprócz wyżej wspomnianego tytułu, na etykiecie wówczas tzw. ''dyskietki'' widniał obrazek rodem z filmu Heroic Fantasy pt. ''Czerwona Sonja'', przedstawiając dwie rudo-włose wojowniczki, ze szkaradnym smokiem w tle. Kochając tego typu wspaniałości już od wczesnych lat młodości, od razu wyniuchałem, że będzie to wyjątkowa gra. Wcale się też nie pomyliłem, bowiem gdy razem z kumplem odpaliliśmy tytuł na konsoli, już od pierwszych chwil rozgrywki pochłonął mnie na długie godziny. Co prawda gra nie nazywała się wcale Attera, a Athena jak też szybko zasugerował nam ekran tytułowy produkcji. Fabuła opowiada nam upartej wojowniczej księżniczce Athenie, zamieszkującej niebiańskie Królestwo Zwycięstwa. Jednak pewnego wspaniałego dnia, dziewczyna myszkując chytrze po zamku, niefortunnie otwiera w podziemiach pałacu ''drzwi, których nigdy nie należy otwierać'' i trafia do magicznego Świata Fantasy, zdominowanego przez złego cesarza Dantego. Athena szybko odkrywa, że nowo poznany świat jest siedliskiem potworów oraz siepaczy wrogiego imperatora. Nie czekając, aż bestie ją pochwycą, postanawia się uzbroić i wypowiedzieć walkę złym siłom cesarza, by na nowo zapanował pokój w Świecie Fantasy, a ona sama mogła w końcu powrócić do domu w Niebiańskim Królestwie.


  Po wylądowaniu na wrogim terytorium, nasza bohaterka ma z początku do dyspozycji tylko atak kopnięcia, ale dodatkowo może również wyposażać się, zabierając poległym przeciwnikom broń, zbroje oraz tarcze. Niektóre bronie takie jak młot lub kiścień, pozwalają natychmiastowo kruszyć skalne bloki, co pozwala nam pozyskiwać nie tylko zbroje, ale również magiczne przedmioty, np. takie jak Sandały Merkurego, dzięki którym możemy wykonywać wysokie skoki, czy Skrzydła Pegasusa, umożliwiające latanie. Oprócz klasycznego stylu gier platformowych, ta nietuzinkowa produkcja zawiera również elementy RPG, które znacznie urozmaicają naszą rozgrywkę. Bohaterka musi ukończyć aż 8 światów, gdzie na końcu każdego z nich czeka na nią potężny boss. Aby pokonać swoich oponentów, Athena musi użyć, trzymanych w zanadrzu przeróżnych mitologicznych broni oraz przedmiotów, bez których nie da się też ukończyć rozgrywki. Zanim jednak nasza bohaterka dotrze na kraniec każdego świata, będzie musiała wpierw zmierzyć się na swej drodze z przeróżnymi przeciwnikami. W większości będą to potwory i wojownicy inspirowani mitologią Greków oraz Rzymian, jednak zdarzać się też będą bliżej nieokreślonej formy potworki, rodem z gier fantasy takich jak Legend od Zelda. Każdy z przeciwników ma swoje trzy kolorystyczne odmiany, różniące się poziomem mocy oraz ilością punktów, jakie za nich otrzymamy. Do pokonywania swoich wrogów, Athena ma do dyspozycji cały wachlarz arsenału potężnych broni, pośród których znajdą się maczugi, młoty, kiścienie, miecze oraz łuki, o różnej odmianie i wartości bojowej. Oprócz broni białej nasza uparta wojowniczka, ma możliwość władania także magią, znajdując po drodze magiczne zwoje, książki oraz laski - Także strzeżcie się potwory z piekła rodem! :)


 Gra została wyprodukowana w 1986 roku przez japońską firmę SNK i oprócz wersji arcade doczekała się również ogromu wydań na przeróżne platformy w tym Famicom, NES, Commodore 64, ZX Spectrum, a nawet PlayStation oraz modne ostatnio Nintedno Switch. 

