sobota, 18 marca 2023

G.I. JOE: STREET FIGHTER II - Czyli kultowe figurki lat 90-tych.



    Mimo, że nawet lubiłem, to nigdy nie byłem jakoś specjalnie wielkim fanem  serii Street Fighter, jeśli chodzi o samą kompozycję gier, która w Polsce lat 90-tych zalewała niemal każdy wóz Drzymały obfitujący w automaty do gier video. Jakoś mentalnie od zawsze byłem związany z drużyną zawodników serii Mortal Kombat i zdecydowanie wolałem klepać miski Sub-Zero z klanu Lin Kuei niż rosochatym Guilem z USA. Owszem grywałem w Street Fighter na automatach lub nawet w pirackie hacki gier na konsolę Pegasus, których wtedy było od groma na polskim rynku, bo kto by nie grał, jednak zawsze bardziej mnie ciągnęło do mocniej 
związanym z moim jestestwem uniwersum Mortal Kombat. Aczkolwiek sama franczyza Street Fighter nie obejmowała tylko gier video, ale również inne ciekawostki, jak choćby komiksy, anime czy nawet ekranizację filmową z Jean-Claude Van Damme w roli głównej. Jednak do najlepszych jej owoców trzeba zaliczyć bez wątpienia również  figurki z serii Street Fighter II od Hasbro na licencji Capcom z 1993 roku. Z figurkami po raz pierwszy zetknąłem się gdzieś pomiędzy 1993 a 1994 rokiem, kiedy to po szkole udałem się do miejscowej księgarni, która zarazem obejmowała sobą również dział zabawkowy. Na miejscu spotkałem tam mojego kolegę z klasy, Tomasza, który w rękach trzymał nowiutki blister z serii Street Fighter II z figurką zielonego mutanta-wojownika o nazwie Blanka, co zawsze mnie prześladowało mając starszą siostrę o tym imieniu. Starałem się o tym nie myśleć, ale same figurki zapamiętałem na długo. Oprócz Blanki, tamtego dnia widziałem  na półce w księgarni jeszcze Bisona oraz Kena, ale mając świadomość o wielkiej pale, która mi groziła z matematyki, nie śmiałem prosić rodziców o takie ekskluzywne figurki, bo honor wojownika nigdy na dużo nie pozwala! :))


Większa część mojej skromnej kolekcji figurek Street Fighter II :)


    Zabawki technicznie skonstruowane były identycznie co seria figuek G.I. Joe od Hasbro, składając się z multum, wielorakiej artykulacji ciała, trzymanego wewnątrz na gumce, czyli tzw. o-ringu. Do stworzenia figurek, Hasbro wykorzystało w większości istniejące już elementy z serii G.I. Joe Ninja Force oraz ARAH (G.I. Joe: A Real American Hero), tworząc na nowo jedynie główki bohaterów, a także poszczególne partie ciała. Niektóre z postaci posiadały znany, również z serii Ninja Force gimmick, czyli mówiąc potocznie ''akcję specjalną'' figurki, która obejmowała sprężynowe ruchy ramion, tułowia oraz nóg. W zestawie każdy z bohaterów posiadał szeroki wachlarz uzbrojenia, od mieczy katana, po topory czy nawet broń palną oraz klasyczną podstawkę w stylu G.I. Joe, stabilizującą figurkę na półce.
 


Storm Shadow (v3) z serii Ninja Force oraz Ken Masters (v1) z serii Street Fighrer II
Na potrzeby produkcji postaci Kena, Hasbro wykorzystało gotowy już korpus Storm Shadow, jak również ten sam gimmick. Różnica polegała tylko na innym kolorze figurki oraz nowej głowie.

    W skład figurek Hasbro wchodziły wszystkie postacie 12 zawodników znanych z gry Street Fighter II, czyli Ken, Ryu, Chun-Li, Zangief, Sagat, Guile, Blanka, Honda, Barlog, Vega, Dhalsim oraz Bison. Sam design figurek nie był stricte idealny względem bohaterów gry video, ale miał sporo cech charakterystycznych dzięki którym dało się z łatwością daną postać rozpoznać. Najbardziej szczegółowa była głowa figurek, reszta była umowna, często w postaci przemalowanych na odpowiedni kolory partii z serii Ninja Force, jak również klasycznego ARAH. 

Portrety 12 zawodników Street Fighter II widniejące na tylnej części tekturki blistra.


