niedziela, 25 czerwca 2017

CONTRA - CZYLI POLOWANIE NA ROBALE W 8 BITACH..




Kartridż z grą Contra na konsole PEGASUS.



W latach 80, bardzo modne były filmy o Obcych, pożerających ludzi gdzieś na zapomnianej stacji kosmicznej. Popularne też było kino akcji z komandosami w roli głównej, rozprawiających się z terrorystami, którzy zagrażali niewinnym ludziom i pokojowi na świecie.  Niejaka japońska firma Konami, słynąca z produkcji gier video, wpadła na pomysł żeby połączyć te dwa różne gatunki i zrobić na ich podstawie grę.  W taki oto sposób narodziła się legendarna Contra. Fabuła była prosta, ale klimatyczna; na Ziemi rozbija się meteoryt, w którym to przywędrowały różne monstra z kosmosu. Organizacja terrorystyczna, o tajemniczej nazwie Red Falcon, postanowiła połączyć siły z Obcymi, aby wspólnie podbić Ziemie i przejąć panowanie nad Światem. Przeciwko najeźdźcom do walki wyrusza dwóch komandosów; Bill Rizer i Lance Bea, którzy zostają zesłani na fikcyjną wyspę Galugę, na której to odbędzie się ostateczna rozgrywka o Ziemię. Tak oto wygląda zarys fabularny naszej gry. Powiecie, że nudy? Nic podobnego, bo natychmiast po odpaleniu Contry czeka was ciężka przeprawa, podczas której, zapewniam was, nie będzie czasu na dłubanie w nosie.




Każdy, kto miał Pegasusa gdzieś na początku lat 90, na pewno zetknął się na wstępie między innymi z grą Contra, dzięki słynnej i uwielbianej składance 168 in 1 dołączonej do pudełka z konsolą.  Po odpaleniu gry, na ekranie ukazało się nam duże, ozdobione żywymi kolorami logo, oraz wizerunek dwóch komandosów,  do złudzenia podobnych do Rambo i  majora Dutcha z Predatora. Warto zaznaczyć, że twórcy gry bardzo inspirowali się, przede wszystkim filmami z serii Aliens (a dokładnie Obcy: 8 pasażer Nostromo oraz Obcy: Decydujące Starcie) W Contrze aż roi się od motywów, które mieliśmy okazje zobaczyć w obu częściach Obcego, na ekranach kin lub kasetach VHS.

 Gra oferowała rozgrywkę dla dwóch graczy jednocześnie.  Miało to swoje plusy i minusy. Gra dla dwóch osób zawsze dawała więcej radości i nieco ułatwiała rozgrywkę. Jednak z drugiej strony,  gracze musieli się mocno zsynchronizować ze sobą, żeby jeden drugiego nie pozabijał. Starzy wyjadacze wiedzą o co chodzi. Gra dla pojedynczego gracza była nieco luźniejsza, gdyż mógł się skupić tylko na sobie, nie martwiąc się, że zaraz zabije się towarzysza przesunięciem ekranu, bo zamarudził w marszu. Co bardzo często się zdarzało.. ;)




Na duża uwagę zasługuje też fakt, że gra oprócz klasycznego widoku z boku, oferowała też dwa etapy z widokiem zza pleców. Było to bardzo nowatorskie i oryginalne rozwiązanie. Tego typu urozmaicenia wprowadzały trochę świeżości do gatunku.
Na graczy czekało aż 8 zróżnicowanych i niebezpiecznych etapów, a pod koniec każdego z nich walka z potężnym bosem. Gra zabierała nas w podróż poprzez dżungle, podziemne bazy,  zaśnieżone tereny, surowe fabryki oraz w głębiny legowiska Obcych
.


Na każdym z poziomów czekali na nas też przeciwnicy, mający do dyspozycji karabiny, granaty i wyrzutnie rakiet. Nasi komandosi, Bill i Lance także w tym nie ustępowali. Grę zaczynali z podstawowym karabinem, który mogli uzbroić, dzięki latającym od czasu do czasu kapsułom. Należało je zestrzelić i zabrać symbol orzełka, który z nich wypadł. Każdy z orzełków, a było ich 7 rodzai, był oznaczony literą opisującą co zawiera;

M - karabin maszynowy. Szybka i sprawna broń.

L - laser, który nigdy nie cieszył się zbyt dużą popularnością. Broń była co  prawda mocna, ale bardzo wolna i nie strzelała szybkimi seriami. Nie dotykać i czekać aż zniknie! Chyba, że komuś zależy na szybkim GAME OVER..

F - miotacz ognia.To samo co w przypadku wyżej, wolne i krótkie serie. Bardzo niepraktyczna broń. Trzymać się jak najbardziej z dala od tego ustrojstwa ;)

S - karabin ze strzałem rozproszonym, tak zwany Spray Gun. Najbardziej pożądana przez wszystkich broń, która umożliwiała szybkie ukończenie gry. Potrafi zestrzelić kilku wrogów na raz. Broń rekomendowana przez fachowców :))

R - ulepszenie broni. 

B - nieśmiertelność, co prawda na krótką chwilę, ale zawsze coś. 

Był też orzeł bez oznaczenia, który niszczył wszystkich przeciwników na ekranie. Odlotowa zabawka! :)



Jak widać, twórcy gry często czerpali inspiracje z filmu Aliens.


Poziom gry, był oczywiście trudny i wymagał solidnego potrenowania. W tamtych czasach, gry były wyzwaniem. Każdy kto przeszedł Contre, zyskiwał szacunek na podwórku lub w szkole. To nie to samo co teraz, wtedy nie było emulatorów na PC, stanu gry nie dało się zapisać. Trzeba było siedzieć te bite 40-60 min przed odbiornikiem TV, psując sobie wzrok, żeby przejść całą grę. Pewnie dlatego teraz noszę okulary.