 Warto wiedzieć, że Athena to jedna z pierwszych gier w historii, która otrzymała grywalną postać kobiecą. Popularność gry sprawiła, że nasza bohaterka doczekała się również angażu w szeregu kontynuacji oraz w produkcjach pobocznych, jako ukryta postać w późniejszych bijatykach SNK. 

Oryginalna japońska wersja okładki gry Athena
 na konsolę Famicom z 1987 roku.

 Dla mnie Athena to jeszcze jedna niezapomniana gra mojego dzieciństwa, jednak boleję nad tym, że obecnie pośród polskich graczy konsoli Pegasus, mało kto ją naprawdę pamięta, pozostając tytułem utkwionym jedynie w pamięci nielicznych koneserów. 

A wy jak wspominacie przygody wojowniczej Atheny w walce o pokój i ład na świecie? 

Dobrego dnia!

Keeper :)





niedziela, 18 lutego 2024

 TAJEMNICZA FIGURKA PRL CZYLI ROBOT BAJTEK :)




    Czymże byłyby filmy, gry video czy powieści w klimacie sc-fiction bez wszelkiej maści cyborgów i robotów? Czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek RoboCopa bez RoboCopa, albo Wojny Gwiezdne bez droidów? Ano nie da się! Nawet w uniwersum serii Wojowniczych Żółwi Ninja pojawił się uroczy robot Fugitoid, no bo czemu nie! Cały przełom lat 80-90-tych, nie mógł się obyć w mass-kulturze, bez żyjących własnym życiem maszyn i chodzących tosterów. Ludzie to kochali już od lat 50-tych i do dzisiaj łakną poskręcanych śrubkami bohaterów, których prawa dotyczące stot z krwi i kości, się nie imają. Tak też się stało w polskim kinie fantastycznym skierowanym dla młodszych odbiorców pod postacią filmu "Pan Kleks w Kosmosie" z 1988 roku. W słynnej i już trzeciej odsłonie tej serii, nie obyło się bowiem bez gadającego komputera oraz klasowego robota do nauki o wdzięcznym imieniu Bajtek. Ale nie o filmie dzisiaj mowa. Sam Bajtek to robot dla wielu koneserów dziś kultowy, a w swej prostocie budowy sączył się z jego obwodów niewątpliwy urok, którym pozyskał rzesze fanów pośród pokoleń dzieci lat 80 i 90-tych. Kto z nas przyznajcie, nie marzył o tym by mieć własnego gadającego robota Bajtka? To marzenie wkrótce się spełniło, aczkolwiek robot nie gadał, nie poruszał się ani tym bardziej nie obliczał skomplikowanych zadań domowych. Manufaktura z Gdyni, Elektrospółdzielnia bowiem uraczyła nas co prawda Robotem Bajtkiem, aczkolwiek w formie mającego zaledwie 6 cm gumowego ludzika. Mimo to gumowe figurki robota Bajka, rozchodziły się jak świeże bułeczki, gdy tylko pojawiło się te kilka nieszczęsnych sztuk w kiosku Ruchu lub sklepie papierniczym. Miniaturka do dzisiaj stanowi obiekt zainteresowania wielu kolekcjonerów i fanów dzikich czasów PRL. 

Robot Bajtek w filmie Pan Kleks w Kosmosie

Robot Bajtek w mojej kolekcji osobliwości :))