                     



     Figurki jak na lata 90-te przystało, dostały od producenta bardzo ładną i żywą paletę barw, która aż zapraszała do kupna całej kolekcji, wabiąc oczy niejednego dzieciaka. Oprócz standardowej wersji, zostały też wydane warianty figurek o odmiennej kolorystyce lub budowie ciała, jak również całkiem  nowe figurki na podstawie wyżej wspomnianej ekranizacji filmowej. Bardzo żałuję, że producenci nie poszli o krok dalej w serii i nie wydali kolejnych figurek z odsłony gry Super Street Fighter II, gdzie było dużo nowych i ciekawych postaci jak choćby Cammy, Thawk czy Feilong.
    Myślę, że nawet nie będąc fanem gier Street Fighter, same figurki spełniały swoją rolę idealnie, dostarczają w głowie  młodego człowieka masę pomysłów na nowe scenariusze do zabawy. Mimo, że osobiście wolałem uniwersum gier Mortal Kombat, figurki ze Street Fightera również przykuły i moją uwagę, będąc jedną z lepszych serii zabawek, dostępnych na rynku lat 90-tych, zaraz obok słynnej serii G.I. Joe.
    Jak na każde uniwersum przystało, również seria Street Fighter II posiadała swoją własną, oryginalną fabułę. Historia samej gry jak i zapewne też figurek, bo czemu nie, opowiada o tym jak lider terrorystycznej organizacji Shadaloo, M. Bison w celu zdobycia globalnej dominacji, organizuje światowy turniej sztuk walki, aby wyłonić najlepszych wojowników i zmusić ich do pracy w swoich szeregach, poprzez psioniczne pranie mózgu. Plany M.Bisona zostają udaremnione przez niejakiego Akumę, który podstępem zajmuje jego miejsce w szeregach Shadaloo, licząc, że finalistą turnieju będzie Ryu z którym pragnie się zmierzyć. Bossowie złowrogiej organizacji, jednak nie wiedzą, że mając czyste serce, większość uczestników nie da się tak łatwo przekabacić na złą stronę mocy Shadoloo i zdobędą tak czy inaczej zwycięstwo, ku czci swoich zasad oraz szacunku dla bliskich.

Ken i Ryu, czyli najlepsi z najlepszych!


Sam zarys fabuły nigdy specjalnie nie rzucał mnie na kolana, ale bardziej od samej historii, zawsze interesowały mnie osobiste cele i pobudki uczestników, dla których biorą udział w turnieju. Jedni chcą pomścić śmierć bliskiego, inni odkryć swoją zaginioną przeszłość, a drudzy jeszcze pragną przywrócić pokój na świecie czy udowodnić po prostu swoją siłę. Cele wszystkich zawodników, były bardziej lub mniej szlachetnie, ale znając historię każdego z bohaterów mogliśmy wyłonić swój ulubiony typ z którym się utożsamialiśmy, co znacznie bardziej poprawiało pozytywny odbiór tego uniwersum niż sama fabuła.
    Na dużą uwagę zasługuje figurka Edmonda Hondy, która jako jedna z nielicznych została stworzona całkowicie od zera. Jego dużo gabaryty wojownika sumo, jak na tamte czasy robiły nieliche wrażenie, zwłaszcza, że do tej pory Hasbro przedstawiało tylko postacie o szczupłej jak i atletycznej budowie ciała. Taki typ bohatera był wówczas bardzo unikatowy, a co więcej dostarczał całkowicie nowy obraz tego, co Hasbro będzie w stanie nam zaoferować znowu w niedalekiej przyszłości. 

Honda - wojownik sumo! :)

E. Honda w akcji! :))


    Gdyby ktoś mnie zapytał czym był dla mnie koniec lat 90-tych, odrzekłbym niemal od razu, że był końcem wspaniałych kreskówek, gum balonowych z naklejkami, szałem na Żółwie Ninja oraz końcem figurek na o-ringach, typu G.I. Joe, Lanard The Corps, Street Fighter i Mortal Kombat, których nigdy nie zapomnę. Pisząc moje teksty, jakoś zawsze bierze mnie smuteczek, że to już nie powróci, oglądając przez okno bezduszną rzeczywistość świata cybernetyki, tabletów i smartfonów, które pochłaniają sobą wspomnienia o tym co było prawdziwe i dobre. Nie jestem jaskiniowcem, korzystam z dobrodziejstw dzisiejszej techniki, ale z głową, pamiętając o tym co naprawdę dawało mi w życiu radość i niezapomniane szczęście. 
Podobno figurki Street Fighter II to już przeszłość, ale czym byłaby przyszłość bez tak wspaniałej przeszłości jaką mogliśmy się cieszyć w kultowych latach 90-tych? Tego się po prostu nie da zapomnieć!