Co prawda istniały jakieś kody, ale kto w Polsce o nich wtedy słyszał? Grę wspominam bardzo dobrze, inspirowała mnie i pobudzała wyobraźnie. Contra, jak na tamte czasy, miała bardzo ładną, żywą i kolorową grafikę. Widać, że twórcy starali się wycisnąć z tych 8 bitów ile potrafili. Na uznanie zasługuje też kapitalna muzyka, która nam przygrywała podczas gry i na długo zapadła w pamięć. Gry od Konami zawsze słynęły ze świetnej i dopracowanej muzyki, i w tym przypadku nie zawiedli.

Myślę, że grę mogę polecić każdemu fanowi gier akcji i strzelanek, a także wszystkim, którzy kochają wracać do przeszłości i wspominać stare dobre czasy gier video, które zasługują na szacunek po dziś dzień.

Pozdrawiam!

Keeper


Powrót zwycięskich bohaterów do domu..
THE END..
?





środa, 15 lutego 2017


Z ODMĘTÓW BIBLIOTECZKI: CONAN BARBARZYŃCA - ''CZARNA SERIA'' PIK.





A teraz może coś, co wielu z was pewnie uzna za nudy, odbiegając nieco od kreskówek, filmów czy zabawek. Tak, tak, moi mili, będzie to temat o książkach. Kocham czytać i prędzej czy później wziąłbym pod lupę jeden z moich ulubionych tytułów, tkwiących niestrudzenie w czeluściach mojej przepastnej biblioteczki. Odkąd pamiętam czytałem różne książki; w szkole podstawowej były to ''Muminki'' Tove Jansson czy ''Hobbit'' J.R.R. Tolkiena. W liceum, zaczytywałem się w horrorach Stephena Kinga i H.P. Lovecrafta. Przeważnie krążyłem wokół przygody - horroru - fantasy, czytając osobno autorów, którzy reprezentowali te grupy. Jednak tylko jeden pisarz potrafił stworzyć świat, który zawierał w sobie wszystkie te gatunki. Mowa oczywiście o znakomitym i znamiennym Robercie Ervinie Howardzie!

Twórcy Conana Barbarzyńcy, ale i nie tylko. Urodzony w 1906 r. Howard, pisał powieści już od najmłodszych lat. Z pod jego pióra, wyszły opowiadania o Kullu z Antlantydy, Solomonie Kane - łowcy wampirów i demonów, Bran Mak Mornie i wiele, wiele innych nie związanych z fantasy czy horrorem. Jednak najbardziej zasłynął z opowiadań o Conanie Barbarzyńcy. Na podstawie Conana powstały liczne komiksy, książki oraz nawet nakręcono kilka filmów. Ta najbardziej słynna i rozpoznawalna postać R. Howarda, wywarła na mnie naprawdę duże wrażenie. Dla wielu ludzi Conan to zwykły, tępy rębajła. Postać, która w ogóle nie myśli, a jego życiowym celem, poza zabijaniem, jest zarywanie dzierlatek w karczmie i upijanie się do nie przytomności. Owszem, Conan to kochał, bo był prostym mężczyzną, ale zaczytując się w opowiadaniach o jego losach, możemy dostrzec głębie w jego postaci. Conan był prawdziwy, kochał życie i potrafił śmiać się całego serca. W przeciwieństwie do ludów z cywilizowanych miast, kierował się kodeksem i bądź co bądź miał swoje poczucie moralności. Był bystry i umiał znaleźć słabe punkty w ludziach, którzy myśleli, że są lepsi od niego. Szybko przejmował kontrolę i władzę. Conan potrafił być dobrym przyjacielem i troskliwym mężczyzną; był obrońcą kobiet oraz słabszych. Pomimo swojego szorstkiego charakteru i gburowatości był w głębi serca ciepły i życzliwy. Jak widzimy, postać Conana jest wielowarstwowa i z każdym przeczytanym opowiadaniem dowiadujemy się o nim czegoś nowego, o ile czytamy opowiadania chronologicznie, ułożone przez dwóch pisarzy Lin Cartera i Lyona Sprague de Campa, którzy podjęli się tego zadania, by zredagować i uzupełnić wszystkie opowiadania o Conanie Barbarzyńcy napisane przez Roberta Howarda. W Polsce w latach 90 za sprawą wydawnictwa PIK, oraz dwóch wymienionych wyżej panów, mieliśmy szansę poznać i śledzić losy Conana, ułożone chronologicznie od jego młodych lat gdy przybył  z mroźnej północy do cywilizowanych krajów, gdzie parał
się złodziejstwem aż do jego sędziwego wieku, kiedy to został władcą i królem Akwilonii.

Wydawnictwo PIK wydało 9 tomów z przygodami Conana, autorstwa R.Howarda, nazwanych później przez fanów ''Czarną serią''. Książki cechowały czarna, twarda oprawa, okryta obwolutą tego samego koloru. Na okładce każdego tomu widniały miniatury klimatycznych obrazów Franka Frazetty, przedstawiających Conana w różnych sytuacjach, niekoniecznie związanych z zawartością treści.