    Co więcej Robot Bajtek, nie był typową litą figurką jak choćby poznańskiej produkcji Smerfy czy Muppety, stojące smętnie w szybie kiosku Ruchu, bowiem posiadał części ruchome, w które obejmowały aż 4 punkty artykulacji składając się na głowę, ramiona oraz tułów. Robot Bajtek tak jak inne polskie figurki, posiadał różnorodne warianty kolorystyczne. Obecnie odnotowano odmianę ciemno-zieloną, jasno-zieloną, czarną oraz niebieską. Często przez swoją charakterystykę, mylony był z rojącym się od wszelkiej maści droidów uniwersum Star Wars. Do dzisiaj się zdarza, że jakiś Janusz biznesu wystawia Bajtka na aukcję z podpisem "Gwiezdne Wojny PRL". Cóż, nasz sędziwy Robot Bajtek może być już tylko dumny z siebie, że kojarzony jest z taką kasową marką jak Star Wars. 
Warto wiedzieć, że pomysłodawcą figurek był sam twórca filmu "Pan Kleks w Kosmosie", reżyser Krzysztof Gradowski, który zlecił produkcję figurek manufakturze z Gdyni. Elektrospółdzielnia oprócz Robota Bajtka, wyprodukowała jeszcze samego Pana Kleksa oraz kosmo-ludka znanego bliżej jako Mielośmiacz. O innych postaciach z filmu nic nie wiadomo.

Bajtek jak widać twarz ma niejedną - czyli różne warianty 
kolorystyczne nadesłane przez kolekcjonerów.
(Od lewej do prawej należą do: Mój @rolka_wspomnien, Tomasz Nieweglowski @eternogram12, Łukasz Kulik @made_by_kulo, Archiwum Allegro oraz VHS Hell @vhs.hell)

    Tak oto wygląda pokrótce historia figurki słynnego robota z polskiej kinematografii. Dla wielu smakoszy PRL, Robot Bajtek wciąż pozostaje nielichą zagadką, która utknęła gdzieś w odmętach czasu, z kolei dla innych nawet nigdy nie istniał. Nakład figurek, które weszły na polski rynek był tak diametralnie mały, że nie każdy z nas miał tą szansę Bajtka pozyskać. Natomiast Ci, którzy go wówczas posiadali, mogą dzisiaj czuć się wybrańcami, wyselekcjonowanymi osobiście przez samego Pana Kleksa! :))) 

No to komu piega? :)) 🔴🔵🟡🟢🟣

Dobrego dnia!

Keeper :-)

NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!!


niedziela, 11 czerwca 2023

UWAGA OGŁOSZENIE!
MÓJ NOWY BLOG: ''WARSZTAT KEEPERA'' :)


    Chciałbym wam wszystkim przedstawić mój nowy blogowy projekt pt. Warsztat Keepera, w którym będę rejestrował tworzone przeze mnie różnorodne modelarskie rękodzieła, naprawy oraz customy - czyli własnoręcznie sklecone figurki, które nigdy nie trafiły do masowej produkcji znanych marek.
Na pierwszy ogień postanowiłem wrzucić do powszechnej opinii figurkę Ermaca, znanego z serii gier Mortal Kombat, czerwonego ninje.

Własnoręcznie sklecony przeze mnie Ermac :)

   Link poniżej zaprowadzi was do pełnego artykułu, znajdującego się już na moim nowym blogu, gdzie zobaczycie przebieg tworzenia tej figurki, jak i również będziecie mogli dowiedzieć się czegoś na temat samej postaci Ermaca ->


Mile widziane komentarze oraz opinie. Mam nadzieję, że mój czerwony ninja przypadnie wam do gustu :)

Oczywiście Rolki Wspomnień nie odpuszczę i nadal będę tu publikował. by cieszyć się razem z wami wspomnieniami naszego dzieciństwa :) Warsztat Keepera to po prostu kolejny z moich projektów i pomysłów na hobby ;)

A więc.. Niech rozpocznie się turniej Mortal Kombat!


ERMAC KONTRA MILENA


Dobrego dnia! 