Hiszpański Ninja Vega! :)


Blondwłosy warkocz Vegi został wykonany z gumy, dzięki czemu po latach mógł uniknąć złamaniu.



A wy jak wspominacie serię Ulicznego Wojownika 2 ? :) 

Dobrego dnia oraz...

Hadouken!!!! :)))

Keeper 

Psssyt... podobno Guil i Chun-Li mają romans! :)))


 











niedziela, 26 lutego 2023

 CONTRA - Czyli polowanie na robale w 8-bitach konsoli Pegasus :) 



    Wspominając ostatnio chybcikiem filmy i seriale telewizyjne z gatunku sc-fiction w których skład wchodziły epicko-baśniowe Gwiezdne Wojny czy racjonalno-naukowy Star Trek, bezwiednie, pod wpływem nagłej ulotnej chwili i czaru jakim urzekł mnie przesympatyczny i pełen humoru kudłaty ALF z planety Melmac, zapomniałem chlapnąć również co nieco o pewnych pamiętnych produkcjach, zrodzonych dzięki dwóm, permanentnie splecionym ze sobą, gatunkom filmowym kina grozy i sc-fiction. Zaczynając od kultowego obrazu Ridleya Scotta ''Obcy: 8 Pasażer Nostromo'', płynnie przechodzącego w bezapelacyjnie fenomenalny sequel ''Obcy 2: Decydujące Starcie'' Jamesa Camerona, by skończyć na przepastnym morzu niezliczonej ilości produkcji, które tylko próbowały, w najgorszym tego słowa znaczeniu, naśladować wyżej wymienione kultowe dzieła, mieliśmy od zawsze dosyć niemiłą, aczkolwiek nader intrygującą styczność z pokaźnych rozmiarów, oślizgłymi robalami o lśniących, czarnych pancerzach i morderczym umyśle drapieżnika, które w bardzo krótkim czasie stały się jedną z głównych i najbardziej rozpoznawalnych filmowych ikon tego nietuzinkowego gatunku. Jakby tego było mało, słynna japońska firma KONAMI, znana z branży gier video, zafascynowana mocą nagłej popularności naszych galaktycznych insektów filmowego świata, postanowiła zręcznie opracować spektakularny tytuł pełen dynamicznej akcji, oferując graczom możliwość wcielenia się w jednego z dzielnych komandosów marines przemierzającego gęste dżungle i podziemne tunele, tropiąc kosmicznych drapieżników. 

Iście amerykański plakat promocyjny do automatu z grą CONTRA :)


   Konami długo nie czekając, niemal od razu wcieliło w życie swój arcy-genialny plan, bowiem już rok po premierowej rewelacji filmu ''Obcy 2: Decydujące starcie'' z 1986, w salonach gier na całym świecie sukcesywnie zaczęły pojawiać się automaty z krzykliwie zatytułowaną grą pt. ''CONTRA'', odnosząc niemałe zwycięstwo nad produkcjami konkurencyjnych firm, zamiatając pod dywan takie tytuły jak Ikari Warriors czy Guerrilla War. Niemniej bezapelacyjny sukces Contry na tym się nie skończył, ponieważ już w 1988 roku maniacy gier video mogli się cieszyć tą zjawiskową produkcją w domowym zaciszu, dzięki wspaniałomyślnej reedycji Contry w postaci kartridża na konsolę Nintendo (NES/Famicom). Obie wersje chociaż tak mocno odmienne od siebie, charakteryzowały się wielobarwną grafiką, płynną animacją oraz przede wszystkim fenomenalną, napędzającą akcję, ścieżką dźwiękową, która na długo potrafiła zapaść graczom w pamięć. Osobiście jednak po raz pierwszy zapolowałem na robale w pamiętną noc 6 grudnia 1991 roku, kiedy wraz z całą rodziną zasiedliśmy przed telewizorem testując nowiutką konsolę PEGASUS wraz z kultowym już dzisiaj kartridżem ''168 in 1'' w zestawie. Historia przedstawiona w grze rozpoczyna się z chwilą gdy na Ziemi rozbija się ogromny meteoryt, przypadkiem transportując na naszą rodzimą planetę zagrażające całej ludzkości, drapieżne, intergalaktyczne monstra, pochodzące z najdalszych zakątków kosmosu. Na domiar tego, złowroga organizacja terrorystyczna, o tajemniczej nazwie Red Falcon, postanowiła zawrzeć sojusz z kosmicznymi robalami by wspólnie podbić Ziemię i przejąć władzę nad światem. Przeciwko najeźdźcom do walki wyruszają dwaj dziarscy, wyszkoleni komandosi marines, Bill Rizer i Lance Bea, zesłani na porośniętą niezgłębioną dżunglą wyspę Galugę, na której rozpocznie się ostateczna bitwa o losy Ziemi i jej mieszkańców.