To właśnie te okładki, sprawiły, że zwróciłem uwagę na to wydanie. Uważam, że jest to najlepsze wydanie książek o Conanie Barbarzyńcy, jakie mieliśmy szanse dostać w polskich księgarniach na przestrzeni lat. Warto zwrócić uwagę na to, że strony są wszyte w brzeg okładki, dzięki czemu książki są trwałe i trzymają się naprawdę dobrze nawet po 25 latach. Jedynie na minus zasługuje obwoluta książek, która jest bardzo podatna na zniszczenia i nie przetrwała niestety próby czasu. W środku tomów, na stronie tytułowej każdego z opowiadań znajdziemy oryginalną, czarno-białą ilustrację polskiego artysty, Zbigniewa Mielnika,
który także opracował i narysował mapę ''Krajów Hyboryjskich''. Możemy ją znaleźć na wewnętrznych stronach okładek. Mapka jest czytelna i świetnie oddaje fikcyjny świat R. Howarda, po którym wędrował Conan. W późniejszych tomach ilustracje rysowali już inni artyści, ale mapa Pana Zbigniewa została w serii aż do 9 tomu.


Wybrane Ilustracje ze stron tytułowych.
Niektóre ilustracje Zbigniewa Mielnika budziły grozę i świetnie oddawały Howardowski klimat. Świat stworzony przez autora był połączeniem przygody, fantasy i horroru. Ciężko dzisiaj znaleźć autora książek, który by w tak znakomity sposób połączył te trzy gatunki, tworząc z nich jeden, dzisiaj znany jako ''heroic fantasy''. Nie jest to klasyczne fantasy podchodzące pod baśnie Tolkienowskie; nie znajdziemy tu zniewieściałych elfów czy szlachetnych bohaterów. Heroic Fantasy to gatunek, który powstał przy pomocy ognia i stali. W świecie wykreowanym przez Howarda, mężczyźni są silni, dobrze zbudowani i brutalni. Kobiety piękne i gibkie, a niektóre tak samo twarde jak mężczyźni. Na każdym kroku pośród dżungli, gęstych lasów, gór czy nawet mrocznych zaułków cywilizowanych miast, czyhają na nas niebezpieczeństwa pod postacią prehistorycznych bestii, demonów, dzikich Piktów lub bandytów. Człowiek musi być cały czas czujny i nieufny wobec innych. Klimat jest duszny, ciężki i złowrogi. W oddali słychać skowyt wilków lub upiorów, a miecze błyszczą w świetlne księżyca. Conan często wpada w ponurą zadumę, rozmyślając o tym kogo zabił i co stracił w życiu. Poznajemy prawdę o ludziach i ich słabościach, a kto nie jest dość silny, szybko umiera. A pośród tego wszystkiego, wisienką na torcie są wplecione w linie fabularną mity Cthulhu,  zainspirowane twórczością H.P.Lovecrafta, z którym Howard tak często korespondował. Przedstawiłem to mocno i dobitnie, ale tak właśnie wyglądał świat wyśniony przez mistrza Howarda. Nie mniej dobrze się to czyta i pomimo dusznego klimatu, można wsiąknąć w ten świat na długie zimowe wieczory.
W ''Czarnej serii'' możemy znaleźć też dodatki, pod postacią ciekawie napisanych wstępów, artykułu na temat Ery Hyboryjskiej; wyjaśniającej pochodzenie plemion, ras i krajów, które opisywał Howard oraz listu R.Howarda do P.S. Millera, napisanego trzy miesiące przed śmiercią twórcy Conana Barbarzyńcy. W liście możemy znaleźć trochę wyjaśnień odnośnie samego bohatera a także świata w którym żył.
Opowiadania R.Howarda są nierówne, większość czyta się z zapartym tchem, ale niektóre wręcz nas odpychają i nudzą. Na szczęście tych jest dużo mniej. Na duże brawa zasługują historie opowiadające o czasach, gdy Conan włóczył się jeszcze pośród swoich rodzinnych wzgórz Cymmerii, sąsiadującej z północnymi krainami Asgardem i Vanheimem. Howard stworzył bardzo mało takich opowiadań, a szkoda bo były to jedne z najciekawszych rzeczy jakie napisał.



Po swojej śmierci, twórca Conana Barbarzyńcy miał bardzo dużo naśladowców, którzy próbowali kontynuować historie Cymmeryjczyka. Niektóre były udane, inne mniej, ale wszystkie były z pod znaku ''przeczytać i zapomnieć''. Nie mogły się równać do oryginalnych opowiadań, zawartych w ''Czarnej Serii'', do których po dziś dzień, czasem wracam, by znów znaleźć się pośród zaśnieżonych wzgórz Cymmerii lub za Czarną Rzeką Piktów. Myślę, że tam właśnie trafił Rober Ervin Howard, zostawiając nam na pożegnanie historie spisaną na kartach swoich książek. Niczym drogowskaz i mapę, wskazujące drogę do jego snów.

Myślę, że mogę polecić ''Czarną Serię'' każdemu, kto uważa się za fana Conana Barbarzyńcy oraz samej twórczości R.Howarda. Książki są porządnie wydane, okraszone ciekawymi notatkami i klimatycznymi ilustracjami. Jedyny minus jest taki, że ciężko je dzisiaj dostać, ale warto na nie polować na portalach aukcyjnych czy w miejskich antykwariatach. Dla mnie jest to pozycja obowiązkowa. Cieszę się, że zajmują miejsce w mojej biblioteczce, obok innych ciekawych pozycji, o których może kiedyś opowiem..


Pozdrawiam!

Keeper :-)

czwartek, 1 grudnia 2016


  MASZYNY Z DUSZĄ CZYLI AUTOMATY DO GIER.