Keeper :-)



sobota, 20 maja 2023

 WOJOWNICZE ŻÓŁWIE NINJA W KIOSKOWYM WYDANIU CZ. 7 : TORTOISE RIDER! :)




    Halo, halo! Są tu jacyś fani motoryzacji? Myślę, że z całą pewnością! A co byście powiedzieli na fuzję rajdowego motocyklisty z figurką Wojowniczych Żółwi Ninja? Ot prosta w swym designu zabawka, przedstawiająca, jak sądząc po czerwonych bandanach, Raphaella dosiadającego obklejony krzykliwymi naklejkami, zielony moto-ścigacz. Można by powiedzieć, że zabawka jakich wiele na ówczesnym rynku zbytu wczesnych lat 90-tych. Jej zjawisko jednak jest nieco bardziej złożone, gdyż Rapha dosiadającego motor mogliśmy również podziwiać w mało popularnym, aczkolwiek lubianym przez dzieci, aktorskim serialu pt: Wojownicze Żółwie Ninja: Następna Mutacja z 1997 roku! Czyżby twórcy serialu inspirowali się właśnie tą prostą zabawką ''Motocyklisty Rapha'', a może też producent owej zabawki, zajrzał w głąb przyszłości i ujrzał serial z motywem ścigacza ninja? Czysty obłęd prawda? 

   Otóż wcale nie! :) Jak zwykle się zgrywam, a sam motyw motorów i ścigaczy w uniwersum zabawek był równie popularny w latach 90-tych co ninja, mutanci oraz cyborgi we własnej osobie. Aczkolwiek fajnie by było gdyby ta legendarna zabawka była owiana taką właśnie nutką mistycyzmu. A może tak właśnie i jest? Kto to wie.

Warto wspomnieć, że motyw motocyklowych Żółwi Ninja pojawił się również w słynnej kreskówce TMNT Freda Wolfa z 1987 roku, gdzie z kolei Żółwie sporadycznie używały swojego motocyklu i nie można wcale orzec, żeby był to dla nich chleb powszedni, tak jak dla Rapha z Następnej Mutacji, który niemal co wieczór wyruszał swoim motocyklem na misję wojowników ninja.


Raph dosiadający motocykl w serialu TMNT: Następna Mutacja


    Zabawka ''Rapha Motocyklisty'' miała swój mały debiut gdzieś pomiędzy 1989 a 1992 rokiem. Był to czas w którym miejscowe odpusty i sklepy papierniczo-zabawkarskie wręcz pęczniały od nawału tego typu osobliwości. Motocyklowe ścigacze miały dość agresywny i dziki sznyt, przez co często-gęsto idealnie komponowały się z przeróżnymi wojownikami ninja, cyborgami i innym badziewiem z karabinem w łapie.


Wojownicy Ninja i motocykle; idealne połączenie zabawek lat 90-tych! :)


Raph Motocyklista czyli niezrównany Tortoise Rider! :))


    Sama figurka Żółwia Ninja dołączona do ścigacza była całkowicie osobnym oraz co więcej ruchomym elementem, jednak żeby go odczepić, trzeba było się liczyć z urwaniem przy okazji kierownicy motoru. Kto tego próbował za dzieciaka, tak jak ja, ten wie o czym mówię! :) Figurka Turtlesa prezentowała się naprawdę ciekawie, wyglądając niczym miniaturka większych figurek dostępnych w sklepach. Motocyklowy Raph posiadał tylko dwa punkty artykulacji, w ramionach i nogach złączonych razem ośką, przechodzącą przez korpus figurki. Z kolei zielony ścigacz, oblepiony z każdej stron naklejkami z motywem TMNT, sam w sobie również wyglądał bardzo przyzwoicie, a co więcej posiadał aż dwa, kultowe  już dzisiaj gimmicki. Motor w tylnym kole miał napęd na tzw. ''rozpęd'', gdzie nie omieszkano wmontować również kawałka krzesiwa, które sypało iskrami z podwozia ścigacza za każdym razem gdy rozpędzaliśmy jego tylne koło. Miało to na celu zabłysnąć efektem tlących się płomieni z dyszy silnika, nikłym bo nikłym, ale w oczach dziecka lat 90-tych, w tym i moich, wypadało to mega efekciarsko! :)