    Tytuł, który fabularnie prezentował się dosyć prosto, szybko przekonał jednak graczy, że już od pierwszych momentów rozgrywki czeka ich ciężka przeprawa, podczas, której nie będzie czasu na nudę, tudzież pełne klasyki dłubanie w nosie. Nasi dzielni, uzbrojeni po zęby komandosi, oprócz pokonania rozmaitych, najeżonych pułapkami lokacji, będą musieli zmierzyć się również z licznymi oddziałami Red Falcona oraz potworami z piekła rodem, które za wszelką cenę będą chciały powstrzymać bohaterów przed dotarciem do serca ich złowrogiej bazy. Doskonale pamiętam, jak wraz z moją starszą siostrą, trenowaliśmy ten znamienny tytuł przez multum niezliczonych godzin, wręcz do arcy-mistrzowskiej perfekcji w opcji dla dwóch graczy. Chociaż powszechnie wielu starych wyjadaczy, do dzisiaj uważa wariant kooperacyjnej rozgrywki za dużo trudniejszy, to jednak oboje stworzyliśmy zgrany duet pełen telepatycznej synchronizacji, posiłkując się przemyślaną strategią i żelazną cierpliwością podczas wspólnych brawurowych akcji, pomiędzy gradem karabinowych kul w głębi dżungli, a wybuchającymi płomieniami starej, opuszczonej fabryki żelaza.


    Warto wspomnieć, że tytuł został wydany w Europie aż w dwóch odrębnych wersjach, jako GRYZOR oraz PROBOTECTOR, gdzie w przypadku tego drugiego, gra została totalnie przerobiona na klimat cyber-punkowy, zmieniając komandosów w cyborgi, a przeciwników w roboty. Obie wersje europejskiej Contry, zawitały również na konsolę Pegasus, jednak były ciężkie do zdobycia i nie każdy polski gracz miał szansę je wówczas ograć. Oczywiście Contra na przestrzeni lat, doczekała się również licznych kontynuacji oraz pirackich przeróbek, gdzie warto wymienić takie tytuły jak SUPER C, CONTRA FORCE czy nawet piracki hack Super Contra 7. 



    Pomijając ogromną dozę sentymentu, uważam, że Contra to tytuł, który do dzisiaj świetnie broni swego bezkonkurencyjnego stanowiska, stanowiąc niebanalną, wręcz wyśmienitą rozrywkę, pełną soczystej grywalności i niezapomnianej, wybornej oprawy dźwiękowej, która do dzisiaj ciepło faluje pośród moich wspomnień. 

A wy jak wspominacie polowanie na robale w 8-bitach konsoli Pegasus? :)

Dobrego dnia! Tratatatata! :)

Keeper :)






niedziela, 15 stycznia 2023

 AKUTALIZACJA KOLEKCJI POLSKICH FIGUREK STAR WARS W NOWYM ROKU 2023! :) 

(Ciąg dalszy serii ruchomej...)


    Jak obiecałem, miałem aktualizować co jakiś czas moją kolekcję polskich figurek Star Wars. Zapraszam do odwiedziny galerii na moim blogu ->

 https://rolkawspomnien.blogspot.com/2022/09/moja-kolekcja-polskich-figurek-star.html

    Tym razem dołączyło trochę ludzików, zasilających potęgę mocy Imperium, a są nimi Szturmowiec, TIE Fighter Pilot, Zuckuss oraz Barada z 1 generacji, pamiętający jeszcze zamierzchłe czasy PRL-u. Wisienką na torcie jest, oczywiście jakby mogło być inaczej, kolejny Lord Vader we własnej osobie, bo czwarty. Co poradzicie. Uwielbiam tego gościa! :))

Niech Moc będzie z Wami!