Dzisiejszy świat polega na tym, że wszystko co chcemy możemy mieć bez problemu. Nawet nie musimy wychodzić z domu żeby coś kupić. Żyjemy w świecie internetu, w którym dużą rolę spełniają sklepy online oferujące nam wszystko co znajduje się w super-marketach. Wystarczy parę kliknięć w komputerze i wnet nasze zamówienie pojawia się u progu naszych drzwi, dostarczone przez listonosza lub kuriera. Pełen luksus! Ale nie zawsze tak było. Jako dziecko, oglądając zagraniczne reklamy, mogłem jedynie sobie pomarzyć o wszystkich tych wspaniałych zabawkach, wymyślnych słodyczach oraz niesamowitych konsolach do gier video. No właśnie, gry video. Dla młodego człowieka była to wtedy bardzo ważna rzecz. Z resztą do dzisiaj gry cieszą się taką samą popularnością jak w latach 80 i 90. Nic się nie zmieniło, po za jednym. Dzisiaj wszystkie gry są łatwo dostępne, nie są może tanie ale jeżeli mamy pieniądze po prostu idziemy do sklepu i kupujemy, bądź zamawiamy przez internet. Jako młody człowiek żyłem w zupełnie innym świecie. Co prawda mieliśmy dostępne komputery PC, Amiga lub Commodore 64. Dostawaliśmy je pod pretekstem, że niby się przydadzą do nauki a tak naprawdę myślami byliśmy przy grach. Jednak nie tak łatwo można było je dostać, trzeba było się nachodzić po giełdach i nakombinować żeby kupić coś konkretnego. Rodzice też nie byli chętni do kupowania nowych tytułów, zwłaszcza jak wracali ze szkolnej wywiadówki, gdzie dowiedzieli się o kilku pałach i uwagach ;D Na początku lat 90 pojawiła się znamienna konsola do gier video PEGASUS, dzisiaj znana jako piracki NES / Famicom od firmy Nintendo. Konsola obfitowała między innymi w takie tytuły jak Super Mario Bros, Contra, Tetris, Ninja Turtles oraz Castlevania. Gier było multum, kosztowały niedużo i były stosunkowo łatwo dostępne, jeśli wiedziało się gdzie szukać. Przeważnie sprowadzali je Rosjanie, którzy wystawiali się na ryneczkach i giełdach.

Szeroki wybór gier na ryneczku ;)

Gry na Pegasusa można było też kupić w sklepach z elektroniką, gdzie zaufany sprzedawca zawsze dla nas trzymał lepsze tytuły pod ladą ;) Jednak gdy u nas królował Pegasus, w tym samym czasie na zachodzie reklamowali gry 16-bitowe, które były obsługiwane przez konsole SNES i Sega Mega Drive. Cechowały je lepsza jakość, grafika, dźwięk i płynność. Pegasusowe 8-bitówki wypadały blado przy grach nowej generacji. Znowu pojawił się problem; konsole nie były na każdą kieszeń a ich dostępność w Polsce była znikoma. Niespodziewanie wielkim hitem stały się automaty do gier video, które wyrastały jak grzyby po deszczu w każdej knajpie. Można było też spotkać specjalne salony z automatami w postaci namiotów lub wagonów, które były wręcz oblegane na koloniach i wczasach. Salon z maszynami do gier był obowiązkowym punktem do zaliczenia w każde wakacje. Ja osobiście grałem na automatach gdziekolwiek je tylko spotkałem. Nie marnowałem żadnej okazji, zależało mi żeby pograć chociaż 5 minut. Nie posiadałem dużo gier w domu i była to dla mnie świetna alternatywa żeby pograć w gry, które widziałem na zagranicznych reklamach i chociaż w części zrealizować swoje marzenia. Do dzisiaj wspominam małą knajpkę z zapiekankami, która zaopatrzona była w kilka automatów do gier stojącymi pod ścianą. To znamienne miejsce było położone tuż pod szkołą Podstawową. Była to bardzo dobra kwatera do spędzenia czasu na dużej przerwie lub wagarach; podobno najciemniej pod latarnią ;) Pamiętam, że można było tam pograć w Primal Rage oraz w ClayFighter.


Dzięki dostępność tak dużej ilości automatów do gier prawie w każdym miejscu, mogliśmy pograć w mnóstwo świetnych tytułów. Pamiętam, że bardzo często oblegałem automaty z grami Golden Axe, Teenage Mutant Ninja Turtles, Cadillacs and Dinosaurs, Mortal Kombat, Double Dragon oraz Final Fight. Po prostu musiałem zagrać, gdy widziałem któryś z tych tytułów. Wiedziałem, że w domu nie będę miał szansy pograć. Wspomnienia były później bezcenne. A były to czasy kiedy jeszcze nie było emulatorów konsol na PC, z resztą nawet jeśli mielibyśmy do nich dostęp to i tak nie mogły się równać z klimatem i radością z grania jakie dawały automaty do gier. Co prawda poziom trudności gier był mocno wywindowany w górę, aby gracze szybko przegrywali i kupowali kolejne żetony. Biznes musiał się kręcić. Jednak mnie ani innych graczy nigdy ten proceder nie zniechęcił do grania. Niektórzy szybko dochodzili do wprawy grając po kilka godzin dziennie, a bardziej cwani gracze oszukiwali, wrzucając żeton do którego przymocowana była żyłka. Mogli w ten sposób grać przez wiele godzin na jednym żetonie, o ile właściciel lokalu nie spostrzegł co się dzieje. Po dziś dzień trzymam taki żeton, na pamiątkę tych cudownych chwil.