    Niewiele wiadomo dzisiaj o samym producencie tej zabawki, z racji braku jakiejkolwiek sygnatury poza oznaczeniem Made in China na tekturce blistra, jednak idąc tropem loga opakowania oraz naklejki na ścigaczu podpisanych jako ''TORTOISE RIDER'', co po naszemu z języka angielskiego oznacza tyle co  ''żółwi jeździec'', można wydedukować, że jest to kolejna zabawka chińskiej produkcji dedykowana na rynek amerykańsko-europejski, który wówczas mocno prosperował w tego typu bootlegi Żółwi Ninja. Co lepsze nasz tajemniczy producent, obawiając się turbo-bana ze strony stróżów praw autorskich, chytrze zmienił klasyczną nazwę z Turtles na Tortoise, będącej angielskim określeniem rodziny żółwi lądowych, aby oczywiście nikt się też nie domyślił podobieństw względem Żółwi Ninja :)) Być może naiwne, ale skuteczne, bowiem ten proceder przez lata był stosowany, prawdopodobnie przez tego samego producenta,  przy wielu innych figurkach i zabawkach Żółwi Ninja z serii Made in China. Figurka wraz z motorem była fabrycznie zapakowana, jak już wspomniałem w blister z dość ładną jak na standardy bootlegów grafiką, przedstawiającą dwa Żółwie Ninja pędzących w nieznane na motorze, hen przed siebie. 

Blister z zabawką TORTOISE RIDER :)


W latach 90-tych tego typu naklejki na zabawkach to był hit! :)

Po raz pierwszy z tą, a jakże zjawiskową zabawką zetknąłem się gdzieś w 1991 roku, kiedy to moja starsza siostra wypatrzywszy ją swoim bystrym wzrokiem na półce w miejscowym sklepiku z zabawkami, wspaniałomyślnie postanowiła mi ją kupić! :) To był po prostu kolejny wesoły dzień lata w ciepłych promieniach lipcowego słońca, ale dla mnie, kiedy moja kochana siostra wręczyła mi owe nadprzyrodzone zjawisko do rąk, stał się zdecydowanie jeszcze lepszy!  Dla wielu ludzi ta zabawka pewnie trąci już dzisiaj myszką, jednak dla mnie po dziś dzień zostanie zapamiętana jako pełen wspomnień magiczny artefakt z odmętów mojego dzieciństwa. 



A wy jak wspominacie Tortoise Rider sypiącego z podwozia iskrami? :) 
COWABUNGA!
Keeper

sobota, 18 marca 2023

G.I. JOE: STREET FIGHTER II - Czyli kultowe figurki lat 90-tych.



    Mimo, że nawet lubiłem, to nigdy nie byłem jakoś specjalnie wielkim fanem  serii Street Fighter, jeśli chodzi o samą kompozycję gier, która w Polsce lat 90-tych zalewała niemal każdy wóz Drzymały obfitujący w automaty do gier video. Jakoś mentalnie od zawsze byłem związany z drużyną zawodników serii Mortal Kombat i zdecydowanie wolałem klepać miski Sub-Zero z klanu Lin Kuei niż rosochatym Guilem z USA. Owszem grywałem w Street Fighter na automatach lub nawet w pirackie hacki gier na konsolę Pegasus, których wtedy było od groma na polskim rynku, bo kto by nie grał, jednak zawsze bardziej mnie ciągnęło do mocniej 
związanym z moim jestestwem uniwersum Mortal Kombat. Aczkolwiek sama franczyza Street Fighter nie obejmowała tylko gier video, ale również inne ciekawostki, jak choćby komiksy, anime czy nawet ekranizację filmową z Jean-Claude Van Damme w roli głównej. Jednak do najlepszych jej owoców trzeba zaliczyć bez wątpienia również  figurki z serii Street Fighter II od Hasbro na licencji Capcom z 1993 roku. Z figurkami po raz pierwszy zetknąłem się gdzieś pomiędzy 1993 a 1994 rokiem, kiedy to po szkole udałem się do miejscowej księgarni, która zarazem obejmowała sobą również dział zabawkowy. Na miejscu spotkałem tam mojego kolegę z klasy, Tomasza, który w rękach trzymał nowiutki blister z serii Street Fighter II z figurką zielonego mutanta-wojownika o nazwie Blanka, co zawsze mnie prześladowało mając starszą siostrę o tym imieniu. Starałem się o tym nie myśleć, ale same figurki zapamiętałem na długo. Oprócz Blanki, tamtego dnia widziałem  na półce w księgarni jeszcze Bisona oraz Kena, ale mając świadomość o wielkiej pale, która mi groziła z matematyki, nie śmiałem prosić rodziców o takie ekskluzywne figurki, bo honor wojownika nigdy na dużo nie pozwala! :))