Keeper :) 


Zawsze i wszędzie, Szturmowiec potrzebny będzie! :)


sobota, 31 grudnia 2022

 HAPPY NEW YEAR 2023!! :))




Rocksteady i Bebop już wiedzą jak przywitają nowy rok. A wy jak w tym roku spędzacie sylwestra? W domowym zaciszu czy może gdzieś się wybieracie? :) 

Kochani życzę wam wszystkiego co najlepsze w nowym roku 2023! Dużo uśmiechu, zdrowia i radosnych chwil z bliskimi! Trzymajmy garde!

Cowabunga dudes! :)

Keeper






sobota, 24 grudnia 2022

 Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!! :)



Śnieg co prawda nie dotrwał do Wigilii, ale może chociaż uraczę was takim oto zimowo-świątecznym klimatem vintage toys, w towarzystwie Anubiego i Magona z Galaxy Warriors (seria Sungold) oraz wojowniczki Golden Girl od Galoob :) (Fotki mojego autorstwa :) )

Moi kochani, z okazji Świąt Bożego Narodzenia, życzę wam wszystkiego co najlepsze, dużo zdrowia, szczęścia, moc prezentów i radości, a już w nadchodzącym nowym roku, eksplozjii pozytywnej energii i permanentnie nieskończonego uśmiechu!! :) Życzę wam też, abyśmy co do joty, wszyscy się tu spotkali i w następne Święta, wspólnie ciesząc się wspomnieniami wszystkich minionych lat, w których mieliśmy to wyjątkowe szczęście dorastać! :)

A więc moi mili, walczmy dalej, bo marzania się spełniają! Niech moc będzie z nami!

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!!

Keeper :)





niedziela, 20 listopada 2022

 WOJOWNICZE ŻÓŁWIE NINJA W KIOSKOWYM WYDANIU CZ. 6

''WOJOWNICZE ŻÓŁWIE MADE IN CHINA''




    Nie tak dawno temu, niespodziewanie dotarło do mnie, że na parę ładnych lat zupełnie zapomniałem o serii  ''Wojowniczych Żółwi Ninja w kioskowym wydaniu'' i wydawać by się mogło, że w tym temacie wyczerpałem już cały swój limit. A jednak stało się! Wojowniczych Żółwi nigdy dość! Oto przed wami moi mili, kolejna część sławnej rolkowej serii, traktującej o bootlegach Wojowniczych Żółwi Ninja! :)

    Tym razem odłożę jednak na bok polskie dzieła sztuki spod szyldu Evanplastu i wezmę pod lupę dość osobliwe jak i całkiem efektowne bootlegi Żółwi Ninja produkcji Made in China.
Figurki o których mowa, pojawiły się na  polskim rynku gdzieś pomiędzy 1990 a 1992 rokiem i z miejsca przykuły oko niejednego dziecka, zafascynowanego tematem Wojowniczych Mutantów Ninja. 
Chińskie Turtlesy jak na bootlegi przybyłe prosto z dalekiego wschodu, prezentowały się naprawdę przyzwoicie, charakteryzując się bez dwóch zdań wysoką jakością wykonania. A jakość wykonania była na tyle dobra, że oszukała mózg niejednego dzieciaka, zmuszając go chytrze do myślenia, że posiada oryginalne figurki Żółwi Ninja od Playmates z 1988 roku. Po latach wiele dobrych dusz nawróciłem jednak na właściwy tok rozumowania. Nic już nie było dla nich takie same, gdy okazało się, że cały czas żyły w tej nieświadomości posiadania chińskich podjebek. Co więcej, niektórzy nawet mieli mi to za złe, że poznali tą, a jakże niewygodą dla nich prawdę! :))


Chiński bootleg zadziornego Rapha z serii TMNT.

 
   Pierdu, pierdu, ale, ale! 

    Chińskie bootlegi względem oryginalnych figurek posiadały jednak drobne, aczkolwiek znaczące różnice , które wprawne oko mogło wychwycić niemal od razu. Każda z figurek Turtli posiadała stricte, dokładnie taką samą głowę oraz dynamiczne ułożenie ciała. Różnił ich od siebie tylko kolor bandan oraz skóry, jak również konkretny rodzaj pasków z literką przynależną do imienia danego Żółwia. Z kolei zestaw broni w każdym opakowaniu był dokładnie taki sam, składając się po jednej sztuce miecza katana, sai, nunchaku oraz kija. Broń połączona była fabrycznie wypraską do samodzielnego wycięcia. Chińskie wyposażenie jednak bardzo odbiegało od oryginalnej serii TMNT. Broń była wykonana z gumy, najczęściej w kolorze czarnym, zdarzał się jednak wariant akcesoriów również w kolorze czerwonym, pomarańczowym, a nawet różowym. 