Miło wspominam czas, który spędziłem grając na automatach. To właśnie tam odkryłem po raz pierwszy Mortal Kombat i wiele innych tytułów. Wielu ludzi uzna ten czas za zmarnowany, bo co można powiedzieć o sterczeniu pod automatem i wpatrywaniu się w ekran. Dla mnie były to magiczne chwile, podczas których rozwijałem swoją wyobraźnie i nie żałuje ani jednej minuty spędzonej w salonie gier. Czas jednak szedł do przodu i moje stare ulubione gry zastępowały maszyny z grami nowej generacji, które mnie już tak bardzo nie ruszały. Gdzieniegdzie można było jeszcze spotkać niedobitki starych maszyn z klasycznymi grami. Jednak wiedziałem, że ich czas nadszedł i niedługo całkowicie znikną. Po pewnym czasie wszystkie automaty do gier przestały być dochodowe. Gdy pojawiły się domowe konsole z grami nowej generacji, ludzie szybko zapomnieli o automatach stojącymi gdzieś w spelunach czy w obskurnym namiocie w Lunaparku. Zaczęto inwestować w domowy sprzęt, który okazał się być bardziej opłacalny i wygodny. Nie ma co się czarować, większość graczy już by nie chciało dzisiaj sterczeć pod maszyną w jakimś publicznym miejscu, skoro można sobie wygodnie usiąść we własnym fotelu i w spokoju zagrać, bez tłumu gapiów dookoła. Chociaż, ostatnio odkryłem, że do sieci kin Cinema City zaczęli wprowadzać ''Game Roomy'' z automatami do gier. Przeważnie są to tylko nowsze bijatyki oraz wyścigi, ale ważne, że jest cokolwiek. Fajnie, że są ludzie, którzy dbają o to, by stare dobre czasy nie poszły całkowicie w zapomnienie. Tak jak napisałem wyżej, większość ludzi uzna to już za przeżytek nie warty uwagi, ale są osoby, które miło ten czas wspominają. Nie było to samolubne granie w swoich czterech kątach, odgrodzone od reszty świata. Oprócz samych automatów i gier, było to też przede wszystkim wyjście z domu i spotkanie się z innymi ludźmi. Przeważnie grało się razem z kolegą lub koleżanką, a czasami dołączył się do nas zupełnie ktoś obcy. Taki rodzaj rozrywki zrzeszał ludzi i pozwalał wspólnie przeżywać te chwile.

Nieodłączny element każdej knajpy lat 90 :)
Jedną z zalet tych maszyn była kolorystyka obudowy. Automaty były barwne i przyciągały wzrok. Na bocznej stronie najczęściej były starannie wykonane grafiki, przedstawiające postacie występujące w grach. Od przodu oprócz podświetlanego loga, było mnóstwo kolorowych rysunków i napisów dotyczących danej gry. Wszystkie te ozdobniki były bardzo efektowne i pozwalały wczuć się w klimat gry, zanim jeszcze wrzuciliśmy żeton do automatu. Pamiętam jak sam oglądałem z pasją każdy element maszyny, szukając na niej różnych szczegółów i smaczków dotyczących samej gry. W przypadku automatu z grą Mortal Kombat były to wszechobecne smoki na obudowie. Jeśli jednak trafiliśmy na automat z grą sportową, taką jak NBM Jam to mogliśmy się spodziewać sprytnie rozrysowanego boiska do koszykówki w miejscu gałki sterowniczej i przycisków. Można powiedzieć, że każda gra miała swoją własną dużą obudowę, która ją odpowiednio ozdabiała i reklamowała. Automaty do gier były zaprojektowane tak, żeby przyciągały uwagę wszystkich ludzi i myślę, że świetnie spełniały swoją rolę w tym zakresie..

Klasyczny automat z grą Mortal Kombat jaki pamiętam...
Maszyny z grami będą przeze mnie zapamiętane, jako jedne z lepszych rozrywek tamtych dni. Szukałem ich wzrokiem w każdym Wesołym Miasteczku. Nie były to bezduszne i tandetne automaty. Te zbudowane z drewna i metalu monstra miały w sobie to coś. Podchodziłem do nich za każdym razem, obojętnie czy miałem żetony czy nie. Przemawiały do mnie niczym żywe istoty i zachęcały do grania. Była to dziwna więź między człowiekiem z krwi i kości a automatem, w którym układy scalone rozgrzane były niczym gorące serce. Brzmi to może trochę abstrakcyjnie, ale myślę, że były to po prostu maszyny z duszą.

Pozdrawiam!

Keeper :)


PS Poniżej mini galeria wybranych automatów przy których spędzałem czas ;)






środa, 12 października 2016

CZAS NA SEANS: WOJOWNICZE ŻÓŁWIE NINJA (1990)






Jeżeli ktoś by mnie spytał o trzy najlepsze filmy jakie obejrzałem w dzieciństwie, to bez mrugnięcia okiem podałbym jako pierwszy tytuł Wojownicze Żółwie Ninja. Nie chodzi tu nawet o to, że jako dziecko byłem mega fanem Żółwi, bo to mógłby być wystarczający powód, ale to nie to. Film był po prostu genialny i do dzisiaj uważany jest przez wielu kino-maniaków za ponadczasowy. Ogląda się go dzisiaj tak samo dobrze jak w latach 90, wypożyczony na kasecie VHS z miejskiej wypożyczalni. Cechował go bardzo dobry scenariusz, charakteryzacje, kostiumy oraz świetny dobór aktorów. Akcja filmu dzieje się często nocą, w ciemnych zaułkach Nowego Yorku lub w podziemnych kanałach, jest mokro, zimno i złowrogo. Fabuła przedstawiona jest klasycznie. Cztery małe żółwiki oraz szczur zostają poddani mutacji dzięki rozbitemu w kanałach pojemnikowi z radioaktywną cieczą. Żółwie pod czujnym okiem szczura Splintera zostają adeptami tajemnej sztuki ninjutsu. W między czasie do Nowego Yorku przybywa dawny wróg Splintera, Shredder, który organizuje podziemny klan gangu złodziei-ninja o nazwie Stopa, wykorzystując do tego trudną młodzież i przestępców. Dziennikarka April O'Neil ujawnia prawdę o klanie Shreddera. Niespodziewanie znika Splinter, a dziennikarka, której losy splotły się z Żółwiami Ninja, pomaga im w odnalezieniu mistrza. Trop prowadzi do kryjówki Shreddera, nasi bohaterowie rzucają mu wyzwanie w walce o honor.