Większa część mojej skromnej kolekcji figurek Street Fighter II :)


    Zabawki technicznie skonstruowane były identycznie co seria figuek G.I. Joe od Hasbro, składając się z multum, wielorakiej artykulacji ciała, trzymanego wewnątrz na gumce, czyli tzw. o-ringu. Do stworzenia figurek, Hasbro wykorzystało w większości istniejące już elementy z serii G.I. Joe Ninja Force oraz ARAH (G.I. Joe: A Real American Hero), tworząc na nowo jedynie główki bohaterów, a także poszczególne partie ciała. Niektóre z postaci posiadały znany, również z serii Ninja Force gimmick, czyli mówiąc potocznie ''akcję specjalną'' figurki, która obejmowała sprężynowe ruchy ramion, tułowia oraz nóg. W zestawie każdy z bohaterów posiadał szeroki wachlarz uzbrojenia, od mieczy katana, po topory czy nawet broń palną oraz klasyczną podstawkę w stylu G.I. Joe, stabilizującą figurkę na półce.
 


Storm Shadow (v3) z serii Ninja Force oraz Ken Masters (v1) z serii Street Fighrer II
Na potrzeby produkcji postaci Kena, Hasbro wykorzystało gotowy już korpus Storm Shadow, jak również ten sam gimmick. Różnica polegała tylko na innym kolorze figurki oraz nowej głowie.

    W skład figurek Hasbro wchodziły wszystkie postacie 12 zawodników znanych z gry Street Fighter II, czyli Ken, Ryu, Chun-Li, Zangief, Sagat, Guile, Blanka, Honda, Barlog, Vega, Dhalsim oraz Bison. Sam design figurek nie był stricte idealny względem bohaterów gry video, ale miał sporo cech charakterystycznych dzięki którym dało się z łatwością daną postać rozpoznać. Najbardziej szczegółowa była głowa figurek, reszta była umowna, często w postaci przemalowanych na odpowiedni kolory partii z serii Ninja Force, jak również klasycznego ARAH. 

Portrety 12 zawodników Street Fighter II widniejące na tylnej części tekturki blistra.


                     



     Figurki jak na lata 90-te przystało, dostały od producenta bardzo ładną i żywą paletę barw, która aż zapraszała do kupna całej kolekcji, wabiąc oczy niejednego dzieciaka. Oprócz standardowej wersji, zostały też wydane warianty figurek o odmiennej kolorystyce lub budowie ciała, jak również całkiem  nowe figurki na podstawie wyżej wspomnianej ekranizacji filmowej. Bardzo żałuję, że producenci nie poszli o krok dalej w serii i nie wydali kolejnych figurek z odsłony gry Super Street Fighter II, gdzie było dużo nowych i ciekawych postaci jak choćby Cammy, Thawk czy Feilong.
    Myślę, że nawet nie będąc fanem gier Street Fighter, same figurki spełniały swoją rolę idealnie, dostarczają w głowie  młodego człowieka masę pomysłów na nowe scenariusze do zabawy. Mimo, że osobiście wolałem uniwersum gier Mortal Kombat, figurki ze Street Fightera również przykuły i moją uwagę, będąc jedną z lepszych serii zabawek, dostępnych na rynku lat 90-tych, zaraz obok słynnej serii G.I. Joe.
    Jak na każde uniwersum przystało, również seria Street Fighter II posiadała swoją własną, oryginalną fabułę. Historia samej gry jak i zapewne też figurek, bo czemu nie, opowiada o tym jak lider terrorystycznej organizacji Shadaloo, M. Bison w celu zdobycia globalnej dominacji, organizuje światowy turniej sztuk walki, aby wyłonić najlepszych wojowników i zmusić ich do pracy w swoich szeregach, poprzez psioniczne pranie mózgu. Plany M.Bisona zostają udaremnione przez niejakiego Akumę, który podstępem zajmuje jego miejsce w szeregach Shadaloo, licząc, że finalistą turnieju będzie Ryu z którym pragnie się zmierzyć. Bossowie złowrogiej organizacji, jednak nie wiedzą, że mając czyste serce, większość uczestników nie da się tak łatwo przekabacić na złą stronę mocy Shadoloo i zdobędą tak czy inaczej zwycięstwo, ku czci swoich zasad oraz szacunku dla bliskich.