Standardowe wyposażenie każdego Turtlesa Made in China.


Kolejny wariant broni w kolorze wściekłej pomarańczy.


Chińskie podróbki Turtlesów, nie posiadały również żadnych sygnatur, poza złotą naklejką kontroli jakości ''Made in China'' w okolicach żółwiego zadu. Podróbki charakteryzowały też bardzo kiepsko dopasowane nogi, powodując słabą stabilizację figurki, a właściwie jej brak. U stóp zabrakło również charakterystycznych dziurek, które posiadały oryginalne figurki, umożliwiające 
przyczepienia ich do pojazdu lub innych platform. Warto wspomnieć, że czterokrotnie powielona głowa u każdej z chińskich podróbek Żółwi Ninja, była tak naprawdę nieco zniekształconym odlewem oryginalnej głowy figurki Dona z 1988 od Playmates. Jedynie ramiona, nogi i pewnie jak też cały korpus, pochodziły od Leo z tej samej serii. Chińskie bootlegi Żółwi Ninja były dodatkowo pakowane w ładny kolorowy blister, do złudzenia przypominający markowy wyrób, który tak kusił oko w miejscowych Pewexach oraz domach towarowych. Osobiście bardziej  zapamiętałem jednak obskurne opakowania, w postaci chamskiego woreczkach z doczepioną od góry tekturką z logiem TMNT, które wisiały rzędem na miejscowych straganach. 

Klasyczny zestaw Wojowniczego Żółwia do kupienia
na każdym straganie lat 90-tych.


Jednak co by tu nie mówić i nie psioczyć na te biedne figurki, to miały swój klimat, posiadając nieodparty urok dzikich i szalonych lat 90-tych. Całe post-komunistyczne pokolenie  bawiło się nimi do upadłego, a niska cena sprawiała, że były dostępne niemal dla każdej pociechy. Właśnie za to konkretnie należą się brawa twórcom bootlegów. Potrafili sprawić, że każde, nawet najbiedniejsze dziecko, mogło mieć uśmiech na twarzy, ciesząc się figurkami swoich ulubionych bohaterów z telewizji oraz komiksów.
Obecnie figurki są docenione już tylko przez koneserów oraz pasjonatów starych dobrych czasów. Chociaż bardzo bym chciał, żółwiki te w większym półświatku hobbystycznym, nie mają ani wartości sentymentalnej, ani tym bardziej w cenie rynkowej. Kolekcjonerzy i pasjonaci serii Wojowniczych  Żółwi Ninja poszukujący zwykle oryginalnych wyrobów Playmates z przełomu lat 80-tych i 90-tych, patrzą na chińskie bootlegi z obojętnością, a czasami wręcz z niemałą pogardą.  Jednak wciąż można znaleźć ludzi, którzy miło wspominają i te figurki, kojarząc je ze swoim dzieciństwem oraz dobrą zabawą. Ja do nich należę. 


Chińskie bootlegi TMNT. Od lewej; Don, Leo oraz Mike.


A wy jak wspominacie Wojownicze Żółwie Ninja w chińskiej aranżacji? :) 

Cowabunga!

Keeper :-) 

COWABUNGA!!


niedziela, 30 października 2022

CZAS NA SEANS HALLOWEEN: ZOMBI 2 (1979)    



'' Powiedz załodze, że mogą odbijać '' - i tak z tymi oto niepokojącymi słowami, rozpoczyna się pełna koszmaru przygoda w jednym z najbardziej kultowych filmów o tematyce zombie, w świecie europejskiego kina.