Szacunek do  mistrza najważniejszy!

April w siedzibie żółwi.

     Przyznam, że ekranizacja Żółwi Ninja była dosyć mroczna i poważna jak na film, który miał być adresowany do młodych ludzi. Ale czy na pewno tylko do nich? Dzisiaj, jako dorosły człowiek nie odbieram tego filmu jako dziecinnego. Zawarto w nim wiele życiowych aspektów, które nie każde dziecko do końca zrozumie. Mamy tu dumę i honor, motyw zemsty, pychę, brak akceptacji, poszukiwanie siebie, nietolerancję, wejrzenie w głąb własnego umysłu, filozoficzne mądrości wschodu, duchowość, miłość a także relacje damsko-męskie. Oczywiście, znajdują się tutaj też świetne, humorystyczne dialogi między bohaterami, przy których można się pośmiać a także poczuć dużą sympatię do bohaterów. Myślę, że film jest uniwersalny. Trafił do serca dzieci jak i dorosłych, co czyni go genialnym! Jako dygresję podam, że nowa ekranizacja Żółwi Ninja z 2016 roku jest niestety adresowana raczej do młodszej widownii. Gdybym był dzieckiem świetnie bym się przy tym bawił, niestety jako dorosły w ogóle nie czuję tego filmu, a nawet mnie lekko żenuje. Zupełnie inna sytuacja jest przy oglądaniu Wojowniczych Żółwi Ninja z 1990 roku. Nie chodzi tutaj nawet o sentyment, film po prostu wytoczył potężne działo i trudno go przebić. Każda jego minuta to uczta dla oczu. Żółwie Ninja, w których wcielili się kaskaderzy i aktorzy wypadają dużo bardziej realistycznie niż Żółwie z 2016 roku zrobione w grafice CGI.

Żółwie poprzez medytację kontaktują się telepatycznie ze swoim mistrzem.

Raph toczy walkę z wojownikami Stopy

Sceny walk i cała choreografia, o których trzeba koniecznie wspomnieć, są znakomicie zrealizowane i trzymają naprawdę wysoki poziom. Aktorzy pomimo, że mają na sobie bardzo rozbudowane kostiumy Żółwi Ninja, poruszają się płynnie i nie widać by coś krępowało ich ruchy. Same kostiumy jak na lata 90 są wykonane bardzo szczegółowo i wzbudzają podziw nawet do dzisiaj. Za ich wykonanie jest odpowiedzialny nie kto inny jak Jim Henson, twórca Muppetów! Mechanika masek działa bardzo płynnie i nie jest to typowe kłapanie paszczą, które często widzieliśmy w filmach fantasy z lat 80. Czasem wręcz, mamy duże wrażenie realizmu.  Maski żółwi potrafiły odtwarzać wszystkie ludzkie emocje, np takie jak: radość, złość czy smutek Każdy z naszych żółwich bohaterów posiadał inną twarz i mimikę.


Twarz Leonarda jest szlachetna, wyraża wrażliwość oraz czyste serce; Raphael ma poważny, czasem ponury wyraz twarzy z grymasem złości; mordka Michelangelo jest pogodna, uśmiechnięta i wesoła, a Donatello ma twarz typową dla zamyślonego mózgowca ze zmarszczonym czołem. Jak sami widzicie nie są to odlewy jednej maski, twórcy nadali im życie i charakter, który jest odpowiedni dla poszczególnego z żółwich braci. Pozostałe elementy kostiumów prezentują się równie dobrze i realistycznie. Skorupy są ozdobione rysami oraz pęknięciami a skóra na rękach i nogach posiada różne plamki oraz chropowatości właściwe gadom.


Również Splinter wypadł bardzo dobrze i  tak jak w przypadku żółwi jego twarz była pełna ekspresji. Sprawiał wrażenie, starego sędziwego japońskiego mędrca. Wsłuchiwałem się w jego dialogi z zachwytem i ani razu nie pomyślałem o nim jako o zwykłej kukle poruszanej przez zespół animatorów z ekipy filmowej. Nie można też zapomnieć o świetnym wyborze aktorów dla innych ważnych bohaterów. Judith Hoag oraz Elias Koteas wcielili się w role April O'Neil i Casey'a Jonesa. Oboje świetnie odegrali swoich bohaterów, wypadli bardzo naturalnie i widać, że wczuli się w klimat filmu. April, kobieta z charakterem, która nie boi się swoich przekonań i głośno mówi co myśli. Casey, odważny oraz sympatyczny gość z przedmieścia, samozwańczy bohater, który zwalcza przestępców przy pomocy kija do hokeja i innych akcesoriów sportowych ;)
April O'Neil i Casey Jones
Casey w akcji! Czyli Wayne Gretzky na dopingu!
''No i jeszcze moje ulubione 2 minuty tęgich kijów''

 Na duże brawa zasługuje też aktor James Saito, który wcielił się w rolę Shreddera, arcy-wroga Żółwi Ninja. Zagrana przez niego postać jest mroczna i pełna złej energii. Oczy Shreddera są zimne niczym stal a głos brzmi jak zza grobu.. Jednym spojrzeniem mrozi najtwardszych wojowników ze swojego klanu. Wykreowany przez Saito bohater to wojownik, który idzie drogą nienawiści i zemsty, wciąż pamięta swoje niecne czyny  i chętnie zabije każdego z kim miał zatarg w przeszłości.
Wszystkie postacie występujące w filmie są bardzo mocno zarysowane i co najważniejsze nie są płytkie jak to miało miejsce w serialu animowanym z 1987 roku, który tak uwielbiałem ;)