Ken i Ryu, czyli najlepsi z najlepszych!


Sam zarys fabuły nigdy specjalnie nie rzucał mnie na kolana, ale bardziej od samej historii, zawsze interesowały mnie osobiste cele i pobudki uczestników, dla których biorą udział w turnieju. Jedni chcą pomścić śmierć bliskiego, inni odkryć swoją zaginioną przeszłość, a drudzy jeszcze pragną przywrócić pokój na świecie czy udowodnić po prostu swoją siłę. Cele wszystkich zawodników, były bardziej lub mniej szlachetnie, ale znając historię każdego z bohaterów mogliśmy wyłonić swój ulubiony typ z którym się utożsamialiśmy, co znacznie bardziej poprawiało pozytywny odbiór tego uniwersum niż sama fabuła.
    Na dużą uwagę zasługuje figurka Edmonda Hondy, która jako jedna z nielicznych została stworzona całkowicie od zera. Jego dużo gabaryty wojownika sumo, jak na tamte czasy robiły nieliche wrażenie, zwłaszcza, że do tej pory Hasbro przedstawiało tylko postacie o szczupłej jak i atletycznej budowie ciała. Taki typ bohatera był wówczas bardzo unikatowy, a co więcej dostarczał całkowicie nowy obraz tego, co Hasbro będzie w stanie nam zaoferować znowu w niedalekiej przyszłości. 

Honda - wojownik sumo! :)

E. Honda w akcji! :))


    Gdyby ktoś mnie zapytał czym był dla mnie koniec lat 90-tych, odrzekłbym niemal od razu, że był końcem wspaniałych kreskówek, gum balonowych z naklejkami, szałem na Żółwie Ninja oraz końcem figurek na o-ringach, typu G.I. Joe, Lanard The Corps, Street Fighter i Mortal Kombat, których nigdy nie zapomnę. Pisząc moje teksty, jakoś zawsze bierze mnie smuteczek, że to już nie powróci, oglądając przez okno bezduszną rzeczywistość świata cybernetyki, tabletów i smartfonów, które pochłaniają sobą wspomnienia o tym co było prawdziwe i dobre. Nie jestem jaskiniowcem, korzystam z dobrodziejstw dzisiejszej techniki, ale z głową, pamiętając o tym co naprawdę dawało mi w życiu radość i niezapomniane szczęście. 
Podobno figurki Street Fighter II to już przeszłość, ale czym byłaby przyszłość bez tak wspaniałej przeszłości jaką mogliśmy się cieszyć w kultowych latach 90-tych? Tego się po prostu nie da zapomnieć!


Hiszpański Ninja Vega! :)


Blondwłosy warkocz Vegi został wykonany z gumy, dzięki czemu po latach mógł uniknąć złamaniu.



A wy jak wspominacie serię Ulicznego Wojownika 2 ? :) 

Dobrego dnia oraz...

Hadouken!!!! :)))

Keeper 

Psssyt... podobno Guil i Chun-Li mają romans! :)))