      Tematyka żywych trupów od zawsze stanowiła dla wielu filmowców inspirację do tworzenia filmowych dzieł, które miałyby w swej mocy, zarówno przestraszyć jak i zszokować swoich widzów. W USA główny prym w tym nietuzinkowym a jakże gatunku, wiódł John Romero, który wykreował słynną oraz kultową już dzisiaj trylogię o Zombie. Tytuły takie jak Noc Żywych Trupów, Świt Żywych Trupów oraz Dzień Żywych Trupów, na stałe zapisały się pośród licznych produkcji gatunku grozy jako ścisła czołówka tej dziedziny. Na całym świecie nie było fana horroru, który by nie obejrzał tych filmowych dzieł, więcej niż raz, czy nawet dwa razy. Jednak jak się w krótce okazało, gatunek horroru nie samą Ameryką żyjąc, rozprzestrzenił się również na Europę. Szczególnie włoscy filmowcy ukochali sobie filmową grozę, idąc krok dalej niż amerykańscy koledzy po fachu, ukazując w swoich filmach prawdziwe emocje oraz strach, a nie tylko plastikową rozrywkę okraszone gumowymi flakami i sztuczną krwią. Włosi jak nikt inny, potrafili w swoim filmowym dorobku wyczarować niezrównany z niczym klimat oraz prawdziwą grozę. W ich produkcjach od zawsze majaczyło coś realistycznego oraz mistycznego zarazem. Oglądając amerykański Horror, zawsze spodziewam się czystej rozrywki i chociaż widzę na ekranie krew i flaki, mam świadomość, że jest to czyta mistyfikacja. Oglądając z kolei włoskie produkcje, tej pewności już nie mam.

Takim właśnie oto jest film, ''Zombi 2'' z 1979 roku reżyserii niezrównanego Lucia Fulci, który będę dziś z okazji zbliżającego się Halloween omawiać. Czytelników, którzy nie pałają szczególną sympatią do włoskich filmów grozy, bardzo przepraszam.  Obiecałem sobie, że wcześniej czy później wypowiem się i w tym temacie, jako, że jest to jedna z ważniejszych partii mojego życia oraz pasji. A nuż kogoś zachęcę do obejrzenia i pokochania włoskiego kina w którym zazwyczaj gustują głównie koneserzy kinowej grozy.

Fabuła filmu rozpoczyna się z chwilą gdy do zatoki Hudson przybija z pozoru pozbawiony załogi, dryfujący po morzu jacht. Policjanci wchodząc na pokład zbadać sprawę, szybko jednak zostają zaatakowani przez opuchłą maszkarę przypominającą człowieka. Potwór powalony kilkoma strzałami policyjnego rewolweru, znika w odmętach oceanu. Osobliwa sytuacja wstrząsa do głębi całą Ameryką. Niebawem okazuje się, że opuszczony jacht należy do słynnego naukowca, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął gdzieś na Karaibach. Jego córka Anne Bowles wraz ze wścibskim aczkolwiek sympatycznym dziennikarzem Peterem Westem, postanawia dowiedzieć się co się z stało z jej ojcem. Trop prowadzi na odległą, tropikalną wyspę. Razem z dwójką poznanych młodych ludzi, Brianem i Susen, czym prędzej wyruszają na ekspedycję rozwikłać tajemnicę. Tymczasem na Antylach, niejaki profesor Menard prowadzi eksperymenty oraz walkę z tajemniczą chorobą, która dziesiątkuje tubylców i reanimuje ich zwłoki w łaknące świeżej krwi żywe trupy. 


    Za nic nie mogę się zgodzić z powszechną opinią, że przedstawiona fabuła filmu, jest zwyczajnie słaba. Dla mnie już sama podróż bohaterów na Karaiby, gdzie aż się roi od legend na temat magii VooDoo oraz Zombie, oddaje niesamowity klimat całej historii. Z pozoru dziurawy scenariusz, został przerobiony w reżyserii Fulciego w typową dla jego dzieł mieszankę wizjonerskich czy wręcz magicznych scen, tworząc w całokształcie atmosferę sennego koszmaru. Warto tu nadmienić o słynnej scenie podwodnej walki zombie z rekinem, która zadziwia i porusza za każdym razem. Lucio Fulci wycisnął  z podanego mu na tacy scenariusza najlepsze soki, a czerpiąc garściami ze ''Świtu Żywych Trupów'' Romero czy nawet takich klasyków jak ''Wędrowałam z Zombie'' czy ''Biały Zombie'', wykreował dzieło, które na stałe zapisało się w kanonie gatunku, jako kultowe. 