 Warto wspomnieć, że film powstał na bazie kreskówki z 1987 oraz komiksu z 1984, autorstwa Kevina Eastmana  i  Petera Lairda. Pierwszy komiks o Żółwiach Ninja był czarno-biały, mroczny i pełen poważnych dialogów. Oglądając Wojownicze Żółwie Ninja z 1990 od razu można zauważyć podobieństwo pomiędzy filmem a właśnie tym komiksem. Gdy jako dzieciak dowiedziałem się, że w wypożyczalni jest dostępny film Żółwie Ninja z prawdziwymi aktorami o mało co z butów nie wyskoczyłem. Przed seansem, oczami wyobraźni snułem domysły jak mogli by wyglądać bohaterowie w prawdziwym filmie. Liczyłem, że zobaczę oślizgłego Kranga oraz Rocksteadego i Be-bopa. Jednak tych postaci jak i wielu innych zabrakło. Zmienili też historie Splintera. Po latach gdy wpadł w moje ręce wcześniej wspomniany komiks, dowiedziałem się czym twórcy filmu tak naprawdę się inspirowali. Z kreskówki zapożyczyli tylko kolory bandan Żółwi Ninja oraz to, że April O'Neil była reporterką telewizyjną. Co mi osobiście bardziej się podoba. W oryginalnym komiksie wszystkie bandany Żółwi Ninja miały kolor czerwony (Na kolorowej okładce oraz później w komiksie jak wyszła wersja kolorowa) a April była asystentką doktora Baxtera Stockmana (ten sam który w kreskówce przemienił się w zmutowaną muchę). Jak widać ekranizacja Wojowniczych Żółwi Ninja zrodziła się z dwóch źródeł, niby takich samych ale jakże odmiennych.

TURTLE POWER!



Wojownicze Żółwie Ninja doczekały się aż dwóch kontynuacji - Wojownicze Żółwie Ninja II: Tajemnica Szlamu oraz Wojownicze Żółwie Ninja III.  Jednak im dalej w las tym gorzej. Mimo, że scenariusze były bardzo dobre i ciekawe to jednak zabrakło tego czegoś, co miała pierwsza część. Twórcy stonowali nieco klimat części pierwszej i tym razem filmy o Żółwiach Ninja były zaadresowane wyłącznie dla najmłodszych. Nie słyszeliśmy już drobnych przekleństw typu ''cholera'' a sceny walk były złagodzone i zredukowane do minimum (kiełbaski zamiast nunchaku?! Proszę was..). Bardziej to przypominało zabawę klaunów w cyrku niż styl walki wojowników ninja. No, ale czego się nie robi by uchronić dzieci od nadmiaru brutalnej agresji (ironia). Został także obniżony poziom jakości jeśli chodzi o kostiumy naszych bohaterów. Niestety, dwa miesiące po premierze części pierwszej, zmarł mistrz lalkarstwa, Jim Henson. Przez ten incydent projektowaniem kostiumów dla  Żółwi Ninja musiał zająć się już ktoś inny. Jednak jeśli dostatecznie przymrużymy oko, to znajdziemy w tych filmach plusy i nadal możemy się przy nich świetnie bawić. 


Scena finałowa! 


Ekranizacja Żółwi Ninja z 1990 roku, jest też filmem wzruszającym, który porusza ludzkie serca. Oprócz walk i wyśmienitych tekstów, znajdziemy tutaj też takie głębokie uczucie jak miłość synów do ojca i poświęcenie jakie temu towarzyszy. Film ma w sobie głębie i każdy odnajdzie w nim coś wyjątkowego, coś co go poruszy, rozśmieszy czy zachwyci. Oglądając ten film na przestrzeni lat, uważam, że mój odbiór tej ekranizacji jest niezmiennie taki sam. Dużo filmów, które mnie zachwycały w przeszłości, dzisiaj uważam za przestarzałe. Niestety, niektóre z nich zwyczajnie nie przetrwały próby czasu. Wojownicze Żółwie Ninja przetrwały tą próbę wielokrotnie i mam nadzieję, że tak zostanie już na zawsze. Bo to jest POWER.... TURTLE POWER!








Cowabunga!


Keeper



.

wtorek, 20 września 2016

MAŁE PRZYJEMNOŚCI






To czego mi brakuje w dzisiejszych sklepach to takich fajnych, małych i klimatycznych drobiazgów. Nie zrozumcie mnie źle, bo obecne sklepy są wypchane towarem po sam sufit, ale brakuje tu różności, na których widok świeciłyby nam się oczy. Dzisiejsze dzieci inaczej to odbierają niż dorośli bo wychowują się zupełnie wśród innych rzeczy niż my kiedyś i akurat dla nich to co znajduje się w sklepach jest magiczne. Dla mnie niestety jest to pozbawione  już sentymentu. Robiąc zakupy w osiedlowych sklepach spożywczych spoglądam tęsknym wzrokiem na półki w nadziei, że zobaczę tam wszystkie te słodycze, które pamiętam z czasów dzieciństwa. Może jest to głupie, ale tęsknie za wszystkimi gumami do żucia o jednakowej barwie i smaku, które skrywały w sobie niespodzianki w postaci mini komiksów, obrazków czy naklejek. Gumy co prawda żuło się kilka minut a później traciły swój smak (chyba był to po prostu sam cukier, który jak powszechnie wiadomo krzepi!), ale wszystko rekompensowało  ładne opakowanie i niespodzianki. Ba! Do niektórych gum Turbo dodawane były gumowe mini figurki z He-Mana, przywiązane gumką recepturką :))

Takie oto gabloty można było znaleźć w gumach Turbo!

Gumowe figurki z serii He-Man dodawane do gum balonowych. Można je było kupić także w kiosku ruchu.