Na duże brawa zasługuje charakteryzacja żywych trupów, którą zawdzięczamy Giannetto de Rosii. Włoski spec od charakteryzacji poszedł o krok dalej niż, Tom Savini w Świcie Żywych Trupów z 1978 roku. Zamiast szarej farby i przejaskrawionej, słabo wyglądającej sztucznej krwi Saviniego, De Rossi stworzył kreacje zombie jakiej jeszcze w świecie kina nie było. Żywe trupy włoskiego charakteryzatora, wyglądały niczym stare i wysuszone, podgniłe ludzkie szczątki, pokryte od stup do głów piachem oraz popiołem, jakby dopiero co wypełzły z grobów. Natomiast jego absolutną wisienką na torcie, były prawdziwe dżdżownice, w pełni oddające realność gnijącego trupa z wijącymi się zaciekle robalami w oczodole lub pośród żeber korpusu. To robiło wrażenie, stawiając tym samym kamień milowy w gatunku Zombie Movies na długie lata. Produkcja Fulciego obfitowała również, wręcz w szereg brutalnych scen przy których nawet najwytrwalszy zawodnik odwracał wzrok, zasłaniając ręką oczy. Do takich ujęć bez wątpienia należy słynna ''scena z okiem''. Każdy kto widział film, wie o czym mówię, a ciekawskich zachęcam do zapoznania się z tematem. Realność tej sceny, powaliła wówczas na łopatki, nawet najbardziej dopieszczone efekty specjalnie rodem z Ameryki. Nie udałoby się to z pewnością bez świetnej gry aktorskiej Olgi Karlatos, która bardzo realistycznie oraz wiarygodnie oddała panikę, bezgranicznych strach i grozę, jaka wynikała z danej sytuacji. Rzecz nie do powtórzenia od artystycznej strony, a co więcej prawdziwy majstersztyk w swej dziedzinie.

Anne, Peter, Brian i Susan, czyli czwórka sympatycznych bohaterów
 na wyspie Zombie.

    W żadnym wypadku nie można zapomnieć również o fenomenalnej muzyce, która towarzyszy nam już od pierwszych chwil seansu. Za jej aranżacje odpowiedzialny był słynny kompozytor Fulciego, niejaki Fabio Frizzi. Ścieżka dźwiękowa do filmu Zombi 2 już po pierwszym seansie, długo nie dawała nam o sobie zapomnieć, wciąż rozbrzmiewając nawet po latach w naszych głowach ,w makabrycznym tonie pochodu żywych trupów. Do filmu zostało zaangażowane, rozpoznawalne już dzisiaj grono aktorskie w postaci zjawiskowej i zarazem czarującej Tissy Farrow (znaną z takich filmów jak Ludożerca czy Ostatni Łowca) oraz Iana McCulloha (Zombie Holocaust, Skażenie), Richarda Johnsona (Wyspa Ludzi Ryb, Wielki Krokodyl) i kultowego Ala Clivera, którego mogliśmy podziwiać później w licznym włoskim kinie post-apokaliptycznym. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Zombi 2 Lucia Fulci we Włoszech był całkiem chytrze reklamowany jako bezpośredni sequel Świtu Żywych Trupów Georga Romera z 1978 roku. Włoska wersja Świtu Żywych Trupów była emitowana w kinach pod tytułem ''Zombi'' stąd  numerek ''2'' w dziele Fulciego ''Zombi 2'' :) Szerzej na świecie produkcja była znana również jako Zombie Flesh Eaters. 

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych zombi kina grozy, w pełni zasługiwał
by zasłynąć również na kinowym plakacie!

    Po raz pierwszy zetknąłem się z tym filmem gdzieś u startu drugiej klasy liceum. Mając już za sobą całą serię filmów o tematyce zombie i oczywiście będąc dobrze rozeznanym w tym gatunku fanem horroru, myślałem, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A jednak! Zombi 2 Lucia Fulciego zaserwował mi zupełnie nowy wymiar rozrywki, rzucając mnie prosto na kolana. Od tamtej pory wiedziałem, że jest dużo więcej do odkrycia w tym gatunku filmowym, niż się spodziewałem, a włoskie kino trafiło do mnie mocniej niż amerykańskie, rozkochując mnie w sobie na długie lata. Lucio Fulci, znany często również jako reżyser do wynajęcia, będąc bezapelacyjnym mistrzem kina włoskiej grozy wyprodukował za swego życia wiele wspaniałych dzieł, do których śmiało można zaliczyć taki pozycje jak ''Hotel Siedmiu Bram'' (The Beyond), ''Miasto Żywej Śmierci'' (City of the Living Dead) oraz ''Dom przy Cmentarzu'' (The House by the Cemetery). Jednak tytuł do którego najczęściej lubiłem wracać, zwłaszcza w upiorną noc Halloween, to właśnie nie inaczej jak ''Zombi 2'', który już zawsze będę uważał za najbardziej dopracowane dzieło mistrza Lucia Fulci.

Kultowe dzieła mistrza włoskiej grozy, Lucia Fulci!

A wy jak wspominacie makabryczną wyprawę na wyspę pełną zombie? :)

Udanego Halloween!

Keeper :)