 Nie dość, że mieliśmy w środku kolekcjonerski obrazek jakiegoś wypasionego samochodu to jeszcze dawali nam figurki z serii He-Man! Pokażcie mi, które z dzisiejszych gum mają taki arsenał gratisów!
Bardzo dobrze wspominam też kultowe gumy balonowe ‘’Donald’’. Jeśli chodzi o smak i jego trwałość to sytuacja taka sama ja w przypadku gum Turbo. W środku za to mieliśmy mini komiks z klasycznymi postaciami z Disneya.
Historyjki były zbudowane tylko z trzech lub czterech kadrów a paleta kolorów była mocno ograniczona, ale za to wszystkie były bardzo zabawne i ciekawe.  Każdy z nas wpatrywał się w obrazek więcej niż dwa razy. Historyjek było dużo i kolekcjonowało się je z takim samym zapałem jak obrazki samochodów z  gum Turbo. Do dzisiaj jedną z moich ulubionych serii obrazków był Kaczor Donald na bezludnej wyspie, wyjmujący z morza jakiś ciekawy przedmiot, który go ratował z opresji lub pomagał mu zwalczyć nudę ;)

 



  Gumy balonowe pojawiały się jak grzyby po deszczu. Coraz to nowsze serie zawierały dobrej jakości naklejki, którymi bez skrupułów obklejaliśmy  swoje szafki lub zgodnie z ich przeznaczeniem wklejaliśmy je grzecznie do albumów. W spożywczakach mogliśmy dostać serie He-Man, Ninja Turtles, Gremlins 2, Sailor Moon a nawet Barbie a wszystkie te gumy łączy jedno: wspominam je z taką samą pasją jak moja sąsiadka pasztetową z PRLu! Ten smak i zapach zawsze będę czuł gdy o nich pomyślę :)
Z rzeczy mniej balonowych miło wspominam też wafelek pochodzący z Grecji o spolszczonej nazwie Kuku Ruku.


Wafelki pojawiły się w Polsce już w 1989 roku i okazały się hitem! Kuku Ruku pokochały wszystkie dzieciaki. W środku oprócz pysznego wafelka, zapakowanego w kolorowy papierek czekała na nas niespodzianka! Były to naklejki, na których zawsze widniał jakiś ciekawy zwierzak wraz z dymkiem komiksowym. Można było na nim napisać wszystko co nam ślina przyniosła na język, wedle naszej wyobraźni. Naklejki zyskały dzięki temu różnorodne zastosowanie. Prawie każdy je kolekcjonował i można było się nimi wymieniać z innymi dzieciakami na podwórku. Niestety, Kuku Ruku znikło tak szybko jak się pojawiło, ponieważ rzekomo okazało się rakotwórcze. Przez ten incydent nigdy nie udało mi się zebrać całej kolekcji naklejek! :(

Przykładowe naklejki Kuku Ruku.


Kuku Ruku jednak okazało się na tyle silne, że po latach znowu do nas wróciło, co prawda w nowej szacie graficznej ale za to równie smaczne.
Zostawmy póki co te ''specjały'' w spokoju, bo od tego wspominania nabrałem ochoty na coś słodkiego i zaraz chyba polecę do sklepu najeść się trujących wafli i gum do żucia :D 


Do małych przyjemności zaliczam też kolekcjonowanie naklejek Panini, które mogliśmy dostać w księgarniach i w magicznych kioskach Ruchu.. Naklejki były pakowane losowo w papierowych paczuszkach. Nie mogliśmy zajrzeć do środka i nie wiedzieliśmy co tak naprawdę kupujemy. Zabawa taka sama jak przy naklejkach i obrazkach z gum do żucia. Jeżeli nam się trafiły duble to wymienialiśmy je z innymi zbieraczami. Do naklejek można było dokupić duży album, ozdobiony ładnymi kolorowymi grafikami i szczegółowymi opisami.
Okładka albumu Żółwie Ninja


W albumach były rozmieszczone ponumerowane pola do wklejania naszej kolekcji. Najbardziej w mojej pamięci zachowały się albumy z naklejkami z serii Zwierzęta Chronione WWF, Żółwie Ninja oraz Barbie. Naklejki były duże i bardzo dobrej jakości. Niektóre z nich były podzielone na dwie lub nawet kilka części, co było czasami frustrujące jak nie mogliśmy znaleźć brakującej naklejki by uzupełnić obrazek. Na szczęście większość naklejek było pojedynczych.
.
Okładka albumu WWF

A tak wyglądał środek obklejony naklejkami.





Dla każdego coś miłego ;)
Największy szał jednak robiły zwykłe karteczki z notesików, ozdobione postaciami z Disneya lub innych bajek. Karteczki kolekcjonował każdy bez względu na płeć. Zastanawiam się do dzisiaj, kto zaczął pierwszy tą zabawę, która przeobraziła się w masowe szaleństwo zalewające całą Polskę? :)) Notesiki były różnorodne i każdy mógł znaleźć pośród nich coś dla siebie. Najbardziej popularne były z postaciami z bajki Król Lew. Oczywiście im rzadszy notesik mieliśmy tym wzbudzał większe zainteresowanie i zachwyt wśród innych kolekcjonerów, którzy za wszelką cenę chcieli dostać choć jedną karteczkę dając w zamian dziesięć innych! Tak, był to szał na wysoką skalę, którego popularność nie mogły przebić nawet Tazosy, ale o tym innym razem ;)


Popularne karteczki z bajki Król Lew

I tymi cudownymi wspomnieniami na razie zakończę ten temat, ale jeszcze do niego powrócę bo historia Małych Przyjemności nie ma końca! Chętnie w myślach do nich wracamy, by choć na chwilę znowu poczuć się beztrosko w krainie magicznego dzieciństwa.


Keeper